Predazzo? Pertile? Pronto!

REMANENT, cotygodniowy felieton Jerzego Chromika

Od bardzo dawna lubię hymn włoski. Nucę prawie jak nasz, gdy przed meczami oglądam ich drużyny. Nawet wtedy, gdy grozi nam porażka z ich siatkarkami lub siatkarzami. Skoczny refren bardzo mi leży, a jeszcze jak pięknie brzmi z tą dziwnie znajomą frazą – ta deska!

Mało kto wie, poza Anną Osmólską-Mętrak i innymi absolwentami italianistyki, że my w „Mazurku Dąbrowskiego” wracamy „z ziemi włoskiej”, a oni w swoim hymnie też wspominają o Polonii. Nie chce mi się teraz sprawdzać, w której zwrotce... Może nawet zacząłbym się uczyć tego włoskiego, ale trochę boję się, że zostanę potem z nim jak duet japońskich skoczków. Bez medalu. I tu dochodzimy do sylwetki dżentelmena w każdym calu – Sandro Pertilego.

Do tej pory to był nam ani brat, ani swat. Często denerwował, bywał nawet kontrowersyjny, aż do ostatniego poniedziałku. Wtedy stanął na wysokości. Wieży i zadania! Sprawdził się w najlepszym dla nas momencie, gdy dwóch Niemców i dwóch Japończyków zaczaiło się na biednego nastolatka Tomasiaka, korzystając z zawiei i zamieci śnieżnej. Nasi, skazani na niechybną porażkę, byli już pogodzeni z aurą i losem, ale sprawiedliwości stało się zadość! Jak w okrzyku Jana Ciszewskiego.

Ileż to razy przy okazji mniejszych lub większych imprez nasza polska kromka chleba z masłem upadała nam na chodnik tak nieszczęśliwie, że nie było sensu jej podnosić i trzeba było obchodzić się smakiem. Przykłady z tych igrzysk? Proszę bardzo! Ktoś nawet to policzył. Proste odejmowanie z dodawaniem. 0,07 i 0,09 sekundy szybciej w biegach panczenisty Damiana Żurka. 0,12 sekundy szybciej panczenistki Kai Ziomek-Nogal oraz 0,13 Maryny Gąsienicy-Daniel. Razem 0,41 sekundy. Tyle dzieliło nas od czterech dodatkowych brązowych. W dorobku zamiast czterech byłoby więc osiem medali i rekord Polski w zimowych igrzyskach! A dotąd najwięcej mieliśmy ich sześć, w 2010 i 2014.

To Predazzo chyba naprawdę wymyślono dla naszych skoczków. Historycznie rzecz ujmując: same biało-czerwone sukcesy. Jeśli startować, to tylko na ziemi lub śniegu włoskim. Nie musimy tam czekać, jak kiedyś, do ostatniej chwili na brąz Justyny Kowalczyk i srebro Tomasza Sikory!

Głowa do góry! Tak pocieszano nas w życiu nie raz i nie dwa. Tak mówią też czasami „życzliwi” sąsiedzi, zacierając ukradkiem ręce, gdy widzą za płotem nasze drogie auto skasowane w ostatnim wypadku drogowym. Tak pocieszają też po porażkach sportowców, gdy za późno na protesty i odwołania do jury d'appel.

Głowa do góry? Bałbym się, a nawet nie ważył, tak pocieszać skoczka narciarskiego, który zjeżdża z prędkością prawie stu kilometrów na godzinę, dobrze wiedząc, że z każdą sekundą zbliża się do progu. Nie tylko własnych możliwości, ale do białej przepaści.

Na szczęście raz na cztery albo... czterdzieści lat mamy swego sprzymierzeńca. Lepszy od Laguny i... nie Padureanu! Taki, który nie da nam zrobić krzywdy. Zadba o nasze dobre samopoczucie i narodowy interes. Tylko złota nam jeszcze brak? Na szczęście pękła bańka spekulacyjna i cena tego kruszcu powoli spada. A poza tym Narodowy Bank Polski ma w skarbcu wystarczające zapasy. Nie tylko na zimę, nawet na lato.

Niedługo już Letnia Grand Prix. Oczywiście w skokach. Będzie oglądana choćby w Wołominie. Tomasiak o tym wie. Tylko czy Sandro nam znowu dopilnuje tej kromki chleba z masłem w locie? Nawet jak spadnie na zielony zeskok?

Pertile? Pronto!


Śnieżyca, nie śnieżyca, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie! Przynajmniej od czasu do czasu... Fot. Marcin Bulanda / Press Focus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się