Pozostaje nam czekać na rywala
Rozmowa z Mariuszem Staszewskim, trenerem Włókniarza Częstochowa
Trener Mariusz Staszewski jest zadowolony z pracy w Częstochowie. Fot. Grzegorz Misiak/PressFocus
Panie trenerze, zacznijmy od najważniejszej sprawy dla kibiców Włókniarza. Co ze zdrowiem Piotra Pawlickiego? Minuty przed startem ostatniego meczu został wykluczony ze zmagań z powodu bólu.
- Na szczęście nic groźnego się przed meczem z Toruniem nie stało i w tym momencie nie ma żadnych przeciwwskazań dla startu już w niedzielę w Grudziądzu. Można się było zastanawiać, czy nie poczekać już na te decydujące mecze, ale ja wyznaję zasadę, że zawodnik do tego, aby być w formie, potrzebuje jazdy. Dla Piotra ma to być mecz na rozjechanie. W tym momencie nie ma już wielkiego ryzyka, aby coś się mogło stać.
A jak sytuacja z Madsem Hansenem?
- Tutaj też już wkrótce powinniśmy mieć decyzję pozytywną. Do Grudziądza raczej jeszcze nie pojedzie, ale są duże szanse na to, że na fazę play down wszystko będzie w porządku.
Słyszę dużo optymizmu w głosie, więc chyba naprawdę jest dobrze.
- Czas goi rany, a w przypadku tych zawodników tego czasu już minęło tyle, że za chwilę obaj powinni być gotowi do jazdy.
To pozostańmy w tym optymistycznym nastroju. Najbardziej widocznym pozytywem pana przyjścia do Włókniarza jest wzrost formy młodzieżowców. Jak udało się panu trafić do Franka Karczewskiego czy Szymona Ludwiczaka?
- Nie przesadzałbym z tymi moimi zasługami. Dużą rolę odgrywa też wiek, w jakim są zawodnicy. Franek ma 19 lat, Szymon rok mniej, to młodzi zawodnicy, więc wcześniej ciężko było od nich wymagać ligowych punktów. Najwięcej zawdzięczają temu, że im się chce i pracują na swój wynik. Bardzo ważną sprawą jest też dotarcie do ich głów, to się nie dzieje w tydzień czy dwa. Aby zawodnicy zaufali temu, co trener do nich mówi, potrzeba czasu.
Koniec rundy zasadniczej to dobry czas na pierwsze podsumowania. Nie żałuje pan przyjścia do Częstochowy?
- Na chwilę obecną, po 7-8 miesiącach pracy we Włókniarzu, na pewno nie mogę narzekać. Prezes Michał Świącik w ogóle nie ingeruje w zakres moich obowiązków. Pod tym względem naprawdę mogę być zadowolony ze współpracy zarówno z nim, jak i Patrycją (dyrektor klubu, prywatnie córką prezesa - przyp. red.). Na razie się dogadujemy i wszystko jest w porządku, a jeśli przestaniemy, to będziemy musieli się rozstać. Teraz takich myśli jednak nie ma, przedłużyłem kontrakt o dwa lata, więc to chyba najlepszy dowód na to, że jest dobrze. Czas pokaże, jak długo z sobą wytrzymamy.
Czy z którąś drużyną chciałby trener bardziej pojechać w półfinale play downu?
- Przyznam, że to jest ciężkie nawet dla Falubazu, który będzie wybierał sobie rywala. Nigdy tak naprawdę nie wiemy, w jakiej dyspozycji będzie drużyna w tej części sezonu. Nie jest to łatwa sprawa i nie podam przeciwnika, z którym wolałbym się spotkać. Każda drużyna ma swoje atuty, a my musimy patrzeć na siebie. Najważniejsze będzie, aby pojechać w pełnym składzie i w jak najlepszej dyspozycji w dniu meczu.
Falubaz Włókniarza raczej nie wskaże...
- Zobaczymy... Ja nie chcę podpowiadać, z kim zielonogórzanie powinni pojechać. To będzie wewnętrzna sprawa Falubazu. Nam pozostaje czekać na rywala.
Jak pan ocenia to, że od tego sezonu pierwsza oraz piąta drużyna mogą sobie wybierać rywali?
- Na pewno jest to jakaś nagroda dla drużyny, która zajęła wyższe miejsce. Wcześniej się to różnie układało, można było wygrać rundę zasadniczą i trafić na kogoś bardzo mocnego akurat w najważniejszym momencie sezonu. Wydaje mi się to sprawiedliwym rozwiązaniem. Trzeba też jasno powiedzieć, że play down dla drużyn, które tam pojadą, nie będzie niczym korzystnym pod względem finansowym. Będą to mecze o życie, więc mam nadzieję, że kibice wesprą nas w pokaźnej liczbie na trybunach. Przegrana i dalsze przedłużenie sezonu w play downie to katastrofa zarówno sportowa, jak i budżetowa. Każdy mecz jest o życie i dodatkowe koszty, więc wszystkie drużyny na pewno będą chciały zapewnić sobie utrzymanie jak najwcześniej.
Za tydzień w Częstochowie (15.08) rozegrany zostanie decydujący turniej Indywidualnych Mistrzostw Polski. Bartoszowi Zmarzlikowi trudniej zdobyć tytuł w kraju niż na świecie?
- Nie wiem, czy trudniej, ale tu są tylko trzy rundy i jedno wykluczenie ma bardzo dużą wagę. Patryk Dudek już mu trochę uciekł i może być bardzo ciężko go dogonić. W Grand Prix trzymam mocno kciuki za Bartka, jest wielkim zawodnikiem i myślę, że sobie poradzi, choć trzeba przyznać, że Brady Kurtz zalicza sezon życia.
Rozmawiał Mariusz Rajek
