Poznań razy dwa i do Świdnika

RAJZY RAJKA - Mariusz Rajek

Świdnik jaki jest - każdy widzi. Avia wydaje się największą atrakcją tego dość topornego miasta. Fot. Mariusz Rajek

Sam mecz to tylko element składowy całej wyjazdowej eskapady, która czasami nie zamyka się do jednego dnia. Zwłaszcza, gdy mowa o Pucharze Polski w środku tygodnia. Terminarz czasami płata figle. Jak przez długi czas nie było mi dane pojechać do Poznania, tak w pierwszych dniach marca byłem w nim dwa razy i to w bardzo krótkim czasie – najpierw za sprawą Rakowa w hicie ekstraklasy, a następnie Górnika w ćwierćfinale Pucharu Polski. Choć zajęcie to raczej przyjemne, to jednak przede wszystkim związane z pracą dla „Sportu” i krótkich relacji do Radia Katowice.

Poznań – miasto doznań?

Jak się okazuje trzy dni w piłce to całkiem sporo, aby zobaczyć na tym samym stadionie zupełnie inną liczbę kibiców, wymienioną w licznych miejscach murawę oraz totalnie inne oblicze zespołu – w tym przypadku poznańskiego Lecha. W moim subiektywnym odczuciu Raków w znacznym stopniu przyczynił się do awansu Zabrzan – Lechici włożyli w niedzielny mecz tak dużo sił, że trzy dni później przypominali jedynie cień samych siebie. Oczywiście, Górnikowi w żaden sposób nie ujmuje sukcesu – objąć prowadzenie przy Bułgarskiej, obronić rzut karny, a potem jeszcze przez blisko 20 minut bronić się dziesięciu na jedenastu przed poznańską nawałnicą, to duża sztuka. „Puchar Polski znowu będzie nasz! Znowu będzie nasz. Znowu będzie nasz…” – odśpiewali fani 14-krotnych mistrzów Polski po ostatnim gwizdku. Obserwuję z perspektywy trybuny prasowej obecną kampanię Górnika w tych rozgrywkach od 1/16 finału i widzę jedną prawidłowość – Zabrzanie są coraz bliżej domu. Była Gdynia, był Gdańsk, był Poznań… – Może w końcu zagralibyśmy u siebie?! – dało się słyszeć od przedstawicieli nie tylko klubowych mediów ekipy z Roosevelta. Życzenie się jednak nie spełniło – będzie Bydgoszcz. Ten cykl w zamyśle nie ma opisywać meczów, a bardziej wszystko wokół miejsc, gdzie są rozgrywane, ale w Poznaniu poza obiadem w barze „U Gosi” (blisko dworca, niewielka powierzchnia, miła obsługa, dobre jedzenie – polecam!) zwyczajnie nie było na to czasu.

Kierunek Wschód

Tak się bowiem złożyło, że nazajutrz Raków grał w Świdniku z Avią, i to o 13.30. W praktyce oznaczało to chwilowy powrót pociągiem do Częstochowy, ale tylko po to, aby dołączyć do ekipy samochodowej i ruszyć w kierunku Lubelszczyzny – w życiu dziennikarza przeważnie nie ma miękkiej gry.

W Świdniku byłem po raz pierwszy i po prawdzie nie wiedziałem, czego się spodziewać po 38-tysięcznym miasteczku, znanym z produkcji samolotów. No i poza pomnikiem helikoptera oraz ciągle latającymi nad miastem samolotami ciężko było zabrać stamtąd wspomnienia, które zostałyby w pamięci dłużej niż kilka godzin. Centrum Świdnika podobne jest zupełnie do nikogo – bloki, żabki, cukiernie, apteki – ot wszystko to, co w każdym tej wielkości mieście. Zaskoczeniem był jedynie duży mróz i wciąż zalegające śnieżne zaspy, które w okolicach Częstochowy już się wytopiły.

Sam stadion całkiem niezły jak na klub grający w 3. lidze, a w zestawieniu z obiektem wicemistrza Polski prezentował się wręcz jak La Bombonera! Dla miejscowych było to duże święto i trzeba przyznać, że starali się, aby takim było, a przybyli do nich goście czuli się dobrze. Zadbali o skromny catering, specjalnie wydrukowane na tę okoliczność programy meczowe czy piosenki… o meczu Avii z Rakowem! To na plus, ale kilka rzeczy, chcąc myśleć o 2. lidze, muszą jednak poprawić. Na trybunie prasowej powinien być dostęp do prądu, jakiekolwiek WI-FI,czy składy meczowe, o które nie trzeba się upominać dziesięć razy. Pod tym względem był to inny świat, ale na usprawiedliwienie trzeba wziąć pod uwagę, że w Świdniku na co dzień grają z Kolbuszową Dolną, Czarnymi Połaniec czy Naprzodem Jędrzejów, a nie Rakowem, Lechem czy Legią.

Osobliwa była również konferencja prasowa zorganizowana pod balonem, gdzie zimą można było w cieplejszych warunkach organizować mecze sparingowe. Avia organizacyjne może jest na innej planecie niż Raków, ale sportowo wcale mu nie ustępowała, będąc blisko sprawienia największej sensacji obecnej edycji. O tym jednak w innym miejscu.

Podsumowanie

Mecze w Poznaniu oraz Świdniku były odpowiednio już 10. oraz 11. meczem obecnej edycji Pucharu Polski widzianym na żywo, i to licząc tylko od 1/16 finału. Bilans pucharowej środy oraz czwartku to 1300 kilometrów przejechanych różnymi środkami transportu. Sporo, ale... nie takie wojaże ma się na sumieniu!

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się