Powołanie od pierwszego wejrzenia

WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok

Duńczycy znów się nabrali na „polski numer”. Kiedy nasze kluby tam goszczą, rzeczy mają się podobnie - w pierwszej połowie zgrywamy nieudaczników tak sugestywnie, że gospodarze zadowoleni z łatwego prowadzenia i pełnej kontroli gry schodzą na przerwę syci i spokojni. Trener mówi, że jest dobrze, wystarczy grać to samo i na pewno coś wpadnie, ci Polacy są słabi jak cwist, unikajmy tylko kontuzji i kartek.

No i najpierw Legia w Brondbyvester, a teraz Jagiellonia już w centrum Kopenhagi po zmianie stron zaczynają grać w piłkę o klasę lepiej, co drużyny tubylcze najpierw konsternuje, a potem frustruje - piłkarze rozkładają ręce, bo przecież nie tak miało być, podenerwowani próbują coś wyszarpać, ale robią się niedokładni, tymczasem nasi kąsają z kontrataków celnie i zabójczo. „Jaga” przez 45 minut grała ten sam piach, co w starciach z Ajaksem i Bodo/Glimt, to było ABC antyfutbolu: anemia, bojaźń, chaos. Trener Siemieniec nie wiedzieć czemu trzymał na ławce kapitana, który mógł się tylko przyglądać jak jego okręt bezładnie dryfuje w stronę katastrofy. Trzeba było ściągnąć w przerwie rachitycznego Imaza, wpuścić Romanczuka i liczyć na cud. Kiedy drużyna ma 30 procent posiadania piłki i przegrywa statystyki 4:20 w strzałach, a mimo tego trafia rywali dwukrotnie i wywozi trzy punkty, trudno udawać, że wygrana była zasłużona. Było to zwycięstwo szczęśliwe, a nawet cudowne, ale w tym właśnie tkwi sens futbolu, że lepszym nie zawsze fortuna sprzyja.

Afimico Pululu strzelił gola-cacko i Kopenhaga oniemiała, a „Jaga” poczuła, że tego wieczoru wszystko jest możliwe. Takie bramki zdobywają najwięksi, to było piłkarskie arcydzieło, Robert Lewandowski tak kropnął na samym początku swojej ekstraklasowej kariery, Angolczyk powinien odcisnąć ślad swojej pięty w białostockiej alei gwiazd. Finał to już w ogóle bajka, Pululu zagrał do Czurlinowa niczym Maradona do Caniggi, padł gol jak grom z jasnego nieba i „Jaga” wygrała podobnie Argentyna z Brazylią na Il Mondiale 1990 - mecz nie do wygrania.

Tym, że tego samego wieczoru Legia złoiła Betis aż tak się nie podniecam - to wielki sukces, ale Hiszpanie ewidentnie potraktowali inaugurację Ligi Konferencji ulgowo, nie dojechał Lo Celso, a i podstawowi gracze wchodzić zaczęli dopiero, gdy wynik się nie zgadzał. Można było mieć nadzieję, że mimo wszystko rezerwy Betisu nie okażą się dla Legii tak okrutne, jak przed rokiem drugi garnitur Atalanty dla Rakowa. Steve Kapuadi zagrał mecz życia, w odbiorach wychodziło mu wszystko, do tego zdobył jedynego gola, ale najciekawiej był w środku pola, gdzie uwagę zwracał nie tylko posturą i koafiurą Maxi Oyedele. Patrzę i oczom nie wierzę: gość jest jeszcze nastolatkiem - pewność i odpowiedzialność ma, jakby 19 lat spędził już na seniorskich boiskach, a nie w ogóle na świecie. Nie dziwię się, że Michał Probierz poczuł coup de foudre i od razu powołał go do kadry narodowej. Zasadnicza różnica między tym młokosem a „szóstkami” próbowanymi ostatnio przez selekcjonera polega na tym, że gość gra do przodu. Odbiera i podaje (zawsze celnie, choć nie zawsze koledzy to ogarniają) od razu tak, by uruchomić akcję, a nie do najbliższego na alibi, w zwarciach nie kopie po piszczelach, tylko trafia w piłkę (ok, z Betisem zaliczył „żółtko”, kiedy chciał naprawić swój błąd i za daleko wystawił nogę), rusza się też jakoś zgrabniej, niż chłopaki wyszkolone między Odrą i Bugiem. Aż trudno uwierzyć, że Manchester United odpuścił taką perełkę (podobno Bruno Fernandes był w szoku, gdy się o tym dowiedział). Ważne, że PZPN nie odpuścił, czujny skaut go zauważył, a trener Probierz wystawi w Lidze Narodów, tak, żeby mądrzy po szkodzie Anglicy nie mogli go już powołać do swojej kadry.

Zaczyna mi się podobać strategia selekcjonera, odważnie odmładzającego reprezentację - wczesnym latem naród pytał kto to jest Urbański, teraz trudno sobie wyobrazić kadrę bez pomocnika Bologny; mam przeczucie graniczące z pewnością, że za parę miesięcy budowa składu reprezentacji będzie się zaczynać od Maxiego na „szóstce”.