Poseł sprawozdawca
Marek Wielgus został milionerem zakładając pierwszą w Polsce sieć laboratoriów fotograficznych. Był właścicielem Polonii Warszawa, przewodniczącym sejmowej Komisji Kultury Fizycznej i Sportu. Fotografia sportowa była jego pasją
W drodze na mecz w Waszyngtonie: od lewej Kinga Rusin, Wiola Pienkos, Wojciech Filipiak i… Zbigniew Boniek w albumie Marka Wielgusa, prezencie powitalnym dla państwa Lisów. Tomek Zimoch tym razem wystąpił w roli fotoreportera.
AMERYKAŃSKI SEN (CZĘŚĆ 3)
Moja amerykańska mundialowa trasa w 1994 roku zaczęła się w Nowym Jorku, a jej drugim etapem był Waszyngton. Miasto szczególne – z jednej strony oczywiście stolica USA z Białym Domem, budynkiem Kongresu, Pentagonem i cmentarzem bohaterów w Arlington, z drugiej – poza rządowym centrum – biedne, zamieszkałe w dużym stopniu przez Afroamerykanów, bo bogaci wyprowadzili się już dawno w okolice podmiejskie. Dworzec autobusowy znajdował się w takim właśnie miejscu, dlatego przejście niewielkiej odległości do stacji metra nie było specjalnie przyjemne.
Zaletą z kolei była lokalizacja stadionu. Amerykanie byli oszczędni i nie budowali obiektów specjalnie na mistrzostwa. Wykorzystali te istniejące – stadion imienia Roberta Kennedy’ego, nazwany tak w 1969 roku po zamachu na brata prezydenta Johna Kennedy’ego, pełniącego wtedy obowiązki ministra sprawiedliwości, zbudowany został w roku 1961 i służył przede wszystkim jako miejsce rozgrywania meczów futbolu amerykańskiego i baseballa, z europejskim „soccerem” dopiero na trzecim miejscu. Z hotelowej dzielnicy Crystal City dojeżdżało się tam metrem w 15 minut. Dziś już go nie ma – ostatni mecz piłkarski miejscowa drużyna MLS Washington DC United rozegrała tam jesienią 2017 roku.
Sporo czasu na tych mistrzostwach spędziłem podróżując razem z Tomaszem Zimochem (też z Łodzi), który pracował dla telewizji i radia oraz z fotoreporterem Markiem Wielgusem, wówczas posłem na Sejm. Marek został milionerem zakładając pierwszą w Polsce sieć laboratoriów fotograficznych na licencji „Kodaka” (każdy miał wtedy „idioten kamerę”, na której nie można było zepsuć zdjęcia). Był właścicielem Polonii Warszawa, przewodniczącym sejmowej Komisji Kultury Fizycznej i Sportu. Fotografia sportowa była jego pasją, bardziej niż siedzieć w ławach poselskich wolał tkwić za bramką obwieszony kamerami i polować na ciekawe ujęcie. To był jego czwarty „mundial” – po każdym został pięknie wydany album z jego zdjęciami. Na mistrzostwa dostał urlop od marszałka Józefa Oleksego, ale musiał na chwilę „wyskoczyć” do Warszawy na posiedzenie Sejmu, na którym miał być sprawozdawcą ustawy o finansowaniu sportu z funduszy totalizatora. Następnego dnia znów był na reporterskim posterunku. „Powrót posła”- skwitowałem tę eskapadę w kolejnej korespondencji.
Półtora roku później – w lutym 1996 roku – Marek Wielgus i jego partnerka Wiola Pienkos zginęli w katastrofie samolotu po starcie z lotniska w Puerto Plata na Dominikanie. Zwłok nie odnaleziono – ich pamięć uwiecznia obelisk z nazwiskami wszystkich pasażerów samolotu niemieckiej linii, postawiony w Puerto Plata nad brzegiem morza, obok miejsca katastrofy. Nasza amerykańska eskapada pełna była przygód i zabawnych zdarzeń, ale każde takie wspomnienie przywołuje w pamięci tragiczny moment, gdy kolega z redakcji przekazał mi wiadomość: - Zginął ten poseł Wielgus, ty go chyba dobrze znałeś…
Dwa albo trzy dni po naszym przyjeździe do Waszyngtonu, do stolicy USA przyleciał nowy korespondent TVP Tomasz Lis z niewiele wcześniej poślubioną małżonką Kingą Rusin, która rozpoczynała właśnie telewizyjną karierę i była już bardzo popularna wśród widzów. „Ja to poruszę swoimi kanałami w Sejmie! Kto pozwolił na jej wyjazd? Chyba sprzedam telewizor, bo co ja teraz będą oglądał w telewizji, gdy już nie zobaczę jej na ekranie!” – rozpaczał teatralnie Marek. Byliśmy pierwszymi przewodnikami państwa Lisów po Waszyngtonie, bo dwa dni wcześniej poznaliśmy już jedną fajną restaurację, gdzie odbyło się „przyjęcie powitalne”. A gdy redaktor Lis, fanatyk żużla i Falubazu z rodzinnej Zielonej Góry oraz kibic Legii (niestety), musiał pojechać służbowo do Nowego Jorku, zabraliśmy jego żonę na mecz, bo posiadaczowi akredytacji radiowej przysługiwała dodatkowa wejściówka dla zaproszonego gościa-współkomentatora.
Mecz nie zapowiadał się specjalnie ekscytująco, bo czego można się było spodziewać po spotkaniu Holandia – Arabia Saudyjska. Spotkany w sektorze prasowym angielski komentator telewizyjny i autor wielu książek o historii futbolu brytyjskiego Martin Tyler, którego przy okazji meczów Widzewa w Anglii uczyłem, że Wójcicki i Tłokiński wymawia się inaczej niż „łojsiki” i „tłokiki”, miał tym razem inny problem. „Co my zrobimy z tymi arabskimi nazwiskami?” – martwił się. My też mieliśmy problem z holenderskim bramkarzem, który nazywał się Ed de Goeij. Jak tu wymówić poprawnie jego nazwisko, gdy się wie, że w języku holenderskim „g” czyta się jak „h”, a „oe”, jak „u”?
Holendrzy wygrali z trudem 2:1. Saudyjczycy prowadzili 1:0 i mieli przewagę i tylko ich brak doświadczenia sprawił, że nie utrzymali korzystnego wyniku. W ówczesnej mojej relacji w gazecie wyczytałem teraz, że przez 30 minut od rozpoczęcia spotkania oddali 9 groźnych strzałów. Holendrzy strzelili zwycięską bramkę w 87 minucie. „Arabska noc skończyła się trzy minuty przed świtem” – meldowałem, pamiętając, że mecz odbywał się głęboką nocą czasu polskiego i oglądać go mogło na żywo niewielu widzów. „Okazuje się, że podczas mistrzostw spać nie należy” – napisałem na koniec. Tę przestrogę warto zapamiętać i teraz, bo kto wie, co nas czeka na przykład w meczu Brazylia – Haiti, który rozpocznie się 20 czerwca o 2.30 w nocy.
Wydawało nam się, że w Ameryce nie mają kłopotów z zachowaniem kibiców na imprezach sportowych, tymczasem mieszkańcy okolic stadionu, znajdującego się w środku miasta, mile zaskoczeni byli kulturą przybyłych Europejczyków. Z ponad 50 tysięcy widzów policja zatrzymała tylko 28 osób: 25 „koników” za nielegalny handel biletami, dwóch za niedozwolony handel innymi towarami i tylko jednego za „niewłaściwe zachowanie” – jak napisano w oficjalnym komunikacie. Na meczach futbolu Washington Redskins bywało znacznie gorzej.
Między meczami w Waszyngtonie był czas na obejrzenie kultowych miejsc. Gmach Kongresu był dostępny, poszedłem więc i ja. Obradował akurat senat: mówca przedstawiał projekt budowy mostu w jakimś miasteczku. Oprócz przewodniczącego obrad i mówcy na sali było jeszcze trzech senatorów, z których jeden głośno spał. Parlamenty na całym świecie były i są pod tym względem jednakowe.
Znacznie lepiej spisali się Saudyjczycy w meczu z Belgią, wygranym 1:0. Gola dla nich strzelił Said al-Oweiran w piątej minucie, po kilkudziesięciometrowym rajdzie w stylu Maradony. Atmosfera tego dnia była w Waszyngtonie burzliwa, a właściwie burzowa, bo mam na myśli pogodę. Od kilku dni ostrzegano, że nadchodzi huragan. No i nadszedł: gdy kończyłem pisać kolejną korespondencję, zerwał się wicher, a potem rozpętała się ulewa. Fruwały ściany namiotu biura prasowego, wśród stołów i biurek płynęła wartka rzeka. Trzeba się było ewakuować, ale nie dlatego wyjechałem z Waszyngtonu: w planie miałem teraz Boston, gdzie znalazłem się 4 lipca, w amerykański Dzień Niepodległości. A bohaterami tej części mundialowych wspomnień sprzed 32 lat będą Diego Maradona i… Gustaw Holoubek.
Wojciech Filipiak
