Porzućcie wszelką nadzieję...
...wy, którzy jedziecie do Łęcznej i nawet tam nie potraficie zagrać choćby przeciętnych zawodów. GKS Tychy bystro pędzi do II ligi.
Już w pierwszych sekundach Paweł Jaroszyński (z lewej) pokazał Damianowi Kądziorowi, kto rządzi w Łęcznej. Fot. Kacper Pacocha/Press Focus
Piłkarska stara szkoła mówi, że na początku meczu warto potraktować rywala ostrzej, aby ten poczuł, kto rządzi na murawie. Po kilkunastu sekundach gry przekonał się o tym Damian Kądzior, w którego Paweł Jaroszyński „wbił się” tak mocno, że tyskiego skrzydłowego przez dłuższą chwilę opatrywali medycy. Ból doskwierał mu aż do 27 minuty – wtedy powiedział „pas” i zastąpił go Paweł Łysiak. Nie zadziałało natomiast stare piłkarskie porzekadło: że sędzia w pierwszej minucie nie pokazuje kartek. Bo obrońca Górnika za atak na Kądziora obejrzał „żółtko”.
Jak wygląda „nic dobrego”?
Atak Jaroszyńskiego był symbolem wagi spotkania „o sześć punktów” zespołów ze strefy spadkowej. Było twardo, przerw w grze nie brakowało, ale sytuacji – jak na lekarstwo. Ciut płynniej wyglądali gospodarze, a napędzili się w 22 minucie. 20-letni Patryk Paryzek dostał podanie prostopadłe między niezorganizowanych obrońców GKS-u i choć przegrał pojedynek z Jakubem Mądrzykiem, zgarniający piłkę kapitan gości Igor Łasicki... zagapił się, a nadbiegający Paryzek kopnął nią jeszcze w poprzeczkę! Wyglądało to co najmniej absurdalnie i nie zwiastowało gościom niczego dobrego – co sprawdziło się w 39 minucie. Rzut rożny, zgranie głową Fryderyka Janaszka i główka Luki Guczka z bliskiej odległości na 1:0 – tak wyglądało owe „nic dobrego”. Fatalnie zachowała się w tej sytuacji tyska obrona. Janaszek główkował zupełnie nieniepokojony, zaś gdy Słoweniec wykańczał akcję, tuż przed samym Mądrzykiem Łęcznianie... mieli przewagę liczebną.
Zbiór przypadkowych jednostek
W drugiej połowie GKS musiał więc rzucić się do ataku, bo w pierwszej nie dał żadnego konkretu, ani tym bardziej powodu optymizmu. Śląski zespół wyglądał jednak tak, jakby... niczego nie trenował; jakby biegali (lub truchtali) obok siebie przypadkowi ludzie, którzy widzą się po raz pierwszy. Wiadomo, że zimą kadra uległa wielkim zmianom i od początku wybiegło 6 nowych graczy, ale to już trzeci „wiosenny” mecz po pełnym okresie przygotowawczym. Pressing? Nie działał. Atak pozycyjny? Fatalny. Wyprowadzenie piłki od tyłu? Najczęściej „laga”. Pojedynki? Bezowocne. Zazwyczaj zresztą Tyszanie musieli wchodzić w nie, bo... nie mieli komu podać. Nie potrafili wypracować choćby średniej sytuacji strzeleckiej, a gdy chcieli naśladować Górnika i zrobić to z rzutu rożnego, Bartłomiej Barański... przeciągnął wrzutkę za linię końcową. Bliżej kolejnych bramek byli – jeśli już – Łęcznianie, zaś GKS – jeśli już – bliżej jest co najwyżej spadku.
Piotr Tubacki
1 STRZAŁ oddał w pierwszej połowie GKS, podczas gdy Górnik – 8. To pokazuje, jak źle przez długie momenty prezentowali się w Łęcznej Tyszanie.
2 MECZE wygrał w tym sezonie Górnik: 5 października z Miedzią i wczoraj z GKS-em.
OCENA MECZU⭐ ⭐
◼ Górnik Łęczna – GKS Tychy 1:0 (1:0)
1:0 – Guczek, 39 min (głową)
GÓRNIK: Budziłek – Spacil (60. Nowogoński), Szabaciuk, Guczek, Jaroszyński, Ogaga – Myszor, Deja, Kryeziu, Janaszek (60. Śpiączka) – Paryzek (90+4. Ahmedow). Trener Jurij SZATAŁOW.
GKS: Mądrzyk – Tecław, Łasicki, da Silva – Keiblinger, Barański, Wuwer (77. Szpakowski), Kubik (77. Sandoval) – Kądzior (27. Łysiak), Rumin (61. Krawczyk), Listkowski (61. Wełniak). Trener Łukasz PISZCZEK.
Sędziował Łukasz Karski (Słupsk). Widzów 1005. Żółte kartki: Budziłek, Jaroszyński, Spacil – Listkowski, Tecław
