Pomroczność jasna...
GieKSa może już raczej zapomnieć o finałowym turnieju Pucharu Polski w Krynicy-Zdroju!
Pontus Englund (z prawej) popełnił błąd i James White (z lewej) zdobył gola, a po chwili doszło do starcia pod bandą. Fot. PAP/Jarek Praszkiewicz
GKS KATOWICE
Trzy mecze w ciągu pięciu dni i zaledwie punkt przywieziony z Oświęcimia oraz dwie bolesne porażki we własnej hali, z Zagłębiem 1:5 oraz z Comarch Cracovią 2:3 – to dorobek Katowiczan, którzy mają już siedem potyczek (dwie awansem) i tyleż punktów. Serdecznie mało, by myśleć o miejscu w czołowej czwórce, premiowanym awansem do grudniowego finału Pucharu Polski. - Może to i dobrze, że nie pojedziemy do Krynicy na jeden dzień (w przypadku porażki w półfinale - przyp. red.), bo nie będziemy generować kosztów – zauważył sarkastycznie jeden z pracowników klubu, proszący o anonimowość.
Start jak zwykle
Jestem prawie stałym bywalcem Satelity przed treningami GieKSy i lubię wymieniać uwagi o sportowych dokonaniach nie tylko tego zespołu, ale również pozostałych ligowców.
- Przecież pan wie jak zaczynamy sezon ligowy, a jaki jest efekt końcowy? - zadał pytanie jeden z liderów zespołu, Patryk Wronka, jeszcze przed minionym weekendem. - Sześć finałów play offu z rzędu wszyscy pamiętamy. To tylko kwestia czasu...
Ostatnie trzy mecze miały być przełomem dla zespołu i początkiem marszu w górę, a tymczasem GieKSę ogarnęła „pomroczność jasna” - parafrazując słowa prezydenta Lecha Wałęsy przy zupełnie innej sytuacji.
W meczu z Zagłębiem Katowiczanie mieli przewagę przez dwie tercje, ale efekt końcowy był marny, a to co się działo w meczu z Comarch Cracovią, przechodzi wszelkie wyobrażenie. Gospodarze oddali 48 strzałów, zdobyli dwie bramki i wykreowali Santeriego Lipiainena na bohatera tej potyczki. Fin bronił z wyczuciem i dużym szczęściem, bo krążek po wielu uderzeniach trafiał w niego.
Skwaszona atmosfera...
Drużyna ma chyba silniejszy skład niż w poprzednim sezonie, a wyników nie ma. Gdzie tkwi przyczyna? Można znaleźć wiele, bo kontuzje dwóch czołowych zawodników, bo kanadyjski bramkarz jeszcze nie „odpalił” itp., itd., a tymczasem diabeł tkwi w szczegółach, czyli w atmosferze! Jeżeli przegrywa się mecz za meczem, to wówczas robi się nerwowo zarówno w szatni, jak i na lodzie.
- W szatni za dużo mówi się po angielsku – zauważa ironicznie jeden z zawodników, zastrzegając sobie anonimowość. Gdy usłyszał te słowa kapitan Grzegorz Pasiut tylko się uśmiechnął i dodał: - Trzeba przede wszystkim uprościć naszą grę, strzelić szybko gole i potem możemy się popisywać kółeczkami na lodzie. Niby proste, ale nikt tego nie robi. Nie możemy przegrywać w takim stylu jak z Cracovią.
- Trzeba solidnie tupnąć nogą, choć teraz mam też wątpliwości czy to coś pomoże – dodał Mateusz Michalski, który powoli wraca do treningu po kontuzji bicepsa. - Nie wiem czy obecność Grześka i moja pomogłaby drużynie, ale obaj musimy być zdrowi, znaleźć się w składzie.
Marna skuteczność
- Jeszcze do mnie nie dociera, że przegraliśmy taki mecz z Cracovią – zasłaniał twarz napastnik Patryk Krężołek, który po trzech latach powrócił do GKS-u. - Wiele sobie po tym sezonie obiecywałem, a tymczasem niewiele z tych planów wychodzi. Przede wszystkim nasza skuteczność pozostawia wiele do życzenia. To główna przyczyna porażek. Trzeba szybko strzelać na bramkę i gra musi być prostsza.
Gdy na tablicy było 0:2, w boksie GieKSy było nerwowo i trener Jacek Płachta „skrócił” skład i zdecydował się na grę trzema atakami, na dodatek w różnych konfiguracjach i to również świadczy o nerwowości. W ciągu 42 sek. gospodarze wyrównali i wydawało się, że wszystko pójdzie w dobrym kierunku, a tymczasem błąd bramkarza sprawił, że Daniel Berzinš zdobył zwycięskiego gola.
- Nikt nie będzie pamiętał jaki przebieg miał ten mecz, ale wszyscy będą pamiętali mój błąd – stwierdził załamany Michał Kieler. - Muszę po tym ochłonąć, bo za chwilę mamy kolejne spotkania.
- Wiem co to znaczy dla bramkarza, ale będę Michała bronił i to nie on przegrał mecz, lecz drużyna – wtrąca się Michalski. - Przez 50 minut był niemal bezrobotny, stał w bramce i sztywniał, a potem dostał strzał i... porażka. Ta potyczka powinna się zakończyć naszą wysoką wygraną, ale mleko się rozlało...
Teraz przed GieKSą znów trudny weekend - spotkanie z Jastrzębiem (u siebie) i niełatwy wyjazd do Torunia. Potrzebna jest terapia wstrząsowa, ale to już rola sztabu szkoleniowego i teraz pilnie nasłuchujemy wieści z klubu!
Włodzimierz Sowiński
