Pokonać presję i... rywala

Rozmowa z Grzegorzem Pasiutem, napastnikiem i kapitanem GKS-u Katowice

Grzegorz Pasiut nie tylko lubi play off, ale chce w nim zwyciężać. Fot. Mateusz Sobczak / Press Focus

Wedle moich obliczeń to pański dwudziesty pierwszy play off w bogatej karierze. Czy to się zgadza?

- Nie wiem, bo nie liczyłem. Nie wiem, czy uwzględnił pan play off w Krynicy, kiedy jako niespełna 17-latek grałem z KTH o ekstraligę.

Oj, nie uwzględniłem i już nanoszę poprawkę. Play off wedle wielu fachowców to zupełnie inna bajka. Prawda czy fałsz?

- To kluczowy moment sezonu. To coś, na co czekamy kilka miesięcy. Wszyscy doskonale wiemy, jak często są rozgrywane mecze, jaka jest ich częstotliwość. A play off jest szczególny, bo wiąże się z „nagłą śmiercią”, przegrywający odpada. Nikt nie chce zakończyć sezonu ligowego w połowie marca. Wszystkim, bez wyjątku, tym doświadczonym czy młokosom, towarzyszy ogromna presja, a nakłada się na to zmęczenie. Czasu na odpoczynek nie ma wcale, bo gra się co dwa dni. Cały czas towarzyszy nam ciśnienie i trzeba sobie z nim radzić. Bardziej doświadczeni lepiej to znoszą, zaś młodzi gorzej i trzeba ich wspierać.

A który play off utkwił panu w pamięci?

- Każdy mi sprawiał radość, że mogę w tej rywalizacji uczestniczyć. Każdy wiąże się ze wspomnieniami. Zacząłem, jak już wspomniałem, jako junior z moim macierzystym klubem, KTH Krynica, grałem baraż o ekstraligę (2004 r. – przyp. red.). Mocno to przeżyłem, bo przegraliśmy. Gdy zdobywałem pierwsze mistrzostw kraju z Cracovią, to była wielka frajda i cieszyłem się, ile wlezie. Grałem przez dwa sezony w Grodnie na Białorusi i to było zupełnie inne doświadczenie, bo przecież rywalizowałem w zupełnie innych realiach, zupełnie mi nieznanych. Tutaj w Katowicach, gdzie zostałem kapitanem, duma mnie rozpiera, bo przecież cztery razy z rzędu byliśmy w finale, a dwa z nich wygraliśmy. To jest spore osiągnięcie i warto o nim przypominać, zwłaszcza gdy teraz jesteśmy tuż przed decydującą fazą rozgrywek. Jako kapitan staram się mieć pieczę nad całością oraz pomagać kolegom na lodzie swoją dobrą grą, zaś poza taflą dobrą radą.

Ten sezon dla GieKSy był taki sobie, ale i tak patrzycie na wszystkich z góry. Czy pan zakładał takie rozwiązanie?

- Prawda, że pierwsza część rozgrywek nie była olśniewająca w naszym wykonaniu. Traciliśmy punkty w najmniej oczekiwanym momencie, kiedy ich nie powinniśmy tracić. Przegrywaliśmy po dogrywce lub karnych. Liga była wyrównana i, w moim przekonaniu, wszystkie drużyny, poza Sanokiem, miały wzloty i upadki. Ani jedna nie grała równo, na takim poziomie na jakim by chciała. Myśmy się starali, lecz nie zawsze nam to wychodziło, jednak w końcowym efekcie mamy pierwsze miejsce. Wyszliśmy z założenia: grajmy swoje i zobaczymy, co nam to przyniesie. Najpierw jechaliśmy do Torunia, gdzie gra się nadzwyczaj trudno. Gdy przywieźliśmy punkty, to przed nami były dwa mecze: z Polonią i w Krakowie. I przed nimi usiedliśmy w szatni i powiedzieliśmy: przecież stać nas sześć punktów. I wówczas nawet nie myśleliśmy, że Unia Oświęcim się potknie, a jednak wyszło na nasze i teraz zaczynamy rywalizację we własnej hali, a to jest niesłychanie ważne.

Jak pan postrzega swoją drużynę tuż przed play offem?

- Niestety, nie mamy szerokiej ławki, ale mamy drużynę mocno skonsolidowaną. Widzę w szatni, jak moi koledzy są zdeterminowani i przygotowani do ciężkiej pracy, jaka nas czeka. Cztery finały do czegoś zobowiązują i każdemu z nas to w głowie kołacze. Wiemy, że chcemy zaprezentować swój najlepszy hokej i będziemy starali się walczyć, by znów dostać się do finału i zagrać o złoto. Po drodze może się wiele wydarzyć, bo przecież rywale myślą o tym samym. Oby tylko omijały nas kontuzje, bo wszyscy pamiętamy, jak było rok temu. Podczas turnieju reprezentacji kontuzji nabawił się Bartosz Fraszko, jeden z naszych kluczowych zawodników. Jego nieobecność to było poważne osłabienie drużyny, ale i tak walczyliśmy dzielnie. Przegraliśmy w siódmym meczu z GKS-em Tychy.

A jak teraz potoczy się rywalizacja w ćwierćfinale play offu? Faworyci zwyciężą?

- Play off zapowiada się interesująco, ale nie chciałbym stawiać jakichś prognoz. Wiem jaki cel nam przyświeca: zwycięstwo! Natomiast drużyny niżej usytuowane wcale nie są bez szans. Jedni muszą, zaś drudzy chcą. I właśnie te drugie będą podejmowały ryzyko i walczyły do samego końca. Zespoły z Bytomia czy Torunia, dla przykładu, będą grały swobodnie, bez większego obciążenia, natomiast rywale mają zdecydowanie większą presję, bo oczekiwania kibiców czy działaczy klubowych są zdecydowanie większe. Nikt mi nie powie, że czołowy kwartet nie ma wysokich aspiracji. Chcemy grać o złoto i mówię o tym głośno. Nie będę prognozował i ograniczę się tylko do jednego stwierdzenia: w tej rundzie może być jedna niespodzianka. Nie, nie wyjawię, o jaką parę ćwierćfinałową chodzi...

Grzegorz Pasiut a reprezentacją. Czy otrzymam jasną deklarację?

- Cały czas jestem w kontakcie z trenerem Pekką Tirkkonenem. Jeżeli tylko z moim zdrowiem wszystko będzie w porządku, to wówczas jestem do dyspozycji trenerów. Przed reprezentacją otwierają się ciekawe perspektywy, a gra w nieco innym stylu niż za trenera Roberta Kalabera. Ponadto młodzi zawodnicy nabrali już doświadczenia i grają coraz lepiej, co pokazali w lidze. Jeżeli trener uzna, że jestem w stanie w jakiejś części pomóc zespołowi, to jestem do dyspozycji. Wszystko jednak zależy od szlachetnego zdrowia...

Rozmawiał Włodzimierz Sowiński

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się