Pogodzony z obojętnością

Z DRUGIEJ STRONY - Kacper Janoszka

We wczorajszym „Sporcie” Paweł Czado uzewnętrznił swój smutek, opowiadając o traumie związanej z brakiem awansu reprezentacji Polski na mundial. Przeczytałem materiał z zaciekawieniem, mój starszy redakcyjny kolega wypunktował wszystkie niepowodzenia kadry z ostatnich ponad 30 lat podczas eliminacji do wielkich turniejów. Napisał, że wspomniana trauma jest pochodną tego, iż doskonale pamięta chwile, gdy polska piłka była najlepsza w historii. I właśnie tego Pawłowi Czado i wszystkim jego rówieśnikom zazdroszczę.

Urodziłem się w 1999 roku. Dla mnie reprezentacja Polski zawsze była przeciętna, słaba, mizerna, byle jaka, przegrywająca. Nie mam wspaniałych wspomnień związanych z reprezentacją. Bo czy mam się cieszyć z tego, że pamiętam, jak awansowaliśmy na Euro po raz pierwszy w historii za czasów Leo Beenhakkera? Sorry, nie będę skakał z tego powodu z radości pod sufit, bo bardziej pamiętam to, że odpadliśmy z turnieju już na etapie fazy grupowej. Kadra w moim dzieciństwie była marna. Mundialu w Korei i Japonii nie pamiętam, więc moimi pierwszymi mistrzostwami świata z reprezentacją Polski były te z 2006 roku. Dwie porażki i jedna wygrana na pocieszenie z Kostaryką. Co to za pocieszenie? W 2018 roku już dzieckiem nie byłem, ale wciąż nastolatkiem. Myślałem, że po całkiem niezłym Euro 2016 (ćwierćfinał, wow!) chociaż wyjdziemy z grupy, a pamiętam, jak po dwóch porażkach leżeliśmy na ziemi w meczu z Japonią, grając na czas, żeby zdobyć trzy punkty, które już nic nam nie dawały.

Nie mam żadnych znaczących, miłych wspomnień związanych z reprezentacją.

Moje pokolenie raduje się na myśl o wspomnianym Euro 2016. Moje pokolenie w głowie ma jeszcze bramki Euzebiusza Smolarka w meczu z Portugalią w 2006 roku, które pomogły w awansie na Euro 2008. Moje pokolenie było zdziwione tym, że reprezentacja wyszła z grupy na MŚ w 2022 roku. Moje pokolenie cieszy się z rzeczy absolutnie nieistotnych, jeśli zestawimy to z sukcesami lat 70. i wczesnych 80. Moje pokolenie przeżyło rozpacz na Euro w 2012 roku u siebie. Moje pokolenie widziało, jak nie byliśmy w stanie awansować na mundial w 2010 i 2014 roku. Moje pokolenie jest już przyzwyczajone do porażek. Rozumiem w pełni, że po przegranej ze Szwecją – abstrahując od tego, czy zasłużonej, czy też nie – można czuć żal, smutek, wściekłość, rozpacz. Mnie natomiast towarzyszy kompletna obojętność. Dla mnie porażka jest codziennością. Oglądałem mecz ze Szwecją w kompletnej ciszy. Nie cieszyłem się z goli wyrównujących Nicoli Zalewskiego i Karola Świderskiego, bo w głębi duszy czułem, że zaraz i tak przegramy. To uczucie towarzyszy mi przy każdym meczu kadry. Przy każdym spotkaniu mam wrażenie, że zaraz coś się popsuje. Mam wrażenie, że Euro 2016, podczas którego dotarliśmy do ćwierćfinału, było błędem w matrixie. Mam wrażenie, że na taki poziom nie wejdziemy już nigdy…

Bo tak mnie wychowała reprezentacja. Przez niecałe 30 lat życia nauczyłem się tego, żeby już nigdy nie robić sobie nadziei przy meczach Biało-czerwonych. Zawsze, gdy miałem nadzieję, byłem rozczarowany. Nie mam więc w sobie nadziei na lepsze jutro. Reprezentacja Polski, ta przegrywająca, ta szybko odpadająca z turniejów, ta, która nie awansuje na ważne wydarzenia – to jest moja normalność, z którą już jestem pogodzony.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się