PKS
REMANENT, cotygodniowy felieton Jerzego Chromika
Uczę się polskiego od Mistrza Mowy, wiadomo dobrze jakiej, Andrzeja Poniedzielskiego. Nazywany jest też Mistrzem Pauzy, a nawet Misterem Listopada, bo bardzo nie lubi październiczeć. A tak ogólnie to jest fanem nostalgii, a więc czasów, których już nie ma i najprawdopodobniej nie będzie. No, może z małymi wyjątkami.
Andrzej ma na każdy właściwie temat dykteryjkę, a nawet anegdotę. W dzieciństwie i młodości mieszkał w Kielcach, blisko dworca PKS. Tu młodym należy się ważne wyjaśnienie. Skrót PKS rozwijał się w sposób wtedy zrozumiały dla wszystkich Polaków, nie tylko tych z prowincji. To była Państwowa Komunikacja Samochodowa!
A tak na marginesie. W latach 80. XX wieku, a konkretnie w 1980, gdy zamieszkałem już na zawsze w Warszawie, usłyszałem przy pierwszej, jakże ważnej okazji w urzędzie definicję „terenu”. Otóż zdaniem rodowitych stołecznych „TEREN to jest to wszystko, co znajduje się poza granicami Warszawy”. Choćby taka Stara Miłosna i Rembertów.
Wracamy do Kielczanina Poniedzielskiego. Młody Andrzej był skazany na słuchanie zapowiedzi dworcowych. Gdy uczył się już logiki, także tej logiki języka, usłyszał pewnego dnia:
– Autobus do Szydłowca z godziny trzynastej zero zero w dniu dzisiejszym nie odjedzie.
Zapadła złowroga cisza, przerywana retorycznymi pytaniami zainteresowanych pasażerów: jak to?
Spikerka po krótkiej pauzie, potęgującej tajemniczość, włączyła mikrofon i rzekła:
– Nie odjedzie, bo go nie ma!
Zainteresowani niełatwo pogodzili się z tym faktem, ale od tego popołudnia Andrzej zrozumiał wagę pauzy w przekazie słownym i stał się jej gorącym orędownikiem.
PKS całkiem jeszcze niedawno maskował inną organizację, Polskie Kolegium Sędziów. Po „Fryzjerze”, by ukryć mroczną przeszłość środowiska, nazwę chytrze zmieniono. Na Kolegium Sędziów. Nieopatrznie, bo wszyscy pozostali w PRL. Kolegium to kolegium! Gdy dorastałem, już w liceum, kolega po kwestii „nie ma sprawy” zawsze dopowiadał: „nie ma sprawy, ale jest kolegium”.
Znów zdania przybliżenia należą się absolwentom gimnazjów. W tamtym ustroju sądy nie zajmowały się byle tematami. Od tego były „Kolegia do spraw wykroczeń”. Za wyrwanie z korzeniami znaku drogowego i przeniesienie go kilometr dalej było KOLEGIUM! Ono mogło wlepiać tzw. kary porządkowe. Choćby – trzydzieści godzin prac społecznych! Mogło to być przykładowo zamiatanie głównej ulicy powiatowego miasteczka i wtedy prawie wszyscy złośliwi sąsiedzi pytali delikwenta w żółtej kamizelce z troską, ale i satysfakcją:
– Kazik, a ty co nabroiłeś, że zamiatasz niedopałki?
– Eeee tam, tylko oddałem mocz za kapliczką, czyli pomnikiem bohaterów braterskiej armii.
Siemieniec też nie zrobił, przynajmniej jego zdaniem, niczego zdrożnego. Wysłał tylko niepotrzebnie esemesa, a mógł skontaktować się bez zostawiania śladu. Ja to nawet rozumiem. Kiedyś oburzony adept, któremu odebrałem honorarium za nieterminowo zrobiony research, chciał wysłać donos na mnie, taki pełny oburzenia, do producenta programu. Ale pomylił kontakt i przesłał go pod mój adres. Od tej pory wiedziałem, co o mnie myśli w chwili wzburzenia.
Nie będę pastwił się, bo robią to lepiej inni, nad białostockim ADIM. Zadedykuję mu tylko i sędziom z dawnego PKS nieco zmienione słowa wiersza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. A tak na poważnie napiszę o tym gronie wzajemnej adoracji już za tydzień, choć tak po prawdzie to mi się nie chce, bo wszystko jest w siedmiu tomach mojego „Remanentu”. Ale historia lubi się powtarzać...
*
Ile razem dróg przebytych?Ile meczów przegwizdanych?
Ile karnych, ile kartek
Wiszących nam nad głowami?
Ile znaków, też drogowych,
ciężkich godzin w miastach wielu?
I znów upór, żeby powstać
by wyjść na trawę i dojść do... VAR-u.
Ile w trudzie nieustannym
wspólnych zmartwień, wspólnych dążeń?
Ile meczów ustawionych?
Esemesów? Mejli? Kartek?
Twe oczy jak piękne gole,
a w sercu słowa Fryzjera.
Więc chciałbym te esemesy
ocalić od zapomnienia...
Koszulka sędziego Laguny. Bezcenna pamiątka... Fot. JCH
