Pisanie pod dyktando
POWRÓT DO KORZENI - Michał Listkiewicz
PRESS_FOCUS
Krzysztof Porębski
Czułem, że dzieje się coś złego, gdy Garlicki przestał pojawiać się na spotkaniach Fundacji im. Kazimierza Górskiego. Tworzy ją zacne grono, nie tylko najbliższa rodzina Trenera Tysiąclecia, syn Darek i wnuczka Berenika, lecz także osobistości świata futbolu: Andrzej Strejlau, Leszek Ćmikiewicz, Jerzy Kraska, Grzegorz Lato, Jan Tomaszewski; polityki: Aleksander Kwaśniewski; kultury: Janusz Zaorski; dziennikarstwa: Stefan Szczepłek; dyplomacji: Janusz Jesionek; biznesu: Paweł Kosmala. Mam zaszczyt być tam wiceprezesem, to dla mnie ważniejsze niż prezesura w PZPN czy sędziowanie na dwóch mundialach.
Doktor Garlicki od lat mieszkał w Karwieńskich Błotach nad Bałtykiem, ale nie opuszczał zebrań Fundacji w Warszawie. Zabierając głos, prawił mądrze i ze swadą, dużo opowiadał o kulisach kontuzji i leczenia zawodników, którzy przeszli do historii polskiego futbolu. Nie był medykiem z gatunku tych, którzy ordynowali kroplówki z dziwnymi substancjami lub leczyli aspiryną. Kiedyś w meczu reprezentacji młodzieżowej zawodnik rozciął łydkę, na co pewien lekarz spryskał ranę chlorkiem etylu zwanym powszechnie zamrażaczem. Na uwagę, że pomylił leki, odparł spokojnie: „Panowie, przecież ta cała medycyna sportowa na kicie się opiera”. Kiedy indziej błagającemu o pomoc piłkarzowi kazał wstawać, bo się przeziębi, a doktor nie będzie wychodził w przytulnej ławki na ulewę. To byli szarlatani, a Garlicki był fachowcem z najwyższej półki. W podwarszawskim Konstancinie pomagał tysiącom ofiar wypadków, często także krewnym i znajomym działaczy sportowych po znajomości i nieodpłatnie. Zaprowadził mnie kiedyś na oddział, gdzie leżeli młodzi mężczyźni sparaliżowani po skakaniu do wody w niedozwolonych miejscach. Połamali kręgosłupy i złamali swoje życia. Janusz Garlicki był świadkiem zbrodni wołyńskiej, mordów i okrucieństw dokonanych na tysiącach Polaków przez siepaczy Bandery, Szuchewycza i innych. Tych, którym dziś na Ukrainie stawia się pomniki, a stadiony nazywa ich nazwiskami.
Odszedł ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, teraz doktor Janusz Garlicki, niedługo nie będzie komu prosić o umożliwienie godnego pochowania przodków. Bezsilność i kunktatorstwo polskich polityków od dziesięcioleci jest wyrzutem sumienia. Mówienie, że teraz nie czas na uczciwy osąd tamtych tragicznych wydarzeń to wymówka i cynizm. Wiceprezes PZPN Mieczysław Golba i słynny scenograf Allan Starski to jedni z wielu, których przodków okrutnie zamordowano na Wołyniu.
Od kilku tygodni na popularnych portalach sprzedających prawdę futbolu jako prawdę ostateczną trwa istny festiwal pokłonów przed Zbigniewem Bońkiem. Gdyby chodziło tylko o piłkarskie dokonania, byłbym w pierwszym szeregu kłaniających się w pas i śpiewałbym w chórze gloryfikującym Zibiego. A śpiewam nieźle, na ostatniej Wigilii posuwałem kolędy pierwszym głosem przy zachwycie bliższej i dalszej rodziny. Tu jednak chodzi o peany o Bońku w roli prezesa PZPN. Z tym mam pewien problem i bynajmniej nie chodzi o moją prezesurę, słusznie różnie ocenianą. Ale stawianie ZB nad szefami wybitnymi, jak generał Kazimierz Glabisz, Jan Maj, Zbigniew Jabłoński, Kazimierz Górski czy Edward Brzostowski to jakiś żart. To nieprawda, że przed nastaniem ery Bońka kasa świeciła pustkami, działacze pili na umór, a reprezentacja zbierała oklep od każdego. Pieniądze w sejfie PZPN były za Laty, są za Kuleszy, nawet w moich czasach związek nie biedował, co było solą w oku nieświętej pamięci ministrów. A to skazanych za korupcję, a to uzależnionych od rozweselających substancji, to znów zastrzelonych na ulicy w gangsterskich porachunkach. Boniek nie zreformował w polskim futbolu niczego poza wizerunkiem, tu składam głęboki ukłon.
Inna sprawa, że metody były proste jak konstrukcja cepa. Śniadania prasowe, miejsca w samolocie, kilku dziennikarskich tuzów na etatach. Paradne jest twierdzenie, że takiego poligloty i lwa salonowego jak Zibi nie było w 105-letniej historii związku. Oj byli, byli i to lepsi w te klocki. Sam też nie zamierzam się samobiczować, znam biegle pięć języków obcych, skończyłem świetne uczelnie, tłumaczę literaturę, dużo piszę, czytam i gram, a nóż i widelec też mi nieobce.
Dorobek Zibiego broni się sam, nie potrzeba do niego dorabiać żadnej ideologii ani postponować poprzedników i następców. Chyba że chodzi o przyszłoroczne wybory prezesa PZPN, raczej tu jest pies pogrzebany.
Jakub Błaszczykowski swoimi wspomnieniami po raz kolejny wywołał dyskusję. Fot. Krzysztof Porębski/PressFocus
Jakub Błaszczykowski w świetnym wywiadzie przeprowadzonym przez Bogdana Rymanowskiego żali się, że pisano artykuły na zamówienie, by go zdyskredytować, a ich inicjatorem był ówczesny prezes ZB i selekcjoner. Chodziło o pozbawienie Kubę opaski kapitana, co przy pomocy usłużnych mediów udało się zrobić. Jakoś bardziej ufam Błaszczykowskiemu niż wybitnemu dziś golfiście Jerzemu Dudkowi z niezrozumiałych dla mnie powodów głoszącemu, że najlepszym prezesem w historii był Zbyszek i basta! Może jakaś wiceprezesura majaczy na horyzoncie? Cezaremu Kuleszy doprawia się gębę jak kiedyś Grzegorzowi Lato i Zdzisławowi Kręcinie. Gombrowicz wiecznie żywy. Czy ciemny lud to kupi? Nie sądzę, dziś piłkarski elektorat to prawnicy, biznesmeni, samorządowcy, nauczyciele, przedsiębiorcy. Nie z nimi te numery panie B(runner)!
Nie sądziłem, że pełnienie funkcji rzecznika prasowego wymaga nabycia wiedzy tajemnej. Do takiego wniosku można dojść, śledząc losy urokliwej pani Karoliny Kawuli. Z Lechii Gdańsk do Wisły Kraków i teraz z powrotem nad morze. Wnuczka legendarnego defensora „Białej Gwiazdy” jest z wykształcenia kulturoznawczynią, ale czy o kulturę fizyczną tu chodzi? Powstała nawet specjalistyczna firma szkoląca rzeczników prasowych i obsługująca kluby. Założył ją wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego dr Seweryn Dmowski. Szanuję jegomościa, zetknęliśmy się jakoś przy Euro 2012, ale czy nie jest to przerost formy nad treścią?
Generalnie odpłatne szkolenie ludzi w każdej dziedzinie aktywności to robienie im wody z mózgu. Do napisania dobrego felietonu nie trzeba kończyć wielkich szkół ani kursów. Jan Himilsbach i Stanisław Tym pisali, bo mieli do tego talent. Też byłem rzecznikiem prasowym, od tego zaczęła się moja droga w PZPN, jak w filmie „z pucybuta prezes”. Zatrudniłem też w tej roli ludzi od sasa do lasa i wszyscy dali radę. Wzięty dziś agent piłkarski Jarosław Kołakowski, urodziwa Agnieszka Olejkowska, zadziorny Michał Kocięba, a potem - już za prezesury Laty - Janusz Atlas, Maciej Polkowski, wybitni dziennikarze. Jednak hitem było rzecznikowanie „naturszczyka” Zbigniewa Koźmińskiego, wybitnego trenera koszykówki, prywatnie ojca „tego” Marka. Zbyszek to zwierzę medialne, w utarczkach słownych czuje się jak ryba w wodzie. Nie zapomnę jak w programie telewizyjnym na żywo zgasił wicepremiera Jarosława Gowina takim tekstem: „Kto pana zna poza sąsiadką z parteru? Bo prezesa PZPN to zna cała Polska”. Zuch! Czy rzecznicy wyszkoleni przez firmy konsultingowe też by tak potrafili? Nie wszystko da się ogarnąć korporacyjnym ładem i sztuczną inteligencją.
