Piłka w cieniu tragedii
WYMIANA KOSZULEK, cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
Był chop, ni ma chopa. Śmierć Jacka Magiery jest szczególnie dotkliwa i zatrważająca – nagłe zatrzymanie krążenia u człowieka, który był zawodowym sportowcem, przez lata przechodził szereg specjalistycznych badań, w dodatku słynął z dbania o zdrowie i kondycję, nie był niewolnikiem szkodliwych nałogów. Taki niewytłumaczalny zgon implikuje od razu jakieś metafizyczne lęki. Nie znamy dnia ani godziny bez względu na wiek i tryb życia.
Zaprzyjaźniony lekarz mi tłumaczy: nasze życia wiszą na włosku naczynia wieńcowego, które ma sześć milimetrów średnicy, jak się zatka, to koniec. Różne mogą być przyczyny, na przykład przy odwodnieniu gęstość krwi się zwiększa, wtedy łatwiej o zator, pęknięcie blaszki miażdżycowej, oderwanie jakiejś małej skrzeplinki - słyszę te zdrobniałe, nieomal pieszczotliwe określenia i nijak mi nie pasują do trzech mrocznych sylab: nagła śmierć. Nawet regularne badania nic nie dadzą, w przypadku niewykrytej arytmii serca zawsze jest ten pierwszy raz, często pierwszy i ostatni, mówi mi przyjaciel. Czyli nasze bateryjki mają zaprogramowaną datę ważności, po której usunięciu po prostu przestają działać, nie da się tego uniknąć, życie to śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową, na co dzień wypieramy fakt, że żyjąc, tracimy życie, bo gdybyśmy w każdej chwili bali się śmierci, umarlibyśmy ze strachu.
Myślę o Christianie Eriksenie, który miał to szczęście w nieszczęściu, że zatrzymanie akcji serca przytrafiło mu się na boisku, w trakcie meczu, lekarze byli przy nim po kilkunastu sekundach i zaczęli reanimację; Magiera stracił przytomność w trakcie porannej przebieżki w parku, ratunek przyszedł za późno. Miał za sobą spełnioną karierę sportową i był w trakcie obiecującej trenerskiej, zdobył także nietypowe dla piłkarza wykształcenie - jeszcze w trakcie ligowej kariery został magistrem historii.
Był człowiekiem o nienagannych manierach, budził powszechną sympatię, w miniony weekend na stadionach ligowych oddano mu cześć bez względu na przynależność klubową – polska piłka nie miała wielu takich postaci, to jest strata druzgocząca i niepowetowana. Człowiek, który przejął z marszu Legię poniewieraną w Lidze Mistrzów i potrafił zatrzymać Real Madryt, jest jedną z jaśniejszych legend stołecznego klubu. Zdobył na Łazienkowskiej po dwa mistrzostwa jako piłkarz i jako trener, żałobna oprawa Żylety przed meczem z Górnikiem była przejmująca. Ze słabiutkim Śląskiem potrafił zdobyć ligowe srebro, teraz jako asystent selekcjonera Urbana wydawał się idealnym kandydatem na jego następcę w przyszłości. „Był” – ten czas przeszły jest nie do przyjęcia, nie umiem się pozbierać.
Piłkarze chyba też nie potrafili, bo Legia i Górnik zagrały wyjątkowy piach, dobrze chociaż, że Zabrzanie wyratowali w ostatniej chwili punkt, bo o miejscach na podium w tym sezonie będzie decydował języczek u wagi. Ba, o każdym miejscu, wszak strefę spadkową od pozycji lidera dzielą cztery wygrane mecze, Marek Papszun ma pełne prawo roić sobie awans do europejskich pucharów, choć Legia ma tyle samo punktów, co trzecia od końca Arka, z drugiej strony taki Górnik może jeszcze spokojnie spaść, jeśli mu się przytrafi seria potknięć.
Wyniki ekstraklasowe wyglądają tak, jakby je generowała maszyna losująca, niech nikogo nie zwiedzie pierwsze miejsce obrońców tytułu, skoro już w niedzielę może ich zmienić na pozycji Zagłębie Lubin. Wszystkie spotkania ekstraklasy są spotkaniami na szczycie, a zarazem meczami o utrzymanie, na kilka tygodni przed końcem nikt nic nie wie (może tylko w Niecieczy już się domyślają, ale nie wypada im tego ogłaszać oficjalnie) - tak porąbanych rozgrywek nie pamiętają najstarsi kibice, do których powoli zaczynam się niestety zaliczać.
Małopolska w przyszłym sezonie zachowa swoją obsadę ekstraklasową, bo tak jak spadek Bruk-Betu, przesądzony jest awans Wisły, i chociaż coraz niebezpieczniej partaczy wiosnę Cracovia, ku awansowi wciąż dąży Wieczysta. Przełamała się w Chorzowie, Ruch niestety argumentów nie miał, Niebiescy są pierwszoligowym średniakiem i nie ma sensu się oszukiwać nadziejami na coś więcej – pociechą może być jedynie frekwencja na „Meczu Mistrzów”. Na który wybrać się nie mam zamiaru, bom jeszcze straumatyzowany łomotem, jaki w obecności 53 tysięcy widzów na Stadionie Śląskim spuściła gospodarzom Wisła przed rokiem.
Niestety, w Chorzowie nie mogą liczyć na walkowera, bo się kibolstwo przyjaźni i bramy dla fanów Białej Gwiazdy stoją otworem. Ze Śląskiem przyjaźni nie ma, a wrocławski klub dostał w nagrodę trzy punkty, kiedy się pan Królewski zbuntował i drużynie nakazał zbojkotować wyjazd. Takie to paradoksy historii: Wisła znowu Śląskowi pomaga, trzy punkty mogą zadecydować o bezpośrednim awansie – przed czternastu laty Śląsk zdobył mistrzostwo Polski kosztem chorzowskiego Ruchu, bo ówczesna chuligańska koalicja krakowsko-wrocławska zagroziła, że połamie Wiślakom nogi, jeśli nie dadzą Śląskowi wygrać. Ruchu się wtedy w Krakowie nienawidziło. Łaska kibolska na pstrym koniu jeździ.
Śmierć Jacka Magiery jest szczególnie dotkliwa i zatrważająca – implikuje od razu jakieś metafizyczne lęki. Nie znamy dnia ani godziny bez względu na wiek i tryb życia… Fot. Mateusz Sobczak/PressFocus
