Pierwszy, jakże ważny

REMANENT - Felieton Jerzego Chromika

Nazywam się Jerzy Chromik, urodziłem się w 1956 roku, w Radzyniu Podlaskim, we wrześniu, a dokładnie w pierwszej połowie września, a konkretnie pierwszego dnia tego miesiąca. Tylko spokojnie, nie o 4:45 AM, a o 2:45 PM.

To oczywiste nawiązanie do przedstawienia się Stanisława Tyma w „Rejsie” Marka Piwowskiego. Grał w tym filmie przezabawnego „kaowca”. Uwielbiałem i będę uwielbiał Pana Staszka! Był i będzie wzorem felietonisty, takim z Sèvres pod Paryżem. Kilka dni temu pożegnaliśmy Go na Powązkach...

Od tekstu Tyma rozpoczynałem co tydzień lekturę „Wprost”, „Rzeczpospolitej”, a ostatnio „Polityki”. Niedościgły Mistrz! Ja tylko będę próbował go tu naśladować i pisać felietony, bo... nie lubię wypracowań szkolnych. Ma być krótko, aktualnie i chwilami śmiesznie.

Za mną już życiowy „Remanent”, więc nie szukam poklasku. Piszę dla Czytelnika. Zawsze interesowała mnie prawda o sporcie. A dlaczego będę pisywał w „Sporcie”? Bliski region. Tu, konkretnie w Kosztowach, urodził się inny Chromik. I właśnie na Górnym Śląsku jest najwięcej tych nazwisk.

Zawdzięczam mu wiele. Tata wybrał mi takie, a nie inne imię, bo Pan Jerzy był w tym czasie rekordzistą świata w biegu na 3 km z przeszkodami. Nigdy nie poznałem inżyniera Chromika, ale wielu mnie z nim myliło. Można nawet uznać, że w pierwszych latach wykonywania zawodu jechałem na nazwisku, Jego nazwisku! Kilka lat temu poprosiłem kolegę Czado, by zapalił w moim zastępstwie znicz na jego grobie. Paweł od siebie dołączył kwiaty...

W każdym zawodzie trzeba mieć trochę szczęścia. Mija dokładnie 40 lat od rozmowy z Dariuszem Dziekanowskim, który zszokował piłkarską Polskę. A potem było już łatwo:

– Chromik, Chromik, a to ten od wywiadu z Dziekanowskim!

Przy okazji premiery „Piłkarskiego pokera”, do którego scenariusza dołożyłem trzy grosze, w katowickim Spodku Janusz Zaorski został zapytany: – A tak szczerze, to komu pan kibicuje? Ćwiartka hali to byli kibice „Gieksy”, ćwiartka „Niebieskich” i jeszcze ćwiartka kibiców z Zabrza. Nie było dobrej odpowiedzi, ale reżyser wybrnął!

– Osasunie Pampeluna – odrzekł bez zastanowienia.

Wtedy mało kto słyszał o tym hiszpańskim klubie, ale traf chciał, że niedługo potem poleciał tam Jan Urban. I tak Zaorski okazał się zamieszany w ten zagadkowy transfer. Ja również kibicuję... Osasunie.

Z Jankiem lubimy się od dawna, a po dziesięcioleciach rozstania odszukaliśmy się także z Ryśkiem Komornickim. A co ciekawe, swego czasu w moim rodzinnym miasteczku trenerem miejscowych Orląt był Marek Majka! Pamiętacie ich? To tak, jak ja pierwsze mecze pucharowe Górnika z AS Roma i Manchesterem City. Miałem wtedy 14 lat...

Co jeszcze mnie wiąże z Górnym Śląskiem? W 1980 roku napisałem na Uniwersytecie Wrocławskim pracę magisterską „RFN w myśli politycznej Charlesa de Gaulle’a”. Ten ceniony generał wypowiedział w 1967 roku niezwykłe zdanie:

- Niech żyje Zabrze, najbardziej śląskie miasto ze śląskich miast, czyli najbardziej polskie ze wszystkich polskich miast.

Czy wystarczy tych kilka powodów, dla których zaczynam pisać do „Sportu”? Nie? To podam ten najważniejszy. Z redaktorem naczelnym Andrzejem Grygierczykiem znam się też od 40 lat. Zawsze podejmował mnie gorącą herbatą lub kawą w Katowicach. Swój chłop. Takiemu się nie odmawia.

No, to świątecznego odpoczynku.

Jerzy Chromik

Autor felietonu otrzymał imię na cześć słynnego śląskiego biegacza. Czasem tych Chromików mylono...