Pierwszoligowcy do Europy?!
KOMENTARZ „SPORTU” - Mariusz Rajek
Nie chcemy zatem wałkować tego kolejny raz, ale całkiem zasadne wydaje się w tym momencie pytanie, co się stanie, jeśli za pół roku na Stadionie Narodowym nie będzie ekstraklasowego finału? Idźmy dalej – co się stanie, jeśli po drugie najcenniejsze trofeum w polskim futbolu sięgnie klub z niższej ligi albo – idąc w jeszcze większą abstrakcję – dojdzie do finału bez drużyny z ekstraklasy? To przecież nie jest wcale niemożliwe (starsi kibice pamiętają finał Lechia Gdańsk - Piast Gliwice z 1983 roku), zwłaszcza że poza Górnikiem Zabrze pozostali w grze ekstraklasowicze (Jagiellonia, Wisła Płock i Raków) okupują obecnie środkowo-dolne miejsca w tabeli. Może się zdarzyć tak, że któryś wyłoży się jeszcze w grudniu, a kolejne spotkają się na etapie ćwierćfinału.
Co wtedy? W ogóle nie interesuje nas w tym momencie, czy PZPN będzie miał problem z zapełnieniem stołecznego obiektu. Bardziej kręci nas zagwozdka, który z pierwszoligowców (a pozostało ich w grze aż sześciu) lepiej byłby w stanie wykorzystać los na loterii, swoisty skok na kasę i Europę? Bo przypomnijmy, że triumfator Pucharu Polski otrzyma 5 mln zł za zwycięstwo, ale to dopiero początek manny z nieba. Zdobycie Pucharu Polski opłaca się w tym sezonie bardziej niż wicemistrzostwo, bo daje występ w IV rundzie eliminacyjnej Ligi Europy, czyli w praktyce PEWNY WYSTĘP W FAZIE LIGOWEJ LIGI KONFERENCJI i do tego jeszcze siedem milionów euro.
Powiedzenie, że klub z I ligi (a może z jeszcze niższej?!) za takie pieniądze inaczej by sobie życie ułożył, nie byłoby żadną przesadą. Dla Polonii Warszawa czy Ruchu Chorzów byłby to powrót znad wyraz wielkim przytupem na salony. Frapująco natomiast brzmi pytanie, jak taki sukces skonsumowaliby w Rzeszowie, Głogowie, Niecieczy czy Opolu? Jako jednorazową przygodę czy na ustawienie się do końca życia (a jeśli nie, to przynajmniej na kilka najbliższych lat)? W przypadku tego ostatniego nie musieliby nawet szukać stadionu zastępczego na europejskie puchary.
