Pieniądze to nie wszystko
Z DRUGIEJ STRONY - Kacper Janoszka
Futbol bywa nieprzewidywalny, niepoliczalny. Nie da się go zmierzyć sumą wydanych pieniędzy. Nie ma gwarancji tego, że im więcej kasy inwestor właduje w klub, tym drużyna będzie grała lepiej. Nie ma reguły, a każdy przypadek jest inny. Pewne jest jedno – piłka nożna to dalej dyscyplina romantyczna, której towarzyszą ogromne emocje, bez których przecież bieganie 22 ludzi na boisku nie miałoby żadnego sensu. Chodzi przecież o łzy i śmiech, o huśtawkę emocjonalną, która wciąż utrzymuje kibiców przy tym, żeby spędzić dwie godziny na stadionie, gdy mecz wcale nie jest porywającym widowiskiem.
Spotkanie GKS-u Katowice z Widzewem nie było znakomite. Było wiele przypadku, strat, czasem widać było brak pomysłu na to, jak trafić do siatki. A mimo wszystko siedzieliśmy na trybunach lub przed telewizorami jak na szpilkach, wyczekując na to, który z zespołów zada nokautujący cios. Na to, która z ekip wytrwa w próbie nerwów i po serii rzutów karnych awansuje do półfinału Pucharu Polski.
Emocje udzielały się zresztą nie tylko tym, którzy obserwowali starcie z dystansu, ale także tym, którzy czynnie uczestniczyli w wydarzeniu. Widać to było po Mariuszu Fornalczyku, który z 11 metrów wybił piłkę w okolice górnych rzędów Areny Katowice. Widać to też było po jego reakcji, gdy stał przed kibicami Widzewa, a łzy płynęły mu po policzkach. Zauważalne to było także w wielkiej radości GieKSy. Gdy już nerwy puściły, zawodnicy ruszyli w euforycznym szale, żeby wyściskać bramkarza Rafała Strączka i rozpocząć świętowanie. To jest właśnie piłka nożna.
Piłka nożna to nie miliony wydane na Osmana Bukariego, Przemysława Wiśniewskiego, Emila Kornviga, Andiego Zeqiriego, Steve’a Kapuadiego i kilku innych piłkarzy, o których zamarzyli rządzący Widzewem ludzie. Jasne, niech liga się rozwija, ale pieniądz nigdy nie będzie w stanie zapewnić trzech punktów lub awansu do półfinału Pucharu Polski.
I nie chcę powiedzieć, że fundusze nie mają żadnego znaczenia, bo przecież bez nich GKS Katowice nie byłby w stanie walczyć w ekstraklasie. GieKSa jednak w porównaniu do Widzewa jest klubem skromnym, który ogląda każdą złotówkę z dwóch stron i mądrze wydaje pieniądze, wybierając na rynku zawodników, którzy po prostu są potrzebni. W Łodzi właściciel klubu Robert Dobrzycki pliki banknotów wyciąga z tylnej kieszeni spodni, kładzie na stół i mówi „poproszę zawodnika, obojętnie którego”. Zatracono tam jakiekolwiek hamulce.
We wtorek w Katowicach na murawie pojawił się Carlos Isaac, Hiszpan, który prawie całą karierę spędził na drugim poziomie rozgrywkowym w swoim kraju. Widzew zapłacił za niego milion euro. Cordoba, która zyskała te pieniądze, zapewne do teraz śmieje się, że wcisnęła Widzewowi tego piłkarza i jeszcze na tym zarobiła. Ponad 3 miliony euro zapłacono za Przemysława Wiśniewskiego. Uważam, że nie jest wart tych pieniędzy. Mamy zbyt duże wyobrażenie na jego temat po tym, jak zaczął grać w reprezentacji Jana Urbana. Suche dane są jednak dla niego bezlitosne. To defensor, który zagrał w 14 meczach w Serie A i w 71 spotkaniach w Serie B. Czy gdyby nie był Polakiem, jego transfer do Widzewa wzbudziłby jakiekolwiek poruszenie? Zapewne byłby kompletnym anonimem. Pieniądze to nie wszystko, panie Dobrzycki.
