Pieniądze są i od razu się rozchodzą
Rozmowa z Lukasem Podolskim, piłkarzem Górnika Zabrze i potencjalnym nowym właścicielem klubu z Zabrza
Lukas Podolski toczy ciężkie boje na boisku i... w gabinetach, chcąc przejąć Górnika. Fot. Łukasz Sobala/PressFocus
- Końcowe 20 minut to nasza przewaga, cisnęliśmy, ale wiadomo – jak przegrywasz, to zawsze tak jest. Były sytuacje, zabrakło niewiele, żeby wygrać. Nie udało się, ale ten punkt trzeba szanować. Nie jesteśmy w lidze ustawieni jako klub, żeby wyznaczać sobie nie wiadomo jakie cele.
Końcówka rundy to wyjazd w piątek do Radomia, a potem dwa mecze w Gdańsku z Lechią w Pucharze Polski i zaraz potem w lidze. Jakie cele macie na końcówkę 2025 roku?
- Jedziemy po to, żeby wygrywać, a jak będzie, to zobaczymy. Mamy teraz kilka dni na treningi, żeby się przygotować i na Radomiaka jedziemy po trzy punkty. Potem krótka przerwa i kolejne ciężkie mecze na wyjeździe. Wiemy, o co chcemy grać w Pucharze Polski, ten mecz w przyszłym tygodniu urasta do rangi ważnego spotkania. Jak skończymy pierwszą część sezonu i jak będzie w tabeli tak, jak teraz, to oczywiście wszyscy będziemy się cieszyć, bo nikt się chyba nie spodziewał, że będziemy tak wysoko. Bierzemy to i dalej walczymy, a jak chcemy coś więcej, to jeszcze więcej trzeba dawać z siebie, bo tak to jest w życiu.
Toczą się rozmowy z miastem na temat prywatyzacji. Słyszę, że w klubie powołaliście zespół negocjacyjny, ale te rozmowy na razie nie przynoszą rezultatów, są trudne…
- Dalej wszystko się toczy, już nie liczę jak długo. Trwają negocjacje i zobaczymy, jak to wyjdzie. Jakby coś było więcej, to na pewno bym o tym powiedział.
Słyszałem, że teraz Lukas Podolski wziąłby to wszystko nawet z długami, byleby się porozumieć. Tak jest?
- Negocjacje trwają. Trzeba wszystko poukładać; wiadomo, że klub ma długi i duże problemy. Nie zrobili ich ludzie, którzy teraz są tutaj, to sprawa poprzednich osób będących w Górniku. Nie jestem taki, że wezmę coś na wariata, a potem będę myślał, jak załatwić pieniądze. Tak to nie działa. Trzeba wszystko sobie poustawiać; policzyć, czy to ma wszystko sens, czy to ma wszystko ręce i nogi. Jest tyle bałaganu, że trzeba to wszystko sensownie poukładać.
25 tysięcy kibiców na meczu z Wisłą Płock czy na wcześniejszych grach pewnie mocno wam pomaga, bo przychód z dnia meczowego jest wtedy spory. Chyba szkoda, że w końcówce roku nie zagracie nic już na swoim stadionie, prawda?
- Te pieniądze, które do nas trafiają, to się od razu rozchodzą. To jak spuścić wodę w kiblu. Spuszczasz wodę i g***a już nie ma. Tak samo jest z pieniędzmi: pojawiają się i od razu ich nie ma. Tak ten klub działa. Świetną robotę robią ci, co są w klubie teraz, bo się starają, pracują, a nie jak było wcześniej, gdzie robione wszystko było na wariata, stąd teraz wszystkie te finansowe problemy Górnika. Taka frekwencja oczywiście pomaga, bo ludzie kupują bilety, jedzenie, kupują w sklepie. To jednak mały procent w dochodach. Wynik sportowy też pomaga, ale co będzie na koniec w maju, to zobaczymy. Miasto jest właścicielem, miasto decyduje i to ono sobie musi poukładać, jak wszystko ma wyglądać.
A daliście sobie jakiś termin, żeby te rozmowy na temat prywatyzacji Górnika sfinalizować? Przykładowo, do końca roku?
- Nie ma żadnego terminu. Trzeba to sensownie poukładać, policzyć, bo są długi i finansowe problemy. Są przychody z biletów, z dnia meczowego, ale o reszcie to miasto musi decydować. Jak twierdzi, że ma problemy finansowe, to jako właściciel klubu będzie musiało sprzedać z dwóch-trzech zawodników. Ale wtedy to niech media i kibice nie wymagają od nas, żeby grać o coś więcej, bo jak stracimy czołowych graczy, to się nie da. Owszem, finansowo będzie może na plus, będzie to lepiej wyglądało, ale koszt będzie widoczny na boisku. Tutaj niech miasto zdecyduje, co zrobić, jaki ma być kierunek w następnych miesiącach, w którym kierunku iść, bo ja nie jestem właścicielem.
Rozmawiał Michał Zichlarz
