Piękni i bestia
Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado
Tylko kilka razy w życiu z całych sił wydzierałem się w trakcie telewizyjnych transmisji, gdy nie była to relacja futbolowa. Działo się to prawie dwie dekady temu - podczas mistrzostw świata piłkarzy ręcznych w 2007 i 2009 roku, Biało-czerwoni przywozili z nich medale. Cudowny rzut Artura Siódmiaka tuż przed końcem w meczu z Norwegią sprawił, że uniosłem się nad ziemię i nie umiałem opaść. Nie pozwalało mi na to uwielbienie dla tamtej drużyny. Tamtych chwil nie zapomnę nigdy.
Jakiż ja miałem respekt dla tych facetów! Gdybym miał wybrać dyscyplinę sportową, wymagającą ekstremalnego wysiłku - byłby to właśnie handball. Tylko tam musisz toczyć oszałamiająco brutalne fizyczne pojedynki z gigantami z granitu. Przypomniało mi się to wszystko właśnie teraz - podczas niezwykle emocjonującego meczu reprezentacji Polski przeciw Austriakom w eliminacjach mistrzostw świata, który odbył się w Grazu (relacja na s. 11). Co-tam-się-dzia-ło! Wyobraziłem sobie, że muszę powstrzymać rozpędzonego gigantycznego Tobiasa Wagnera, żywcem wyjętego z tolkienowskiej bitwy na polach Pellenoru, gdzie trolle pokroju Wagnera używane były do obsługi potężnych maszyn oblężniczych. Wyobraźcie sobie ten jęk parkietu, gdy w waszą stronę pędzi żwawo 128-kilogramowa bryła iza chwilę będziecie musieli jej wyrwać piłkę, żeby odrzucić do kumpla z drużyny. Rety!
Piłka ręczna zdumiewa mnie niezmiennie, tym bardziej że miejsce na parkiecie jest nie tylko dla zwalistych drabów, ale również i chyżonogich, zaprzyjaźnionych z wiatrem, młodzieńców. Pięknych elfów, których elegancja, szybkość i fantazja zapierają dech. Oczy rozszerzały mi się z podziwu! Arkadiusz Moryto czy Mikołaj Czapliński (osiem goli na dziesięć rzutów, berety z głów) byli na skrzydłach pełni błysku i elegancji niczym zwiewne elfy; piękni chłopcy po prostu! Albo weźmy Piotra Jędraszczyka - faceta o jeszcze innych fizycznych zaletach. Chłop niczym wesz, która umie zmieścić się pod łokciem rywala. Filigranowy środkowy rozgrywający zbudowany z mięśni i sprytu. Lubię to! Jak ważny to był mecz uzmysławiał nam fakt, że do drużyny po dwuletniej przerwie wrócił Szymon Sićko. Okazało się to świetnym pomysłem. Ponoć dawno nie byliśmy tak silni kadrowo. Najważniejsze, że... w najważniejszym momencie!
To był heroiczny bój z momentami uniesienia i momentami zwątpienia. Z uczuciem triumfu i paroksyzmami wściekłości. Z wyłamywaniem w amoku własnego kciuka i waleniem pięścią w blat. Nie mogło być inaczej, gdy wynik falował! Austriacy mieli Polaków już za zakrętem, żeby w kilka chwil zbliżyć się na wyciągnięcie ręki. Fantastycznych zrywów i dzikich odskoków w tym meczu więc nie brakowało. Czego chcieć więcej? To była dzika jazda na rollercoasterze, o tyle w dodatku przyjemna, że zakończona cennym zwycięstwem jedną brameczką. Jedną brameczką! Yeah!
Na wszelki wypadek złapcie się poręczy, bo to nie koniec! Przed nami przecież rewanż, w którym krew, pot i łzy z pewnością będą pierwszoplanowymi aktorami. Ciągle nic nie jest przesądzone, nie ma mowy o luzie, obie reprezentacje pozostają przy własnych marzeniach i pragnieniach. Aż do niedzieli w Olsztynie, gdzie odbędzie się rewanż.
Cóż mogę dodać, panie i panowie? Handball rządzi - może zbyt rzadko, może od czasu do czasu, ale... jednak!
