Pech, klątwa, oszustwo
Anglicy jeszcze przez długi czas będą patrzeć wilkiem na Chorwację. Mają z nią do wyrównania mundialowe porachunki.
Wyspiarze wierzą w swojego kapitana, króla strzelców MŚ 2018, Harry'ego Kane'a. Fot. News Images/SIPA USA/PressFocus
GRUPA L
Kiedy nadchodzi okres Świąt Bożego Narodzenia, z „lodówki” wyskakuje Mariah Carey, krzycząc „It's time!” i śpiewa swoją słynną piosenkę „all I want for Christmas is you” (i co roku zarabia za to grube pieniądze). Analogiczny okrzyk można usłyszeć z ust angielskich, kiedy rozpoczynają się mistrzostwa świata. Legendarne już „it's coming home” (on wraca do domu) śpiewane w odniesieniu do zwycięstwa na mundialu słyszymy od dekad... i na słuchaniu piosenki na razie się kończy.
Synowie Albionu co imprezę znajdują setki przesłanek i symboli, które niczym delficka wyrocznia przepowiadają ich wielkie zwycięstwo. Zawsze jednak – masz ci los! – nie wychodzi. Pech, klątwa, przypadek, oszustwo – dzieją się rzeczy niestworzone, byle tylko Anglicy, przecież wynalazcy współczesnego futbolu, nie zdobyli drugiego mistrzostwa świata. To pierwsze, jedyne zarazem, padło ich łupem równo 60 lat temu, gdy na Wembley ograli po dogrywce Niemców 4:2 (w tym przypadku przeznaczenie im pomogło – bramka Geoffa Hursta na 3:2 nie powinna zostać uznana, po latach udowodnili to naukowcy). W tym roku przypada więc kolejna jubileuszowa rocznica, więc... is it coming home?
Brytyjczycy mają silną ekipę, co do tego nie ma wątpliwości. Co prawda selekcjoner Thomas Tuchel ostro namieszał z powołaniami, ale przekonuje wszystkich, że ma plan – że liczy się drużyna, nie indywidualności. Wiedzą o tym doskonale Chorwaci, z którymi to Anglicy mają rachunki do wyrównania. Wyspiarze wygrali z nimi co prawda w grupie na Euro 2020/21, ograli w dwumeczu Ligi Narodów w 2018 – ale mundial 2018 ich zabolał. Anglia dotarła wtedy do swojego trzeciego półfinału w historii – pierwszego od 1990, gdy przegrała po karnych z Niemcami – i trafiła na Vatrenich. Była wówczas przekonana, że „it's coming home”, tym bardziej że prowadziła od 5 minuty po bramce Kierana Trippiera. Chorwaci jednak wyrównali, a potem zadali decydujący cios w dogrywce, oddalając angielskie marzenia o kolejne cztery lata.
Mecz Anglii z Chorwacją ustawi rywalizację w grupie L, bo... otworzy ją. Wszystko to obserwować będzie Ghana, która – prowadzona przez urodzonego w Londynie Antoine'a Semenyo – ma swój potencjał i będzie chciała utrzeć nosa faworytom. A co na to Panama, najstarsza kadra na MŚ? Spodziewa się, że będzie dostarczać punktów, tym bardziej że na swoim jedynym mundialu – w 2018 – Anglia rozbiła ją w grupie aż 6:1!
Piotr Tubacki
