Patrzcie, jak nas kochają!
BEZ ROZGRZEWKI - Andrzej Grygierczyk
Jestem świeżo po lekturze informacji o szykującej się przebudowie stadionu Widzewa Łódź. Ten, który ukończono raptem kilka lat temu (2017), jest zdecydowanie za mały jak na widzewską społeczność. Około 15 tysięcy karnetów z okładem rozchodzi się każdorazowo w okamgnieniu, zatem kolejne tysiące kibiców muszą obchodzić się smakiem. Z jednej strony sytuacja nie jest całkiem zdrowa – jak w każdej dziedzinie życia, kiedy popyt nie równoważy się z podażą. Z drugiej zaś to sympatyczny dla klubu moment psychologiczny pozwalający sformułować pogląd w rodzaju: „Patrzcie, jak nas kochają”! Ów niedostatek też zapewne sam w sobie jest siłą napędzającą ludzi do ustawiania się w kolejce po karnety. Skoro tylu jest chętnych, to działa mechanizm: „To ja też, to ja też”. I dziwić się, że na mecze uchodzące za prestiżowe jest dwa razy więcej chętnych niż miejsc.
Powód zatem, by rozbudować ten stadion, jest. Tylko czy nie wiedziano o kibicowskim potencjale na etapie tworzenia projektu, a następnie realizacji? Jakimi kryteriami kierowano się, podejmując takie, a nie inne decyzje; a nie były one podejmowane 20 czy 30 lat temu, choć i wtedy frekwencja na Widzewie była wysoka, chociażby dlatego, że były to złote lata tego klubu. Było w każdym razie dość powodów, by przyjąć, że te marne 18 tysięcy miejsc w żaden sposób nie zaspokoi potrzeb.
Tylko że Łódź poszła na bogato i wybudowała sobie dwa stadiony – ten dla Widzewa, i ten dla ŁKS-u. Koszty ponieśli podatnicy. I pewnie – w związku z prawdopodobną rozbudową – poniosą kolejne. Poczytajmy, co na ten temat ma do powiedzenia prezes Widzewa, Michał Rydz: – Analiza studium wykonalności rozbudowy stadionu będzie dotyczyć znacznie szerszego obszaru niż sama pojemność i funkcjonalność trybun, bo także zmian w infrastrukturze okołostadionowej, czyli na przykład dróg dojazdowych oraz sfery komunikacji publicznej, takiej jak kolej czy komunikacja miejska.
No! Czy Łódź będzie stać na takie – wielomilionowe przecież – wydatki, kolejne już? I czy wyobraźnia dawnych i dawniejszych decydentów nie mogła sięgnąć chociażby takiej prostej (relatywnie) sprawy, by wybudować jeden duży stadion, dla Widzewa i ŁKS-u. Tak, tak, słyszę już te gromy. Zwariował chłop! Widzew i ŁKS na jednym stadionie! Toż to prawie tak, jakby Cracovia i Wisła w jednym miały stać domu! Dwa zwaśnione plemiona chciałby umieścić pod wspólnym dachem!
A co mi tam, dorzucę jeszcze do pieca! Otóż dawno, dawno temu, jeszcze przed gruntowną przebudową Stadionu Śląskiego i zanim stał się główną areną lekkoatletyczną kraju, pisałem niejednokrotnie, że zdroworozsądkowo rzecz biorąc, można byłoby wybudować tam stadion piłkarski, na którym mogłyby grać Ruch i GKS. A co! Płyta stadionu przy Bukowej i tak była podzielona między Katowice i Chorzów, więc sama lokalizacja piłkarskiego Stadionu Śląskiego aż tak wielką zawadą by nie była. A tak mamy dzisiaj sytuację, że Ruch i tak gra na Śląskim, i są tacy – wśród nich i ja – którzy twierdzą, że nie doczekają końca przebudowy Cichej 6. Fakt, Katowice zafundowały sobie nowy obiekt, ale czy nie wolałyby podzielić się kosztami z Chorzowem?
Zdaję sobie sprawę, że tego typu decyzje budziłyby wściekłość środowisk kibicowskich, a właściwie to kibolskich. Ale też, gdyby musiały dzielić się z innymi stadionem, to czy bylibyśmy świadkami zadym, burd, zniszczeń i całego tego okołopiłkarskiego obrzydlistwa? Przecież niszczyliby swój dom (nic to, że tylko do pewnego stopnia swój). Czyż nie tak?
Z drugiej strony, owe decyzje mogłyby wzbudzić poklask ludzi myślących racjonalnie i w zgodzie z regułami ekonomii. Bo zaoszczędzone na budowie (rozbudowie) stadionów pieniądze mogłyby zostać przeznaczone na zaspokojenie dziesiątek czy setek innych potrzeb (zdrowie, edukacja czy estakada).
Nie byłoby tego wypracowania, gdyby nie informacja o tym, że właściciele dwóch mediolańskich klubów, AC Milan i Interu, dogadali się i wspólnym wysiłkiem będą budować nowe San Siro, na którym i tak od lat na przemian grają, a środowiska kibicowskie obu klubów – choć rzecz jasna sympatią się nie darzą – uznają to za rzecz najbardziej naturalną pod słońcem. We Włoszech, gdzie gorączka piłkarska jest nieporównywalnie wyższa, się da, a w Polsce nie?
Ktoś mógłby zadać stare już pytanie: a kto bogatemu zabroni? Tylko że z tym bogactwem w naszym ukochanym kraju nie jest najlepiej; bodaj najbardziej popularnymi słowami są: deficyt, długi, dziura budżetowa. No i bieda.
