Paliwa mało, a stacji nie widać
KOMENTARZ „SPORTU” - Piotr Tubacki
Podróż samochodem po Australii nie należy do najłatwiejszych. Kraj (kontynent?) jest ogromny, a ludzie żyją tam tylko na 2-3 procentach jego powierzchni. Pozostała część to pustkowia. Jeśli więc chce się udać w drogę, trzeba dobrze wszystko obliczyć. Nie jest tak, jak u nas na autostradzie A4, kiedy co paręnaście minut jest stacja benzynowa. Tam, żeby zatankować, trzeba nieraz przejechać trzycyfrową liczbę kilometrów, jechać godzinami. Bak musi być więc pełny, a nieraz należy zaopatrzyć się też w zapasowy kanister. Jeśli źle wszystko policzymy, paliwa może zabraknąć, a samochód turkocząc na resztkach oparów może turlać się coraz ciężej, aż w końcu stanie na jakimś zadupiu, mówiąc: „dość”.
Przypomina mi to trochę obecną reprezentację Polski pod wodzą Michała Probierza. Bytomski selekcjoner nie był wymarzonym kandydatem opinii publicznej, ale jednak zaczynał z pełnym bakiem. Paliwa spalił już jednak dużo i na razie nie zapowiada się, aby miał gdzie zatankować. Jedzie, jedzie i wiele wskazuje na to, że nie dojedzie. W jego przypadku ową benzyną są rzecz jasna argumenty przemawiające za jego pozostaniem, które wypalają się tempem silnika tira jadącego pod górkę. No bo co mu zostało? Że Finlandia zremisowała wcześniej z Litwą, więc jak się ją pokona u siebie, to będzie spoko? Że w końcu zaczął wystawiać jedenastki, których trudno się czepiać? Że piłkarze też powinni ruszyć cztery litery i skoro grają w Arsenalu, Interze, Barcy.. wróć, Aston Villi, to powinni wziąć odrobinę odpowiedzialności? Że powinno się poczekać aż zakończy się cykl eliminacyjny, tj. będziemy wiedzieć, czy zrealizował swój cel? Że po jego zwolnieniu za wybór znowu będzie odpowiadał Cezary Kulesza i aż strach się bać, co wymyśli?
No dobra, to ostatnie jest przekonujące.
Nie można raczej bronić trenera twierdzeniem, że kadra od jakiegoś czasu jest w stanie regresu, że odchodzą liderzy, starzeją się gwiazdy. W końcu po to jest selekcjoner, aby temu zaradzić, a nie jechać z problemami na tym samym wózku. Co rzuca mi się w oczy, to że po trzech meczach eliminacji do mundialu sprzymierzeńcem Probierza przestał być... czas. Jestem osobiście zwolennikiem niemieckiego spojrzenia na pracę szkoleniowca, czyli niezwalniania go pochopnie przy kryzysie, bo pewne rzeczy wymagają właśnie czasu, jednakże tutaj ten argument stracił rację bytu. Pierwsze mecze mało przekonujące? No bo pierwsze, na spokojnie. Awans na Euro po karnych z Walią, bez jakiegokolwiek strzału celnego przez 120 minut? Liczył się wynik. Pierwsi odpadli z Euro? Statystycznie mieli najtrudniejszą grupę, sami giganci, a przed turniejem zagrali fajnie z Ukrainą i Turcją (z ich rezerwami, ale whatever). Spadek z Ligi Narodów? To „tylko” Liga Narodów, Polska zawsze trochę nie pasowała do dywizji A, poza tym przerżnęła w ostatnich sekundach – czyli pech. I tak oto czas tłumaczył kolejne niepowodzenia, bo mijały miesiące i nigdy nie było dobrej pory na to, aby krytykować. Bo zawsze coś. Ale w końcu nadszedł czas, kiedy wymówki się skończyły i to tak na serio.
Probierz jest z kadrą 1,5 roku, więc droga, o której wielokrotnie była mowa, powinna być już widoczna. Tym bardziej, a może nawet przede wszystkim, że 2025 rok to czas gry z zespołami nieporównywalnie słabszymi, z którymi nawet w czasach futbolowego średniowiecza Polacy wygrywali raczej spokojnie. A tu z Maltą i Litwą męczarnie i wygrane ledwo co, z Mołdawią oczy bolały, a z Finlandią – mocniejszą, ale wciąż znacznie słabszą – kolejna dupa zbita. Gdzie styl? Gdzie boiskowa kontrola? Gdzie ofensywa? Gdzie progres? Gdzie nadzieja? No i gdzie ta stacja benzynowa...
O Michale Probierzu dyskutują dziś, bez przesady, wszyscy. Fot. PAP/Piotr Nowak
