Paduranu

POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza

Paduranu, Paduranu – tak w dość już zamierzchłych, ale dla mnie dobrze pamiętanych czasach skandowali na polskich stadionach niezadowoleni z sędziowania kibice. To miała być obelga porównywalna z wcześniejszym "kaloszem" czy współczesnym organem płciowym męskim na literę "ch". Zdarzyło się w meczu eliminacji olimpijskich Bułgaria – Polska w Starej Zagorze. Sędziował Rumun Wiktor Padureanu (to jest właściwa wersja jego nazwiska, upraszczana na trybnach), przegraliśmy 1:3, a Włodzimierz Lubański po raz pierwszy i ostatni w karierze zobaczył czerwoną kartkę. Przez dekadę z okładem Bogu ducha winny Rumun był w Polsce wrogiem publicznym numer jeden. Przy ówczesnej kiepskiej jakości przekazu telewizyjnego i ubóstwie szklanych odbiorników na rynku trudno było obiektywnie zweryfikować zasadność zarzutów, a stugębna plotka zrobiła swoje. Trener Kazimierz Górski zgodnie ze swoją dewizą nie wypowiadał się na temat sędziowania, twierdząc słusznie, że wtedy nie miałby argumentów w dyskusji z zawodnikami na temat popełnianych przez nich błędów. Może dlatego żaden z obecnych polskich trenerów do pięt mu nie dorównuje? Po wielu, wielu latach sam najbardziej zainteresowany, czyli Włodek Lubański, obejrzał stare nagranie i autorytatywnie stwierdził, że sędzia miał rację i generalnie dobrze sędziował ten mecz. Padureanu nigdy nie zabrał głosu na ten temat, zmarł w wieku 65 lat. Polska mimo porażki i tak awansowała do olimpijskiego finału, w którym pokonała Węgry, zdobywając złoty medal.

Nie bez powodu wracam do wydarzeń sprzed ponad pół wieku, chcąc pokazać, że rozhuśtanie emocji to droga donikąd i prowadzi na manowce. Dzisiaj nieodpowiedzialne zachowania niektórych prezesów klubów, trenerów i dziennikarzy uruchamiają lawinę podobną do tej po meczu w Starej Zagorze. Po co zmyślać, że sędzia Tomasz Marciniak przepraszał po meczu w Krakowie piłkarzy Zagłębia Lubin, skoro nic takiego nie miało miejsca? Portalowe lenie powtórzyły fałszywkę za branżowym tygodnikiem, a kibice mieli używanie przez długi czas.


Jedyną czerwoną kartkę Włodzimierz Lubański zobaczył w Bułgarii. Fot. Marcin Bulanda / PressFocus

Wspomniałem o braku pieniędzy w kieszeniach Polaków w czasach środkowej PRL i telewizorów w naszych mieszkaniach. Gdy miałem dziesięć lat, mój tata otrzymał w pracy talon na rzekomo kolorowy telewizor produkcji radzieckiej. Kolorowy był tylko teoretycznie: raz obraz był różowy, innym razem niebieski, by po chwili zmienić się w żółtawy. Gdy transmitowano mecz piłkarski lub bokserski, spektakl teatralny (szczególnie kryminalną "Kobrę"), kabaret ze starszymi panami, do naszego mieszkania przychodzili liczni sąsiedzi, wszak nasz telewizor był wtedy jedynym w kamienicy. Przynoszono jadło i popitkę, pomeczowe dyskusje ciągnęły się długo w noc, a ja nazajutrz zasypiałem w szkole.Zwycięską walkę Jerzego Kuleja z Rosjaninem Frołowem w olimpijskim finale pamiętam do dziś – miałem już 11 lat przecież.

Sądziłem, że więcej na mój temat będzie pisane już tylko w nekrologu, a tu miła niespodzianka. Popularny portal "Weszło" – fachowe artykuły przeplatający z pudelkowatymi – poświęcił mi sążnisty tekst, bazując na moich opiniach wyrażanych także na tych łamach. Zdrowo mi się dostało, ale – jak widać – przeżyłem. Andrzej Szarmach radził mi kiedyś, by nie reagować na medialną krytykę, dopóki nie przekręcą nazwiska. Tym razem nie przekręcili. Niestety "Diabeł" jest w kiepskim stanie zdrowia, nawet jego najlepszy przyjaciel Grzegorz Lato nie ma już z nim kontaktu. A jednak marzy mi się stanąć jeszcze do wspólnej fotki z idolami mojego pokolenia: "Diabłem" i "Bolkiem".

Jestem świeżo po lekturze dwóch książek wspomnieniowych o ludziach wielce zasłużonych dla polskiego teatru: Aleksandrze Bardinim i Jacku Kałuckim. Anegdoty zza kulis są tym, co kocham najbardziej. Widzowie nawet nie wiedzieli, co dzieje się w garderobach i teatralnym bufecie. Jako małolat miałem dylemat, co wybrać – sport czy teatr? Jak wiadomo, postawiłem na sport, ale drugiej miłości nie zaniedbuję. Pamiętam teatralne anegdoty opowiadane mi przez rodziców i przyjaciół domu. Przytoczę trzy.

Legendarny aktor Franciszek Pieczka w początkach scenicznej kariery występował na deskach teatru w Jeleniej Górze (reżyserowała moja mama Olga). Budynek był stary, kiepsko wyposażony, więc aktorzy nie mogli schodzić w trakcie spektaklu za kulisy, musieli czekać ukryci w bocznej kieszeni sceny. Znudzony długim czekaniem Pieczka znalazł skrzynkę z narzędziami pozostawioną przez teatralnych techników. Wyjął z niej młotek i gwoździe, którymi przybił do sceny koniec płaszcza królewskiego, w którym swoją kwestię deklamował inny aktor. Gdy król próbował podbiec do czekającej na niego kochanki, płaszcz nie puszczał, aktor wywalił się jak długi, powodując rechot na widowni, choć scena bynajmniej nie była komediowa. Druga anegdota związana jest z równie wybitnym aktorem Ignacym Gogolewskim. Do szkatułki na stole w sztuce Czechowa włożył żywą białą mysz. Pudełko otworzyła Katarzyna Łaniewska (prywatnie wtedy żona Gogolewskiego) i zemdlała, co oczywiście nie było przewidziane przez reżysera. Na koniec o Kazimierzu Rudzkim i Wiesławie Michnikowskim, gigantach sceny polskiej. Teatr Współczesny od Polskiego w Warszawie dzieli raptem kilka kilometrów. Rudzki grał główną rolę w tym pierwszym, a Michnikowski w drugim. W jednej ze scen lokaj – student wydziału aktorskiego – wnosił na tacy kopertę i wygłaszał jedyne zdanie, jakie miał do zagrania: "Panie hrabio, list przyszedł". Michnikowski w tym czasie grał równolegle w Polskim, ale miał półgodzinną przerwę. Zamawiał przez zaprzyjaźnionego milicjanta radiowóz, pędził na sygnale do Współczesnego i, zastępując studenta, wkraczał na scenę ze słowami: "Panie hrabio, list przyszedł". Rudzki tak się zagotował, że po kwadransie zatelefonował do Polskiego z pytaniem, czy Michnikowski jest dziś w teatrze. "Tak, właśnie gra główną rolę w spektaklu, jest na scenie" – usłyszał. Gdyby tak w futbolu jeden piłkarz mógł zagrać w dwóch drużynach jednocześnie...

Na boiskach też zdarzają się kawalarze. Wspomniani Grzegorz Lato z Andrzejem Szarmachem na urodziny prezesa Stali Mielec wyprzęgli konia z wozu z węglem (wcześniej sowicie wynagradzając woźnicę) i wprowadzili go na pierwsze piętro bloku, w którym prezes mieszkał. Zadzwonili do drzwi i uciekli. Sprowadzenie czworonoga na dół nie było łatwe, a gdyby nie klasa sportowa obu panów, to długo by już w Mielcu nie pograli. Manuel Arboleda, Kolumbijczyk grający w Lechu, włożył palec między pośladki Ebiego Smolarka, za co ten odpłacił mu się uderzeniem z liścia w policzek. Słusznie zobaczył za to czerwoną kartkę. Pytany po meczu wyjaśnił, że ma własnego urologa, do którego chodzi na badanie prostaty. W ten sposób anegdotyczne życie teatralne splotło się ze sportowym, a moje dwie życiowe pasje znów się połączyły.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się