Trzeba postawić na elitarność!
Rozmowa ze Zbigniewem Waśkiewiczem, byłym wiceprezesem PKOl, byłym rektorem katowickiej AWF i byłym prezesem Polskiego Związku Biathlonu
Maryna Gąsienica-Daniel – rodzynek w gronie polskich alpejczyków z szansami na czołowe miejsca. Elitarność sama w sobie... Fot. SPP/SIPA USA/PressFocus
XXI wiek – w porównaniu z wcześniejszym stuleciem – to dobry okres dla polskich sportów zimowych: medale przywoziliśmy z każdych igrzysk, a wisienką na torcie były zmagania w Soczi. Jak daleko od miejsca, w którym byliśmy 12 lat temu, jesteśmy dziś?
- Polskim standardem jest niestety, że niemal nigdy nie wyciągamy wniosków z tego, co się dzieje. 12 lat temu – nie oszukujmy się – bogactwo medali nie było efektem wspaniałego systemu szkoleniowego, tylko tego, że mieliśmy wysyp wielkich talentów, których... udało nam się nie zmarnować! Z drugiej strony – oczywiście nie wykorzystaliśmy tego czasu, nic nie poszło za tymi sukcesami.
No, może mieliśmy jeszcze w kolejnych latach hossę w skokach.
- Znów dzięki paru indywidualnościom. Sporo czasu ostatnio spędzam w Austrii, gdzie naprawdę mówić możemy o profesjonalnym systemie szkolenia. Nie uwierzyłby pan, jak wiele dzieci skacze tam na nartach. I nie tylko dzieci. Całe mnóstwo emerytów - przepraszam: dorosłych mężczyzn - skacze. Regularnie mają swoje zawody weteranów. W Austrii jest takie wariactwo na tym punkcie, że gdybym ja, 55-letni facet, nagle zechciał skakać, to oni natychmiast znajdą dla mnie stosowny kurs przygotowawczy, po którym będę gotowy do skakania!
Czyli możemy mówić, że tam to naprawdę jest sport narodowy? A nie jak u nas – sport narodowy dla faceta siedzącego przy piwie przed telewizorem i śledzącego w weekendy wyczyny Małysza i Stocha?
- Tak. Nawet w małych miejscowościach są normalne, profesjonalne skocznie, przy których działają kluby społeczne. Nie biorą żadnej dotacji od państwa, tylko po prostu lokalnie szkolą sobie dzieci i młodzież. A co mamy u nas? Powtórzę: również w skokach nie wyciągnęliśmy żadnego wniosku ani z sukcesów, ani z... porażek, które pojawiły się w kolejnych latach. Mamy system, w który pompujemy bardzo dużo pieniędzy, ale on jest nieskuteczny! W wielu dyscyplinach jest nieskuteczny! W biathlonie mamy cztery obiekty na poziomie światowym: Jakuszyce, Duszniki, Kościelisko i może troszeczkę – ale nieznacznie – odstającą Kubalonkę, choć w sensie jakości i oświetlenia tras jest to obiekt klasy A. Kiedyś narzekaliśmy, że nie mamy gdzie trenować. Teraz mamy, a jednak – i nie jest to moje wyzłośliwianie się jako byłego prezesa - w naszym biathlonie... jakby nic się nie zmieniło. Nie przybyło dzieci, nie ma większej liczby zawodników-seniorów.
No to gdzie jest błąd? W szkoleniu? W wyłuskiwaniu potencjalnych medalistów czy chociażby startujących z sukcesami w Pucharze Świata? Gdzie jest błąd?
- Problem polega na tym, że dzieci, które uprawiają ten sport, mają kiepsko ustawioną motywację.
Jak pan to rozumie?
- Mam dość intensywne kontakty i współpracuję z odpowiednikiem naszego AWF w Kazachstanie, poznaję tamtejszy „klimat” wokół sportu. Tam dziecko, które idzie do sportu, chce się wybić z biedy, z jakiegoś niepowodzenia. Ważniejsze jednak jest to, że idąc do tego sportu trafia na ludzi, którzy uczą je - jak w Austrii - że sport to jest fantastyczna rzecz. A u nas w kraju rodzic od razu widzi jakieś pieniądze, wielkie sukcesy – to jedna strona. Druga - osiemnastolatek, który kończy wiek juniora, dla klubu przestaje być opłacalny, bo w zasadzie państwo nie daje na niego żadnych pieniędzy. Młody człowiek nie ma stypendium i po prostu przestaje uprawiać sport, bo nie widzi perspektywy finansowej, a co więcej zwyczajnie życiowej. W Polsce klimat wokół sportu jest zepsuty: mówi się tylko o pieniądzach, które wydajemy na sport i o nagrodach, które dostają najlepsi. Tymczasem w Norwegii czy Szwecji to jeden z elementów sposobu na życie: nie jestem już zawodnikiem-wyczynowcem, ale dalej sport uprawiam, uczę sportu swoje dzieci. Słynne już w Szwecji jest to, że medaliści IO dostają w nagrodę uścisk dłoni premiera i maskotkę na pamiątkę. Brakuje nam w szkoleniu dzieci i młodzieży większej ilości mądrości i chyba trochę filozofii życiowej. Amerykanie uczą przez sport, rywalizację, co to jest przyjaźń, partnerstwo czy nawet patriotyzm, choćby lokalny. Taki szkolny, miastowy. Bycie mistrzem miasta, powiatu to jest coś? I nie dlatego że za to dostanę nagrodę. Po prostu jestem najlepszy, coś osiągnąłem i to jest pielęgnowane. Chyba nie wszyscy trenerzy pracujący w Polsce z młodzieżą, są nastawieni na takie wartości….
No dobrze. Są trenerzy walczący o życie...
- … którzy zarabiają – a raczej dorabiają - 1500 zł do pensji nauczyciela. I ja się im nie dziwię, że może im też brakuje zwyczajnie motywacji? Starają się jak mogą, ale to nie wystarcza czasem, aby wychować mistrza. I piszę specjalnie: WYCHOWAĆ!
Rozumiem! To z tego powodu brak nam dziś w procesie szkolenia dzieci i młodzieży Justyny Kowalczyk, Zbigniewa Bródki i innych medalistów albo wysoko notowanych olimpijczyków? Może gdyby byli, motywacja ich podopiecznych byłaby zupełnie inna?
- Ma pan rację. Znów wrócę do Austrii. Po sąsiedzku mam tu klub społeczny, prowadzony przez jednego z moich przyjaciół. Ma kilka sekcji, nie musi nikogo na siłę zachęcać do treningów, dzieci i tak jest w nich mnóstwo. W klubie pracuje Martina Glagow, była niemiecka gwiazda, biathlonowa mistrzyni świata, która wyszła za mąż za Austriaka i za darmo prowadzi zajęcia dla dzieci. „Kiedyś, gdy byłam w podobnym wieku, dostawałam od ówczesnych mistrzów taki zastrzyk motywacji i wiedzy” - mówi. Trenerzy w tym klubie pracują za symboliczne 100 euro, jako zwrot kosztów. I są dumni, że wspierają lokalną społeczność. Może jest to dla nich początek wielkiej trenerskiej kariery? A może zostaną w tym klubie do końca życia? Ich motywacja do pracy jest zupełnie inna. I prawdopodobnie inna będzie filozofia sportu przekazywana swoim podopiecznym. I na koniec. Ja nie krytykuję naszych trenerów pracujących z młodzieżą. Jest wśród nich mnóstwo pasjonatów, oddających młodzieży całe serce, ale widocznie to nie wystarcza dla wychowania mistrzów…
Naszych gwiazd w procesie szkoleniowym brakuje...
- Justyna ma swoje życie, które – jak wiemy – w pewnym momencie ją mocno doświadczyło. Tomek Sikora ma własny biznes...
… i komentuje sport w telewizji.
- No właśnie. Wielu jest mistrzów, którzy wyszli ze sportu i zamknęli za sobą drzwi, nie mając zamiaru wracać.
Bo to nieopłacalne?
- System ich nie zatrzymał. Nie dał im zachęty pozostania w nim i dzielenia się swoimi doświadczeniami z najlepszymi. Tak naprawdę nie mam nic do trenera z małego klubu, który nigdy nie rywalizował na wysokim poziomie, tacy też muszą istnieć w systemie – z całym szacunkiem do ich zaangażowania, do ich pracy. Ale czy młodzież nie powinna dziś słuchać i szukać motywacji do treningów u wielkich gwiazd? Albo u tych, którzy je stworzyli? Mieliśmy wielkich trenerów – by przywołać choćby Aleksandra Wierietielnego.
Trenera Justyny...
- A wcześniej kadry biathlonowej, Tomka Sikory i reszty świetnej ekipy. Gdzie jest dziś trener Wierietielny?
Od kilku lat już nie pracuje w PZN-ie.
- A pracował w nim z Kowalczyk. Ja nie wiem, czy jego w związku nie chcą, czy on nie chce tam być. Ale to nie ma znaczenia, z której strony jest ta niechęć. Ważne, że jest, i że skądś się wzięła. A to oznacza, że coś jest nie tak, no bo takich ludzi się powinno wykorzystywać, prawda? I to bez względu na wiek. Niektórzy powiadają, że trener Wierietielny „ma swoje lata” . A ja wiem, że on – mieszkając w Kościelisku, niejako po sąsiedzku z ośrodkiem biathlonowym, codziennie przyjeżdża do niego. Prowadzi treningi z dziećmi ze szkoły mistrzostwa sportowego i z klubu. Za darmo, z chęci zrobienia czegoś dobrego. Wiesz, jak to brzmi dla takich młodych: ćwiczę pod okiem byłego trenera Tomka Sikory i Justyny Kowalczyk?
Mówił pan o wspaniałej bazie biathlonowej. Ale Alp z ich naturalnym bogactwem nie mamy...
- Powtórzę: dziś już warunki do uprawiania wszystkich sportów zimowych naprawdę są w Polsce świetne. Jasne, z narciarstwa alpejskiego tylko slalom można u nas trenować. Nie oszukujmy się, z Austriakami, Szwajcarami czy Włochami się nie wygra w tej dyscyplinie, bo austriackie dziecko w wieku dwóch lat zaczyna jeździć na nartach, a w szkołach w górskiej miejscowości jeździ codziennie. Nie stosując ich metod, nigdy się do nich nie zbliżymy. Ale pamiętam taki eksperyment, jaki kiedyś zrobił PZN: wynajęto na rok willę w Austrii i wysłano tam kilku alpejczyków ze szkoły mistrzostwa, a nauczyciele do nich przyjeżdżali. I zaczęli osiągać dużo lepsze wyniki.
Rozumiem, że na koniec jest jednak w tym przykładzie jakieś „ale”?
- „Ale” nazywa się pieniądze. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że co prawda wydajemy bardzo dużo na sport wyczynowy, ale w porównaniu z konkurencją to wciąż za mało. My – przykładowo – 20 milionów, a najwięksi – 2 miliardy.
No dobra; ale ten znaczący wzrost nakładów – bo on jest niezaprzeczalny – już powinien być widoczny w wynikach. A nie jest.
- Bo trzeba brać pod uwagę wszystkie te trzy czynniki, o których sobie powiedzieliśmy: motywację młodzieży do uprawiania sportu, niewystarczającą liczbę trenerów-pasjonatów z wiedzą i sukcesami, no i na końcu te finanse. Jak to poskładasz do kupy, to w skali kilkunastu lat okaże się, że ze sportu ubyło nam ludzi. Mamy trochę zdolnej młodzieży, która czasami pokaże się raz lepiej, raz gorzej. Ale to nie są takie efekty, jakich się można było spodziewać. Spójrzmy na mój ukochany biathlon. Jest pokolenie fajnych młodych ludzi. Podniecamy się tym, że któryś z chłopaków zajął 23. miejsce w Pucharze Świata. Sukces! Na pewno bardzo dobry wynik! Ale niedawni - w kategorii juniorów - rywale Konrada Badacza czy Janka Guńki, tylko ciut od nich starsi, czyli Eric Perrot czy Tommaso Giacomel, dziś są liderami PŚ! W światowej czołówce jest rówieśnik naszych, Nowozelandczyk startujący dla USA, Campbell Wright. No więc można zapytać: co oni mają w sobie, czego nasi sportowcy nie mają?
Reasumując: nie mamy systemu kreującego zwycięzców?
- Nie mamy, choć mówi się, że mamy. Mamy Ministerstwo Sportu, mamy związki sportowe, mamy jakieś tam kluby, choć one są generalnie raczej słabe w sportach zimowych. Taki klub biegowy w gminie dostanie może 50 tysięcy złotych na rok i za to ma się „bawić” w swoją dyscyplinę. Właśnie, „bawić”, bo na nic innego to nie wystarcza. A gdzieś niedawno wyczytałem, że bodaj w Głogowie przez ostatnie lata wydano na piłkę 115 milionów...
Przed nami igrzyska w Cortinie d'Ampezzo i Mediolanie. Będą polskie medale? A jeśli tak, to w jakich dyscyplinach?
- Skoki narciarskie wydają mi się taką dyscypliną, w której zawsze jakaś polska sensacja może się wydarzyć, choć na razie nie widzę ku temu żadnych logicznych przesłanek. Ale skoki są specyficzne, więc kto wie...
Kamil Stoch wróci w mistrzowskiej formie po okresie rozbratu z Pucharem Świata i indywidualnych treningach? Cudowne odrodzenie?
- Myślę, że to się może wydarzyć. To – jak powiedziałem - taka dyscyplina, w której przez tydzień można przypomnieć sobie „wystrzałową” formę. To nie jest tak, jak w sportach wytrzymałościowych, że jeśli zaniedbałeś jakiś okres treningowy, nie nadrobisz tej straty. Nie oszukujmy się, Stoch umie skakać, jego nie trzeba uczyć skoków. Więc wydaje mi się, że u niego jakaś chwilowa forma fizyczna czy psychiczna, odpowiednie nastawienie, nastrój chwili może zdziałać cuda! Może właśnie na igrzyskach.
Odwrócenie „klątwy chorążego”? Niesienie flagi natchnie Kamila? Naprawdę pan w to wierzy?
- Jestem kompletnie niewierzącą osobą, ale akurat... no tak, wierzę w to.
A może jednak Kacper Tomasiak wystrzeli?
- Igrzyska sypią czasem niespodziankami, ale... to by była wielka sensacja.
Biathlon?
- Młodzi zawodnicy pokazali się z bardzo dobrej strony – to już mówiłem. Pokazują ewidentny progres swoich wyników. Nowy trener prawdopodobnie wniósł świeżość i po wielu latach ciężkiej pracy u podstaw z trenerem Rafałem Lepelem pokazują, że stać ich na niezłe starty, ale miejsca w „trzydziestce” będą niespodzianką. Panie miały kilka bardzo dobrych startów. Ale na tę chwilę nie widzę jakichś wielkich szans na jakikolwiek medal. Poziom jest tak wysoki, rywalizacja tak ekstremalna, że musiałoby się wydarzyć coś szczególnego, niezwykłego. W sukces chłopaków nie wierzę. Dziewczęta z kolei musiałyby mieć absolutnie najlepszy dzień w karierze, a i konkurencja musiałaby coś zawalić. To jest jedyna szansa, że możemy mieć jakieś osiągnięcie.
Bardziej indywidualnie czy w sztafecie?
- Wydaje mi się, że raczej biegi sztafetowe bywają areną niespodzianek. Przy czym mówiąc o polskiej niespodziance i polskim sukcesie, raczej myślę o miejscu w ósemce. Nie wierzę w to, że są w stanie osiągnąć więcej. Wyniki w PŚ, jak mówię, są przyzwoite, ale to nie są czasy Krysi Guzik czy Weroniki Nowakowskiej, lokujących się systematycznie w czołowej dziesiątce. Mamy jedynie pojedyncze wyskoki. Joasia Jakieła była szósta, nieźle prezentuje się Natalia Sidorowicz. Ale wielkiej sensacji nie wróżę.
Narciarstwo biegowe?
- Nie ma szans… Niestety mówię to z żalem. W biegach narciarskich nie ma niespodzianek.
W czołówce PŚ potrafiły się uplasować nasze snowboardzistka i alpejka. Może tu?
- Absolutnie wielokrotnie pokazały, że są w czołówce pucharów świata. To są świetne zawodniczki; wygrywają, zdobywają punkty, bo im się to należy. Na pewno w gronie naszych reprezentantów mają spore predyspozycje, aby się zbliżyć do świetnych miejsc, tym bardziej że to dyscypliny loteryjne i bardzo często faworyci potrafią nie ukończyć przejazdów. I wtedy rodzi się szansa dla takich zawodniczek, jak Maryną Gąsienica-Daniel czy Aleksandra Król-Walas. Tylko my zapominamy o tym, że w sezonie olimpijskim najlepsi nie trenują po to, żeby być dobrym w PŚ, tylko po to, żeby mieć formę na igrzyska. I świadomie pewnie odpuszczają wiele startów. O tym tak naprawdę nikt u nas nie mówi. A to jest ten sam błąd, który popełniamy też po igrzyskach: podniecamy się, jakie to sukcesy mamy w sezonie poolimpijskim, w którym medaliści igrzysk najczęściej po prostu odpoczywają, robią sobie przerwy.
Zabija pan kolejne nadzieje w kibicach...
- No dobra. Jedyne miejsce i dyscyplina, w której być może coś nam się uda złowić, to oczywiście tor łyżwiarski i nasze panczeny. Nasi wygrywali zawody pucharowe, a w łyżwiarstwie szybkim taka wygrana to nie jest byle co. Mistrzostwa Europy może nie były obsadzone najmocniej, ale w każdej stawce trzeba umieć wygrać. Więc jeśli miałbym szukać polskiego podium, to właśnie tu albo w short tracku, bo w obu dyscyplinach nasi po prostu są w czołówce.
To ja wsadzę jeszcze kij w mrowisko i zapytam: a może – wzorem Węgrów, tłukących na letnich igrzyskach medale w kajakarstwie – powinniśmy się zimą skoncentrować systemowo na dwóch-trzech dyscyplinach i w nich rozwijać polską szkołę? Bo wysyłamy 60 ludzi w 12 różnych dyscyplinach na 16 możliwych, a potem biadolimy, że ktoś był na przykład 43. w swej specjalności...
- To jest do rozważenia, a potem - do zrobienia. Aczkolwiek wydaje mi się, że akurat w przypadku sportów zimowych powinniśmy się bardziej skupiać na stworzeniu... kategorii elitarnych sportowców i ludzi na nich pracujących. Tak, jak to było w przypadku Justyny Kowalczyk, która w pewnym momencie stała się elitą elit. Miała swój sztab, swojego trenera, swoich fizjoterapeutów na wyłączność. Po prostu, kiedy stwierdzamy, że któryś z zawodników osiąga poziom dający szansę na międzynarodowe sukcesy, tworzymy wokół niego elitarny team, trenerów, lekarzy, dietetyka, psychologa etc.. W sportach zimowych mamy tak mało potencjału na sukces, że nawet wybór dwóch-trzech wiodących dyscyplin nie gwarantowałby sukcesu. A ograniczenie się do maksymalnego wsparcia najlepszych – i owszem.
Bo musi być na to kasa, a tej zawsze brak na pójście szerokim frontem?
- O właśnie. Najwięcej mogę powiedzieć o biathlonie. Dziś naprawdę mamy wspaniały team czterech pracowników technicznych, tzw. smarowaczy. W tym dwóch Estończyków, naprawdę geniuszy w swej dziedzinie, którzy pracowali jeszcze z Kowalczyk i za jej sprawą trafili do biathlonu, i dwóch bardzo dobrych Polaków. Przez ostatnie dwa lata, odkąd ci panowie są w ekipie biathlonowej, może dwa razy narty były ciut gorzej przygotowane. Zazwyczaj mamy świetne smarowanie, nawet czasami najlepsze w stawce. Tylko ta ich wiedza kosztuje tyle, że naprawdę trzeba głęboko do kieszeni sięgnąć. Na zawodach PŚ do dziesięciu zawodników czasami mamy jednego fizjoterapeutę, a Norwegowie mają ich trzech-czterech, albo i więcej... To są niby niuanse, detale, ale wydaje mi się, że ta elitarność to jedyna droga, jeżeli chcielibyśmy mieć sukcesy. Trzeba wypatrzyć może trzech-czterech łyżwiarzy szybkich, jedną-dwie biegaczki czy biegaczy lub biathlonistów dających perspektywę; zapewnić im najlepszego trenera, najlepsze zaplecze techniczne itp. Tylko wtedy będziemy mieć szansę rywalizować. Ja nie chcę narzekać, bo naprawdę pieniędzy jest całkiem przyzwoicie na polski sport, ale my wciąż odstajemy od świata i pod tym względem. Chce pan anegdotkę z życia sportów zimowych?
Z przyjemnością.
- Marek Wiśniowski - były prezes, dziś wiceprezes Polskiego Związku Bobslei i Skeletonu - kiedyś mi opowiadał, że zabrał któregoś z ministrów sportu na zawody Pucharu Świata. Gadki-szmatki, opowieści i tak dalej.. „Panie Marku, dlaczego my nie mamy wyników? Relatywnie wydaje się tu wszystko proste, bobsleje nie są jakąś fizyką kwantową” - miał zapytać minister. „Pieniądze, pieniądze” - padła odpowiedź. Związek dostawał wówczas jakiś milion złotych. „No a Niemcy ile wydają na rok?” - pada kolejne pytanie. „Osiem-dziewięć milionów” - odpowiada prezes. „No tak, osiem razy więcej...” - zamyślił się urzędnik. „Panie ministrze: osiem-dziewięć milionów euro”.
Czyli trzydzieści pięć razy więcej!
- Tak jest. I ten polski prezes oczywiście z tego jakiś bobslej jeszcze kupi; może nawet dwa. I tych płóz też trochę nakupi. Ale Niemcy mają inżynierów, którzy po różnych instytutach, uniwersytetach i politechnikach godzinami jeszcze pracują nad tymi płozami: co zmienić, co doszlifować. Na koszt związku oczywiście. Mają doradców, techników, eksperymentują, ulepszają itd. Dla nas to jest nieosiągalne. My ciągle żyjemy w przekonaniu, że jak na przykład na biegi narciarskie wydamy pięć milionów, to nie możemy sobie wyobrazić, co oni – w domyśle: sportowcy - z tymi pieniędzmi chcą robić. A inni wydają pięćdziesiąt, do tego mając infrastrukturę i obiekty pod nosem. Technologia kosztuje…. Więc powtórzę: być może najlepiej byłoby w każdym związku postawić na jedną-dwie osoby i zapewnić im elitarne warunki. I to nie tylko w kontekście finansowania. Bo jeśli masz w kadrze pięciu-sześciu zawodników, to ten najlepszy trenuje z najgorszym, mimo że wciąż niezłym. A to mu nic nie daje. Trener z kolei musi bardzo indywidualizować treningi, bo ten najsłabszy nie może trenować tak, jak ten najlepszy. No i się robi kwas...
A nie stracilibyśmy w ten sposób pewnej masowości uprawiania sportu?
- Nie, bo to zupełnie inna kwestia. Jak wyjdziesz na stok w Austrii czy Szwajcarii, to spotkasz tu mnóstwo Polaków. Jeżdżących rekreacyjnie, dla wypoczynku. Ale od wyczynu jest to oddzielone przepaścią. Natomiast myślę, że w każdej wiosce austriackiej jest jeden chłopak, który by w naszej kadrze alpejskiej bez problemu się załapał i byłby jednym z lepszych...
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
Oskar Kwiatkowski wszedł do elity snowboardowej tytułem mistrza świata. Takie talenty trzeba wspierać w sposób szczególny. Fot. SPP/SIPA USA/PressFocus
