Terapia ławkowa
WYMIANA KOSZULEK - cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
Urażoną dumę Shuma Nagamatsu zamienił na dwa trafienia. Fot. Marcin Bulanda/Press Focus
Taki zabieg czyni cuda, jeśli tylko trener ma odwagę prewencyjnie posadzić na ławce zawodnika, który jest dla drużyny niezastąpiony – zawodnik, który o tym wie, czasem właśnie z powodu tej wiedzy po prostu obniża lot. Kiedy przez pół meczu przymierzy zadek do ławki i popatrzy, jak kolegom bez niego nie idzie, spogląda wymownie na coacha i już nie trzeba mu tłumaczyć, co ma robić na boisku.
Tak się wydarzyło w poniedziałek na Stadionie Śląskim, gdzie Waldemar Fornalik w składzie Ruchu na mecz ze skierniewicką czerwoną latarnią nie znalazł miejsca dla Shumy Nagamatsu. Ofensywny pomocnik Niebieskich, w ubiegłym sezonie najczęściej chwalony za wybieganie, waleczność, a także piękne gole, tego lata w barwach Ruchu, mówiąc łagodnie, rozczarowywał, nadzwyczaj wybredna chorzowska publiczność wieszała na nim wszystkie psy, których nie powieszono wcześniej na dyrektorze sportowym Foszmańczyku. Z Japończykami trzeba uważać, bo się łatwo unoszą honorem, na szczęście Nagamatsu zamiast popełnić w szatni harakiri, doczekał zmiany, wszedł na boisko i wymierzył celne ciosy we właściwą stronę.
Z meczu o wysokim współczynniku paździerzowości uczynił widowisko, o którym będzie się w Ruchu długo pamiętać. Najpierw po absolutnie genialnym no-look-pass Patryka Szwedzika trafił do siatki między nogami bramkarza, a potem tak przygrzmocił z półobrotu, że klękajcie narody. Kto nie widział, niech znajdzie w sieci, bo to nie tylko gol kolejki, ale i murowany kandydat do bramki sezonu, a także absolutne miejsce w absolutnym top 10 najpiękniejszych goli Niebieskich w XXI wieku.
Ruch strzelił Unii trzy bramki, czyli tyle samo, ile w sumie w pierwszych sześciu kolejkach i wygląda to na konkretne przełamanie. Nie jest to bowiem drużyna aż tak mierna, jak jej ligowe wyniki. W pierwszych kolejkach Niebiescy strzelali z każdej pozycji, ale ich nieskuteczność była wprost anegdotyczna – do zdobycia trzech goli potrzebowali... osiemdziesięciu jeden uderzeń! Teraz wystarczyło 9 strzałów i półtorej godziny. Jest progres, są też nowi napastnicy, ściągnięci z trzeciej ligi hiszpańskiej, która teoretycznie słabsza od naszej drugiej klasy rozgrywkowej być nie powinna.
Wiara i cierpliwość zakochanego kibica oczywiście fałszują rzeczywistość, fan łapie się najmniejszego powiewu optymizmu w długotrwałej flaucie, ale intuicja mi mówi, że Ruch już teraz będzie miał z górki. Co do przywracania snajperów do składu – trzeba uważać, by nie robić tego poniewczasie. Nigdy nie zapomnę oblicza Andrzeja Szarmacha, któremu Antoni Piechniczek dał zagrać w meczu o brąz mundialu 1982, po tym jak bez sensu i powodu posadził go na ławce w półfinale z Włochami. Strzelił gola Francji i nawet się nie uśmiechnął, tylko spoglądał lodowato w stronę ławki trenerskiej.
Piechniczek po latach przyznał się do błędu, być może z Szarmachem w składzie nie uleglibyśmy Włochom tak łatwo, bo absorbowałby ich już choćby „samym nazwiskiem", był wszakże ówczesnym wicekrólem strzelców ligi francuskiej, zakończył sezon z 24 golami na koncie. Trudno sobie wyobrazić, aby dzisiaj jakikolwiek selekcjoner pominął zawodnika z takim dorobkiem w kluczowym meczu piłkarskiego mundialu. Ależ mieliśmy niegdyś klęskę urodzaju.
