Odkrycie kopernikańskie – trzeba pracować
BEZ ROZGRZEWKI - Andrzej Grygierczyk
Patrząc z perspektywy dzisiejszej – walki o Puchar Prezydenta, czyli turnieju pocieszenia dla tych, którzy rychło odpadli z walki o medale i o bardziej eksponowane miejsca w MŚ, i w którym miotamy się od Algierii, poprzez Kuwejt i Gwineę – minęły lata świetlne, nakazujące się zastanowić, co też stało się w polskiej piłce ręcznej, że jest tak źle. Nawoływania, które dało się słyszeć przy okazji wspomnianych sukcesów w pierwszej dziesięciolatce XXI wieku, by je wykorzystać do popularyzacji i upowszechniania tej dyscypliny, chociażby poprzez szkoły i rozmaite akademie, oczywiście z niebagatelnym udziałem medalistów MŚ, najwyraźniej pozostały głosami na puszczy, acz obraz był z lekka zamazany za sprawą sukcesów Vive Kielce w Lidze Mistrzów. Tyle że te sukcesy w dużej części były osiągane nie polskimi, a zagranicznymi rękami.
Maciej Gębala stwierdził, że więcej naszych reprezentantów powinno grać za granicą, bo tam trzeba się bardziej starać, więcej ganiać, więcej się uczyć, a w sumie – więcej pracować. On sam od lat gra w Niemczech...
Porobiło się więc tak po naszemu: padło sporo wielkich słów, nacieszyliśmy się, naobiecywaliśmy, a potem i tak wszystko poszło – tradycyjnie – wyboistą drogą; drogą do rzeczonego Pucharu Prezydenta, czyli do najgorszego wyniku, jaki kiedykolwiek osiągnęliśmy na mistrzostwach świata.
Czytam i słucham opinii tych, co się znają, nie wyłączając tych, którzy występowali na tych mistrzostwach. Obrotowy Maciej Gębala dla przykładu doliczył się w meczu ze Szwajcarią aż 20 błędów technicznych w ataku. Następstwem tych błędów były kontry rywali, po których zdobywali oni bramki. Ale z jego ust padły jeszcze ciekawsze słowa. Takie m.in., że więcej naszych reprezentantów powinno grać za granicą, bo właśnie tam trzeba się bardziej starać, więcej ganiać, więcej się uczyć, a w sumie – więcej pracować. On sam grał od 2018 roku w Lipsku, a obecnie w HC Erlangen...
Chciałoby się powiedzieć, że to odkrycie niemal kopernikańskie – to mianowicie, że trzeba więcej pracować, by być lepszym – ale natychmiast nasuwa się spostrzeżenie, że to bardzo smutne słowa. W sumie doliczyłem się w reprezentacji trenera Lijewskiego pięciu graczy występujących obecnie w niepolskich klubach, przy czym weteranem pod tym względem jest Kamil Syprzak. Innymi słowy, w minionych latach pięciu polskich graczy zwróciło na siebie uwagę zagranicznych trenerów (skautów), którzy uznali, że ten i ten się nada. Reszta? Wychodzi na to, że jest uzupełnieniem składów rodzimych klubów, w tym tych z Kielc i Płocka – od lat wiodących na polskiej scenie piłki ręcznej – w których dominują... cudzoziemcy.
Gdzieś w tle czai się supozycja, że w polskich klubach pracuje się źle, na niekoniecznie wysokiej intensywności, bez wyciskania z zawodników całego potencjału – siódmych potów, jak to kiedyś się mówiło – co w równej mierze może być winą trenerów i działaczy, jak i samych zawodników bardzo zadowolonych ze swojej sytuacji, w tym materialnej, i pozycji w klubie. W konsekwencji o kontrakty zagraniczne nie ma co aż tak bardzo zabiegać, no bo trzeba byłoby bardziej się narobić. I teraz, żeby transfer doszedł do skutku, i później, żeby tam nie powiedzieli, że był on chybiony. Tylko po co aż tak harować, skoro tu i teraz też jest fajnie.
W tym miejscu trzeba przypomnieć, że w czasach największych sukcesów ekipy Bogdana Wenty większość naszych reprezentantów grała poza granicami Polski, co raczej nie było wynikiem zbiegów okoliczności, a najpewniej pochodną świadomości tamtego pokolenia, że na sukces – i miejsce w dobrze płacącym klubie – trzeba zapieprzać. Na treningu, na meczu...
Czy taka ocena – że źle w Polsce pracują – nie jest nazbyt ryzykowna, niesprawiedliwa, uproszczona? Jeśli tak, to jakie są inne przyczyny tej historycznej obsuwy polskiej piłki ręcznej? Uprasza się o odpowiedź, najlepiej w trybie pilnym.
