Od szkolnych igrzysk do mistrzostwa Polski

Rozmowa z Dariuszem Szczubiałem, niegdyś reprezentacyjnym rozgrywającym i trenerem kadry

Dariusz Szczubiał prowadził męską reprezentację Polski przez trzy lata. Fot. Piotr Kieplin / Press Focus

Mija 40 lat od ostatniego tytułu mistrzowskiego dla Zagłębia Sosnowiec. Od tego czasu żadna drużyna z tego regionu nie stanęła na najwyższym podium. Czy w połowie lat 80. mógł pan przypuszczać, że piszecie historię, której nikt nie poprawi przez cztery dekady?

- Wtedy koszykówka na Śląsku rosła w siłę. Był moment, że cztery drużyny stąd grały w ekstraklasie. Nikt nie zakładał, że nastąpi taka posucha. Nasze Zagłębie osłabło naturalnie – najpierw wyjechał Justyn Węglorz, rok później ja, potem Klimek, ale swoje zrobiliśmy. Te dwa tytuły to była czysta radość i spełnienie. Dobijaliśmy się do szczytu latami, będąc ciągle w czołówce. W końcu nastąpiło przełamanie. Byliśmy wtedy w optymalnym wieku – 26-27 lat. To moment, kiedy masz już doświadczenie, a zdrowie wciąż pozwala na grę na najwyższym poziomie.

W 1972 roku na VI Ogólnopolskich Igrzyskach Młodzieży Szkolnej w finale bezkonkurencyjna okazała się reprezentacja Katowic, która pokonała Warszawę 68:47. W składzie tamtej drużyny grali m.in. Dariusz Szczubiał, Jurek Hernas, Andrzej Kokoszka, Marek Olechowski, Andrzej Kowalczyk, Janusz Klimek, a zespół przygotowywał Janusz Maciuła. Widać, że trzon drużyny grał ze sobą niemal od dziecka. Znaliście się na wylot.

- Mieliśmy wtedy mistrzostwo Polski w kategorii klas sportowych, odnosiliśmy sukcesy na igrzyskach młodzieży i na spartakiadach. Pamiętajmy też o Baildonie Katowice. Tam graliśmy razem przez trzy sezony. Odszedłem najwcześniej, po spadku z ekstraklasy, ale reszta sukcesywnie dołączała do Zagłębia. Znaliśmy się jeszcze z czasów młodzieżowych. Ja byłem z Zabrza, Marek Olechowski z Katowic, Jurek Hernas z Rudy Śląskiej. W Baildonie mieliśmy bardzo młodą ekipę – czterech z nas grało w pierwszej piątce, mając po 19–20 lat. To budowało niesamowite zgranie. Wtedy składy były stabilne. Bez zgody klubu nie dało się zmienić barw, groziła za to roczna dyskwalifikacja. Nie było obcokrajowców, więc biło się z tymi samymi ludźmi latami: Eugeniusz Kijewski w Lechu, Dariusz Zelig w Śląsku. To budowało tożsamość drużyn.

Znalazłem w archiwum ciekawostkę z lipca 1971 roku. Czytam, że Szczubiał nie zagrał w zawodach, bo... został „porwany" przez sekcję lekkoatletyczną Górnika Zabrze jako trójskoczek. O co chodziło?

- (śmiech) To historia mojego brata, Janusza! Był ode mnie cztery lata starszy i motorycznie dużo bardziej utalentowany. Zaczął grać w kosza późno, w siódmej klasie, ale błyskawicznie trafił do kadry Polski kadetów. Górnik Zabrze był wtedy potęgą – nie tylko piłkarską, ale i lekkoatletyczną. Na zawodach szkolnych Janusz osiągnął w trójskoku pod 14 metrów. Działacze oszaleli na jego punkcie. Przez rok ciągnął dwie dyscypliny, poprawił się o metr, ale karierę przerwała... medycyna. Wybrał studia, a działacze nie wyobrażali sobie łączenia tak ciężkiego treningu z nauką na AM. Ja poszedłem w koszykówkę trochę jego śladem, choć u mnie kluczowy był nauczyciel WF w Zabrzu, pan Maciejewski.

Mistrzowie Polski 1986 Fot. Archiwum Sportu/Jerzy Bydliński

Gdyby nie koszykówka i nauczyciel z powołaniem, który pojawił się w pana szkole – kim byłby dzisiaj Dariusz Szczubiał?

- Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć, bo tamte czasy kształtowały nas zupełnie inaczej. My byliśmy, młodzieżą przeszkoloną pod względem sprawności. Nie trzeba było nas uczyć biegać czy skakać, bo myśmy to robili samoistnie. Całe dnie na wolnym powietrzu: noga, rowery, igrzyska podwórkowe. Byliśmy gotowym materiałem dla trenera, wystarczyło nam tylko dać piłkę do rąk.

Ale sport nie był wtedy bezpieczną przystanią. Dziś kontrakt w solidnym klubie europejskim ustawia zawodnika na całe życie. Wtedy tak nie było.

- Właśnie. Nawet będąc wybitnym zawodnikiem, człowiek nie stawał się niezależny finansowo. Sport to była pasja, ale o przyszłość zawodową trzeba było dbać równolegle. Dlatego poszedłem na studia na politechnikę w Katowicach. Tyle że wtedy byłem już podstawowym graczem Baildonu w ekstraklasie i te dwa światy zaczęły się boleśnie zderzać. Pojawiły się zgrupowania i mecze kadry.

Uczelnia nie patrzyła przychylnym okiem na reprezentanta kraju?

- W żadnym wypadku! Nikt nie przymykał oka. Kiedy przynosiłem zwolnienia na turnieje czy wyjazdy na mecze, usłyszałem krótko: albo zajmie się pan studiami na poważnie, albo sportem. Na politechnice nie było tolerancji dla nieobecności, a liczba miejsc była mocno ograniczona. Po dwóch latach musiałem podjąć tę najtrudniejszą decyzję.

Zrezygnował pan z dyplomu inżyniera dla koszykówki?

- Tak, choć nie chodziło o to, że nie radziłem sobie z nauką. Po prostu nie dało się być w dwóch miejscach naraz, a akurat pojawiła się szansa na kadrę narodową. W tamtym systemie łączenie wyczynowego sportu z tak trudnymi studiami bez taryfy ulgowej było praktycznie niemożliwe. Zaryzykowałem i postawiłem wszystko na jedną kartę – na parkiet.

Dzisiejsza reprezentacja Polski to piąta drużyna Europy. Jak pan ocenia ten boom na koszykówkę w Polsce?

- Zadomowiliśmy się w czołówce i to jest fakt. Koszykówka to sport powszechny, konkurencja jest gigantyczna, więc te wyniki naprawdę ważą. Pomogła nam naturalizacja – kraje takie jak Hiszpania czy Francja robiły to już w latach 60. My teraz mamy Jordana Loyda, wcześniej A.J. Slaughtera. Oni „trzymają" nam pozycję rozgrywającego. To dziś kluczowa rola, bo rzut za trzy punkty kompletnie zmienił grę. Martwi mnie tylko, czy po erze Ponitki będziemy mieli kim grać, skoro przepisy ligowe pozwalają na grę piątką obcokrajowców.

Wielu twierdzi, że Amerykanie w kadrze „wygryzają” Polaków. Pan widzi w tym więcej plusów czy minusów?

- To zawsze jest coś za coś. Polscy gracze muszą po prostu udowodnić, że są lepsi. Kontakt z Amerykanami w lidze jest ważny, bo można się od nich uczyć na treningu. Za moich czasów byliśmy izolowani. W latach 80. kryzys był tak wielki, że kluby nie grały w pucharach, bo nie było dewiz na opłaty do FIBA. Spotykaliśmy się z najlepszymi tylko na wielkich turniejach, mimo to graliśmy w ósemce Europy trzy razy.

Naturalizacja Amerykanów to jedno, ale pan uważa, że nie musimy się bać o tożsamość kadry, bo mamy Andrzeja Plutę juniora. Widzi pan w nim lidera na lata?

- Zdecydowanie. Andrzej Pluta to postać, która wybija się swoją pracowitością. Nie mam obaw, że on nagle osiądzie na laurach – on chce być coraz lepszy. To kluczowe, bo potrzebujemy „polskiego wzorca”. Kogoś, kto swoją postawą pociągnie młodszych. Dziś zainteresowanie koszykówką rośnie, bo kadra wygrywa, a campy organizowane przez byłych graczy są świetną robotą przy oswajaniu dzieciaków z piłką, ale umówmy się: camp to nie system, to tylko pierwszy kontakt.

No właśnie, campy to eventy, a szkolenie to codzienna orka. Gdzie dziś popełniamy błąd?

- Problem jest głębszy – to kondycja fizyczna dzisiejszej młodzieży. Nam jest dziś trudniej szkolić, bo poziom ogólnej sprawności dzieciaków drastycznie spadł. Spójrzmy na Słowenię - to maleńki kraj, dwa miliony ludzi, a jest potęgą. Dlaczego? Bo tam się nic nie marnuje. Ministerstwo zarządza systemem testów w szkołach, zbiera dane, bada potencjał. Tam wiedzą o każdym utalentowanym chłopaku w kraju. Potrafią zagospodarować każdego, kto ma predyspozycje.

Sam Śląsk jest ludniejszy niż Słowenia czy Litwa. My ten potencjał mamy pod nosem...

- Dokładnie! Śląsk to demograficzny gigant w porównaniu do Litwy czy Słowenii. Kiedy zostałem trenerem kadry, miałem gotowy program, który miał to wykorzystać. On już nawet wystartował! Wytypowaliśmy 10 szkół podstawowych w regionie, które miały wyłapywać najciekawszych zawodników, ale bez wyrywania ich z macierzystych klubów. Do tego stworzyliśmy klasę sportową w katowickim „Mickiewiczu”. Wszystko było dogadane z dyrekcją, program zatwierdził zarząd związku.

Dlaczego więc dziś nie mówimy o „śląskiej szkole koszykówki” opartej na tym systemie?

- Bo w Polsce to tak niestety bywa: system opiera się na człowieku, a nie na strukturach. Gdy odszedłem z reprezentacji, program po prostu upadł. Nikt nie chciał dalej w to inwestować, nikt tego nie pociągnął, mimo że machina już ruszyła. To jest nasz największy dramat – brak ciągłości. Ktoś coś buduje, odchodzi i wszystko trafia do kosza. Słowenia gra dalej, bo tam system jest ważniejszy niż nazwiska działaczy.

Jak widzi pan przyszłość Jeremy’ego Sochana w NBA? Po obiecującym początku w San Antonio, ostatnie miesiące wydają się dla niego znacznie trudniejsze.

- Jeremy jest w tej chwili na zakręcie. To niewątpliwie chłopak świetnie przygotowany motorycznie, ale żeby zagrzać miejsce w NBA, trzeba mieć przynajmniej jeden element opanowany do perfekcji. Weźmy przykład z zamierzchłych czasów: Dennis Rodman w mistrzowskich Bykach. On praktycznie nie miał ułożonego rzutu, ale za to wybitnie bronił i walczył na tablicach. Miał tę jedną unikalną cechę, która czyniła go niezbędnym. W ataku nie musiał błyszczeć, bo tam byli Jordan i Pippen, którzy dawali radę bez niego.

Polak miał też inne kłopoty...

- Tak. Do tego doszły problemy ze zdrowiem – na początku tego sezonu znów walczył z urazami, co wybiło go z rytmu. W San Antonio zaczynał z wysokiego pułapu, grał dużo, ale z czasem jego rola malała. Zmienił się trener, a ten nowy prawdopodobnie miał trochę inną wizję i Sochan przestał być kluczową postacią.

W lutym przeniósł się do Nowego Jorku. Zmiana otoczenia to nowa szansa czy jeszcze większe wyzwanie?

- Knicks to drużyna bardzo ustabilizowana, grająca o wysoką stawkę, więc tam nie jest łatwo wskoczyć do rotacji z marszu. Na razie Jeremy pojawia się na parkiecie sporadycznie, grywa po kilka minut. Życzę mu jak najlepiej, to wciąż bardzo młody zawodnik i ma czas na rozwój, ale w NBA cierpliwość kończy się szybko. Trudno dziś przewidzieć, co się wydarzy – jeśli nie znajdzie swojej unikalnej drogi w tej lidze, nie zdziwię się, jeśli ta podróż w pewnym momencie skończy się powrotem do Europy, na przykład do Euroligi.

Pańska kariera przypadła na moment przełomowy – rok 1984, kiedy wprowadzono rzuty za trzy punkty. To była totalna rewolucja. Jak pan, znakomity strzelec, zapamiętał to przejście?

- Pamiętam to doskonale. Ta zmiana przypadała na okres, gdy zdobywaliśmy tytuły mistrzowskie. Pamiętam mecz, w którym według starych jeszcze przepisów rzuciłem 48 punktów (Zagłębie - Lech, 10 marca 1982 - przyp. red.). Miałem wtedy sporo rzutów z dalszej odległości, gdyby linia 6,25 metra już wtedy istniała, pewnie przekroczyłbym barierę 55, a może i 60 punktów.

To pokazuje skalę zmiany. Z jednej strony zyskali strzelcy, z drugiej – zmieniła się cała geometria boiska.

- Zdecydowanie. Ten przepis całkowicie zmienił kontekst gry. Nagle rzuty z półdystansu, oddawane zaledwie pół metra przed dzisiejszą linią, przestały mieć sens. Trudność rzutu była niemal identyczna, a różnica w nagrodzie – ogromna. Lepiej było cofnąć się o te 20 centymetrów i walczyć o trzy „oczka". To podzieliło koszykówkę na rzuty spod samego kosza i te z dystansu. Organizacja gry stała się inna, bardziej atrakcyjna dla kibica, bo dziś nawet 20 punktów przewagi nie daje gwarancji spokoju. Wystarczy pięć minut skutecznych „trójek" i mamy remis.

Z jednej strony mamy uatrakcyjnienie gry i szybkie odrabianie strat, ale czy prymat rzutów z dystansu nie zabija widowiska? Jak pan ocenia dzisiejszy kierunek, w którym idzie choćby NBA?

- I tu dotykamy minusów. Moim zdaniem NBA stała się trochę zabawką dla rzucających za trzy. To sprawia, że gra staje się momentami po prostu nudna. Przestaje być atrakcyjna, bo brakuje w niej mocnej defensywy...

Chciałbym jeszcze zapytać o rolę autorytetu sportowca w życiu publicznym. W NBA bojkotowanie wizyt w Białym Domu czy głośne manifestowanie poglądów jest niemal standardem. Czy według pana sportowiec powinien angażować się w politykę?

- Myślę, że kluczowe jest rozróżnienie systemu, w jakim żyjemy. Trudno porównywać zaangażowanie sportowców w krajach demokratycznych do sytuacji w Rosji czy na Białorusi. Nie wyobrażam sobie, żeby zawodnik mieszkający tam zaryzykował otwarty konflikt z władzą – to wiąże się z ogromnym niebezpieczeństwem. Wyjątkiem są ci, którzy przebywają na stałe za granicą, jak choćby niektórzy tenisiści, ale ci „miejscowi” nie mają w zasadzie żadnych szans na bezpieczny manifest.

A w warunkach pełnej demokracji? Tutaj granica wydaje się postawiona zupełnie gdzie indziej.

- W demokracjach uważam to za coś naturalnego. Przecież w politykę angażują się artyści – mieliśmy prezydentów, którzy byli aktorami, mamy muzyków czy tancerzy w życiu publicznym. Sportowiec jest takim samym obywatelem jak każdy inny i ma pełne prawo do wyrażania swojej opinii. To nie jest nic niesamowitego.

Rozmawiał Piotr Płatek

Dariusz Szczubiał w 1981 roku na zgrupowaniu kadry Fot. PAP/ Stanisław Momot

Dariusz Szczubiał

Wybitny rozgrywający, trener i były selekcjoner reprezentacji Polski.

◾ Kariera zawodnicza

Jeden z najlepszych strzelców w naszej historii. Przez lata związany z Zagłębiem Sosnowiec, z którym zdobył dwa tytuły mistrza Polski (1985, 1986) oraz Puchar Polski. Grał również na Węgrzech (wicemistrzostwo tego kraju) oraz w barwach Baildonu Katowice, Victorii Sosnowiec, Bobrów Bytom i Polonii Przemyśl. W 1983 roku uznany za Najlepszego Zawodnika Ligi. W ekstraklasie debiutował 29 października 1977 roku we Wrocławiu w meczu Śląsk - Baildon (64:93).

◾ Rekordy: dwukrotnie 48 pkt (Zagłębie - Lech, 10 marca 1982 oraz Zastal - Zagłębie, 21 lutego 1987).

◾ Reprezentacja

W barwach narodowych rozegrał 129 meczów. Czterokrotny uczestnik finałów mistrzostw Europy, z czego trzykrotnie kończył turniej na wysokim, 7. miejscu (1981, 1987, 1991).

◾ Kariera trenerska

W latach 2000–03 był selekcjonerem reprezentacji Polski. Na poziomie ligowym prowadził szereg klubów ekstraklasy, m.in. Pogoń Ruda Śląska, Polonię Warszawa, AZS Koszalin oraz Kotwicę Kołobrzeg. Ceniony za warsztat taktyczny i doświadczenie, które zbierał na polskich i zagranicznych parkietach przez ponad trzy dekady.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się