Od miłości do nienawiści?

W ostatnich dniach cała piłkarska Polska żyje chęcią odejścia Marka Papszuna z Rakowa do Legii. Postaramy się możliwie najbardziej obiektywnie spojrzeć na sprawę.

Taki napis widnieje na elewacji bloku znajdującego się naprzeciwko głównej bramy na stadion Rakowa. Czy nastroje w najbliższym czasie się zmienią?

RAKÓW CZĘSTOCHOWA

W 2023 roku, po zdobyciu pierwszego w historii klubu mistrzostwa Polski, Marek Papszun opuszczał Raków jak papież – i to dosłownie. Po ostatnim meczu i fecie na stadionie odleciał specjalnie wynajętym helikopterem, a kibice skandowali: „Zostań z nami!”. Skojarzenia z papieskimi wizytami Jana Pawła II w Polsce były tak jednoznaczne, że żartował z nich nawet spełniony i szczęśliwy szkoleniowiec.

Przejście gry do końca

Papszun z Rakowem na krajowym podwórku zdobył wszystko, co tylko się dało - a biorąc pod uwagę ograniczenia klubu, a przede wszystkim miasta – nawet o wiele więcej. Mówiąc wprost – przeszedł tę grę i chciał poszukać nowych wyzwań, już poza granicami Polski. Skończyło się na rocznym urlopie, podczas którego odpoczął, zaliczył przygodę jako telewizyjny ekspert w Canal+ i nabrał nowej energii na powrót do zawodu.

Brak wystarczająco satysfakcjonujących ofert zewnętrznych, w połączeniu z wielomiesięcznym namawianiem na powrót do Rakowa przez Michała Świerczewskiego (wytypowany na następcę Dawid Szwarga osiągnął niezły wynik w europejskich pucharach – decydująca runda eliminacji Ligi Mistrzów, a potem faza grupowa Ligi Europy - ale totalnie zawalił ligę, częstochowianie finiszowali na siódmym miejscu) sprawiły, że drogi Rakowa i Papszuna ponownie się zeszły. We wciąż nienasyconym sukcesami klubie doskonale wiedzieli, że potrzebna jest zmiana. Choć zmiana to złe słowo - powrót do tego, co działało.

Niektórzy starali się budować narrację, że to porażka – tak Rakowa, jak i Papszuna. Że obie strony są na siebie skazane i są w stanie wygrywać tylko w symbiozie. – Bardzo dobry trener wraca do bardzo dobrego klubu, więc jak można mówić, że to porażka? – odpowiadał na zaczepki dziennikarzy z pełną satysfakcją i świadom własnej wartości szkoleniowiec.

Na określonych warunkach

Papszun zgodził się wrócić, ale na pewnych warunkach ustalonych z właścicielem. Była wśród nich m.in. klauzula o możliwości odejścia, gdy pojawi się oferta z reprezentacji lub satysfakcjonująca z klubu zagranicznego. W pierwszym sezonie po powrocie Raków sięgnął po wicemistrzostwo Polski. Przed sezonem chyba nie byłoby nikogo, kto nie wziąłby takiego wyniku w ciemno, ale w okolicznościach gdy częstochowianie byli liderami na trzy kolejki przed końcem, na finiszu tracąc tytuł na rzecz Lecha, część kibiców, a przede wszystkim właściciel odebrali dobry wynik jak porażkę. Jak jesteś najedzony, cały czas dostajesz dobre rzeczy, to staje się to dla ciebie powszechne, przestajesz to doceniać i dodatkowo mocno starać – obrazowo ocenia tę sytuację szkoleniowiec.

Obecny sezon Raków dobrze zaczął w Europie, ale w lidze zaliczył falstart. Na początku sezonu nie tylko przegrywał, ale i grał brzydko - wicemistrz Polski przez chwilę otarł się nawet o strefę spadkową. Choć było to nie do pomyślenia - biorąc pod uwagę wcześniejsze sukcesy – pojawiły się nawet głosy o tym, że Papszuna należy zwolnić! W klubie zachowano spokój, wedle naszych ustaleń nikt nie brał zwolnienia szkoleniowca pod uwagę. Narracja była taka, aby trenerowi i całemu sztabowi przede wszystkim pomóc, ale o tym jak to wyglądało wszystko od środka – wiedzą tylko zainteresowane strony.

Zawód na ludziach

Z naszych ustaleń wynika, że nie było aż tak kolorowo. Papszun nie mógł liczyć na wszystkie osoby w klubie, a na niektórych zawiódł się na tyle, że perspektywa długoterminowej współpracy stała się niemożliwa. Robił jednak swoje, wyprowadził drużynę z kryzysu - Raków przywiózł dwa cenne remisy z wyjazdowych eskapad do Czech w Lidze Konferencji, pewnie awansował w Pucharze Polski, a kolejnymi wygranymi w ekstraklasie awansował na czwarte miejsce. Można powiedzieć, że zadanie zrealizował wzorowo i… postanowił przyjąć propozycję Legii Warszawa. Nie wiemy kiedy dokładnie nastąpił kontakt stołecznych ze szkoleniowcem, ale wiemy, że w przeszłości już dwa razy Legii odmówił. Trzecia propozycja mogłaby już więcej nie paść, a Papszun nigdy specjalnie nie ukrywał, że poprowadzenie najbardziej rozpoznawalnego polskiego klubu jest jego celem i ambicją. Nie, nie spełnieniem marzeń i kwestią sentymentalną jako rdzennego warszawiaka – Marek Papszun należy do osób pragmatycznych.

Po prostu atmosfera w Rakowie stała się na tyle nie do zniesienia, że uznał to za właściwy kierunek. Moment faktycznie jest mocno niefortunny, bo to newralgiczna część sezonu – Raków na przestrzeni niespełna miesiąca miał rozegrać osiem meczów (z Piastem już zagrał) cyklem: niedziela – czwartek (względnie sobota - środa). Z perspektywy klubu to bardzo niekorzystne i można zrozumieć złość ze strony jego szefów, ale w piłce takie rzeczy czasami po prostu się zdarzają. Legia potrzebuje trenera tu i teraz – a przede wszystkim chce, aby był to właśnie Marek Papszun. Planu B w Warszawie nie ma, co wzmacnia pozycję negocjacyjną Rakowa i powinno też samego szkoleniowca.

Rozjechanie oczekiwań

Trener jest zdeterminowany do odejścia, myślami jest już w Legii, a wstępny plan zakładał poprowadzenie warszawian już w czwartkowym meczu ze Spartą Praga, z którą tyle co rywalizował przecież z Rakowem. Realizacja takiego scenariusza już teraz wydaje się nierealna. Michał Świerczewski nie chce puścić trenera, a oficjalną ofertę stołecznego klubu nazwano przy Limanowskiego „skrajnie obrażającą”. Legia chciała trenera wraz z częścią sztabu praktycznie za darmo - jedynie za bonusy, które z perspektywy częstochowskiej są niemożliwe do zrealizowania. Świerczewski oczekuje co najmniej miliona euro. Delikatnie mówiąc – propozycje dość mocno się rozjeżdżają, a na przeciągających się negocjacjach tracą wszystkie strony. Raków przegrał 1:3 z Piastem Gliwice i widać było, że drużyna była mocno zagubiona (choć budowanie narracji, że to wyłączna wina Papszuna jest tyleż idiotyczne, co nieetyczne). Legia prawie przegrała (skończyło się 2:2) z Lechią Gdańsk i traci do lidera już 12 punktów, a nad strefą spadkową ma… dwa oczka przewagi. Papszun zdaje sobie sprawę do jakiej stajni Augiasza będzie musiał wejść i chciałby zacząć robić porządki jak najszybciej.

Jest to oczywiście wbrew jakiemukolwiek interesowi Rakowa, ale wydaje się, że z szacunku do tego, co z klubem osiągnął w ciągu ponad ośmiu lat charyzmatyczny szkoleniowiec - należałoby nie robić mu po górkę. Brak porozumienia będzie szkodził również Rakowowi. Sytuacja będzie coraz bardziej kuriozalna i niezrozumiała dla zawodników. – Stanąłem przed nimi w szatni i powiedziałem, że chcę odejść do Legii, zagrałem z nimi fair. Jednocześnie dopóki będę trenerem Rakowa będę ich przygotowywał jak najlepiej potrafię do kolejnych rywali, bo jestem profesjonalistą – mówi nam szkoleniowiec.

Złamane serce

Michała Świerczewskiego z Markiem Papszunem przez lata łączyły nie tylko relacje pracodawca - pracownik, ale również przyjacielskie, na pewno mocno partnerskie. Po ostatnich wydarzeniach chemia między dżentelmenami, niestety, się skończyła. Ten pierwszy czuje się wręcz zdradzony, ale czy słusznie? Głównym problemem nie jest to, że trener wyraża chęć jak najszybszego odejścia (umówili się, że będzie taka możliwość), ale miejsce, do którego chce się przenieść. Gdyby chodziło o Norwich, Slavię Praga, reprezentację Czech czy kogokolwiek z zewnątrz - nie byłoby (raczej) problemu. Solą w oku Świerczewskiego jest Legia, której ambitny właściciel x-Komu postanowił rzucić wyzwanie. Musi jednak zrozumieć, że o ile jest w stanie z nią wygrywać (nawet regularnie przy ogromnym udziale Papszuna) na boisku, to nigdy nie zrówna się z nią na innych płaszczyznach, podobnie jak Częstochowa nigdy nie będzie Warszawą. To nie kwestia ogromnych ambicji, to pogodzenie się z realną oceną sytuacji.

Dalsze okopywanie się na pozycjach nie ma sensu, Legia raczej też musi się pogodzić, że za darmo nie wyrwie wymarzonego od dawna szkoleniowca. Marek Papszun jako człowiek ogromnej klasy również chce odejść w zgodzie, zostawiając za sobą to, co dobre. Jako pedagog z wykształcenia doskonale zdaje sobie bowiem sprawę ze sprawy fundamentalnej. - Im szybciej dojdziemy do porozumienia i rozejdziemy się w dobrych stosunkach, tym lepiej dla wszystkich. W życiu bowiem bywa różnie, sytuacja w piłce zmienia się tak szybko, że zwyczajnie nie warto za sobą palić mostów. Może kiedyś jeszcze wrócę do Rakowa? – mówi z optymizmem w głosie Marek Papszun. Tego, co osiągnął z Rakowem, nikt mu ani klubowi nie zabierze. Muralu w centrum miasta również nikt nie zamaże. Na zawsze pozostanie legendą Rakowa.

Mariusz Rajek

Marek Papszun, to legenda Rakowa. Nie zmieni tego odejście do Legii. Fot. Grzegorz Misiak/Pressfocus.pl 

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się