Od katastrofy do delikatnej euforii
Dwie różne połowy meczu z Łotyszami rozegrali Biało-czerwoni w Ostrowie Wielkopolskim, choć kibice woleliby, żeby to były dwie równe połowy.
Mateusz Zembrzycki to jeden z największych wygranych dwumeczu z Łotwą. Fot. Piotr Matusewicz/PressFocus
REPREZENTACJA MĘŻCZYZN
Naprawdę nie wiem co o tym myśleć - powiedział komentujący drugie spotkanie z Łotwą były kapitan reprezentacji Polski, Grzegorz Tkaczyk. Kamery tego nie pokazały, ale komentujący ten mecz w Polsacie Sport jeden z „Orłów Wenty” na pewno łapał się za głowę, oglądając „popisy” swoich następców.
Pożywka dla przeciwnika
Zwłaszcza pierwsza połowa spotkania 2. rundy eliminacji mistrzostw świata, które w styczniu przyszłego roku zorganizują Niemcy, mogła napawać niepokojem. Błędy, straty, wyrzucane piłki, kiepski atak, fatalna obrona - to wszystko złożyło się na to, że do przerwy było 15:18 (po końcowej syrenie 33:25). Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby nie 9-bramkowa zaliczka z pierwszego starcia... Trzeba pamiętać, że Polacy nie grali z zespołem z najwyższej półki, tylko takim, który dopiero się buduje, tworzą go przeważnie młodzi zawodnicy, a najstarszy z nich ma 26 lat. Najbardziej bolały 4 gole do pustej bramki. Pustej bo trener Jota Gonzalez usilnie „piłuje” taktykę z siedmioma graczami w polu w momencie liczebnego osłabienia, ale na razie przynosi ona starty, a nie korzyści. - Żeby tak grać, trzeba być pewnym swych umiejętności, potrafić finalizować akcje, a nie podawać piłkę rywalom lub wyrzucać ją w trybuny. To z punktu widzenia naszego zespołu do niczego dobrego nie prowadzi oraz jest pożywką dla każdego przeciwnika, który - posiadając szybkich rozgrywających - potrafi skontrować i zdobyć łatwe bramki - dodawał medalista mistrzostw świata, mając na myśli długie fragmenty premierowej odsłony.
Przydałby się Sićko
Najważniejsze, że obecni kadrowicze się z nim zgadzali, bo jeśli prawie dwa lata temu ten sam rywal w tej samej hali zdobywa 14 bramek w całym spotkaniu (traci 31), a tym razem w dwa kwadranse o 4 więcej, to coś jest nie tak. - Pierwsza połowa w naszym wykonaniu była karygodna. Zbudowaliśmy przewagę, ale przy okazji popełniliśmy kilka błędów. Na pewno jako drużyna możemy prezentować się znacznie lepiej - stwierdził Michał Olejniczak, pełniący w tym dwumeczu funkcję kapitana; dostąpił tego zaszczytu ze względu na usprawiedliwioną absencję Arkadiusza Moryty i i Macieja Gębali. Jako subtelny, wyważony i inteligentny młody człowiek powiedział, że trzeba zrobić wszystko, aby taka katastrofa już się nie powtórzyła, bo może być ona brzemienna w skutki. „Olej” nie omieszkał przypomnieć, że pierwotna kadra na Łotwę musiała ulec modyfikacji, wyrażając nadzieję, że dwaj wymienieni wrócą do zdrowia i wraz z Tomaszem Gębalą bedą gotowi na majowy dwumecz z Austriakami. Zapytany również został o Szymona Sićkę, będącego w bardzo dobrej dyspozycji, kolegę z Industrii Kielce. - To prawda, Szymek już zapomniał o ciężkiej kontuzji kolana, z każdym meczem spisuje się coraz lepiej i niewątpliwie by się nam przydał - powiedział z wrodzoną dyplomacją reprezentacyjny rozgrywający, ale natychmiast dodał: - Trzeba by się było zapytać samego Szymona, czy zechciałby pomóc reprezentacji na ostatniej prostej do mundialu. Mimo że dzielę z nim klubową szatnię, nie mam zamiaru lobbować jego powrotu, bowiem wiem, ile zdrowia i czasu kosztował go powrót do wysokiej dyspozycji...
Bohater z rezerwy
- Na szczęśnie mecz trwa 60, a nie 30 minut. Do tego dochodzi przerwa, w której można wiele rzeczy skorygować, powiedzieć sobie, co w pierwszej kolejności należy poprawić i po zmianie stron realizować założenia - powiedział Sławomir Szmal, prezes ZPRP. Siedział na trybunach, z uwagą śledził, co się dzieje na boisku i ani przez moment nie wątpił w awans Biało-czerwonych. Jako były znakomity i wielce utytułowany bramkarz mógł się cieszyć zwłaszcza z postawy Mateusza Zembrzyckiego, dowołanego awaryjnie w miejsce kontuzjowanego Marcela Jastrzębskiego. I właśnie „Keczup” może się czuć największym wygranym tego dwumeczu. W pierwszym spotkaniu Miłosza Wałacha zastąpił przed upływem kwadransa, a w drugim grał przez całą drugą połowę. Grał to mało powiedziane - bronił bowiem doskonale, dawał się pokonać sporadycznie, a zaledwie 7 przepuszczonych piłek na 17 rzutów wystawiło mu jak najlepsze świadectwo i dało 58-procentową skuteczność. Statystyki nie kłamią - Zembrzycki obronił 5 z 7 rzutów z 9 metrów, 4 z 5 z 6 metrów i jedną z czterech „siódemek”. - Wykorzystałem szansę, którą dostałam. Granie w klubie to jedno, ale gra dla reprezentacji to uczucie nie do opisania. To był mój najlepszy występ w koszulce z orzełkiem. Udowodniłem trenerowi, że może na mnie stawiać - podkreślił golkiper gdańskiego Wybrzeża, a my mamy nadzieję, że do ostatnie zdanie zostanie przetłumaczone hiszpańskiemu selekcjonerowi Biało-czerwonych, który przestanie eksperymentować na tej pozycji; inne - jak choćby boki rozegrania czy obrót - bardziej wymagają analizy i przemyślenia.
Z Austrią w Olsztynie
Gdy rewanżowy mecz z Łotwą dobiegał końca, pewny efektownego zwycięstwa prezes Szmal nagrał 20-sekundowy filmik, informujący, że decydujący o awansie na mundial mecz z Austrią zostanie rozegrany 17 maja w Olsztynie. Szef federacji zaprosił na niego wszystkich do Hali Urania, którzy będą w stanie wesprzeć reprezentację w walce o styczniowy turniej; dodajmy, że mecz będzie to spotkanie rewanżowe (pierwsze odbędzie się 13 maja w Grazu). Oby udało się „odczarować” ten obiekt, bo w listopadzie 2024 naszej drużynie, w ramach eliminacji Euro 2026, przyszło podzielić się punktami z Izraelem. Wszyscy są zgodni, że aby pokonać Austriaków (16. zespół ostatniego Euro, Polacy uplasowali się 5 pozycji niżej), trzeba zagrać w optymalnym składzie i zacznie lepiej niż z Łotyszami. Trochę czasu zostało, ale czas szybko leci...
Marek Hajkowski
