Obuchem w łeb
Tym razem Legia w pucharowym meczu nam imponowała. Do momentu, gdy... się nie rozsypała.
Nikita Iosifow strzela gola dla Celje, piłka między nogami Kacpra Tobiasza wpada do bramki. Fot. PAP / EPA.
LIGA KONFERENCJI
Rywalem chłopaków z Łazienkowskiej była słoweńska drużyna NK Celje. - Piłkarze tego zespołu kochają mieć piłkę przy nodze - mówił „Sportowi” przed tym meczem Uros Korun, wychowanek tego klubu, mistrz Polski w barwach Piasta Gliwice. Celje w tym wywiadzie jawiło się jako drużyna wręcz niezwykła, dająca dziś dumę całej Słowenii. Po jego lekturze można było czuć przed tym spotkaniem niepewność. Dlatego tym bardziej warto docenić grę Legii, zwłaszcza w I połowie. Absolutnie nie przestraszyła się gospodarzy i większość meczu radziła sobie z nimi wręcz świetnie! Potrafiła sparaliżować poczynania Słoweńców, sama często przejmując inicjatywę i przeprowadzając zdecydowanie groźniejsze ataki. Dobitnym dowodem tego był gol już w 17 minucie, po bardzo ładnej akcji. Legioniści odebrali wtedy piłkę rywalom w środkowej strefie i przeprowadzili szybki atak prawą stroną. Ermal Krasniqi, który prezentował się w tym meczu nadzwyczaj elegancko, a jego drybling był wystrzałowy, „nawinął” dwóch rywali. Ostatecznie drogę do bramki znalazł Kacper Urbański, który pokonał ukształtowanego w warszawskich szkółkach bramkarza Żana-Luka Lebana.
Syrenka na cokole
W poczynianiach Legii nie było pośpiechu, nie było nerwowości. Jedyne, do czego można się przyczepić, to niedokładność, ale utyskiwania w tej kwestii umilkną zapewne wtedy, gdy warszawska Syrenka z cokołu wskoczy do Wisły, czyli... nigdy. Oczywiście nie wszystkie szczegóły mogły się podobać. Antonio Colak to trochę jeździec bez głowy, który za daleko wypuszcza sobie piłkę, a Augustyniak tak przywalił z wolnego w kosmos, że stacja Mir - jeśli jeszcze istnieje - musiała zmienić trajektorię lotu. Niemniej jako zespół, jako całość, Legia prezentowała się nienagannie. Każda formacja funkcjonowała co najmniej przyzwoicie - również bramkarz Kacper Tobiasz, który w kilku trudnych sytuacjach spisał się nienagannie. Czasem miał szczęście - stał w miejscu, a piłka znienacka wpadała mu w rękawice. Co tam, ważne, że był skuteczny. Do czasu...
Rety, jakie uderzenie!
W drugiej połowie pressing Legii początkowo nadal działał dobrze, Słoweńcy mieli problemy z prostym wyprowadzeniem piłki! Mogło być wyżej, ale bardzo dobrze bronił Leban. Jednak ni stąd, ni zowąd Słoweńcy wyrównali - do tego w momencie, gdy wręcz nic na to nie wskazywało. Poszedł kontratak i rozpędzony Nikita Iosifow płaskim strzałem pokonał Tobiasza. Niepoprawni optymiści liczyli jeszcze na VAR, ale po konsultacji sędzia wskazał jednak na środek. Pięć minut, kolejna akcja i strzał z dystansu Żana Karnicnika, po którym można było tylko... zacmokać z podziwu. Rety, jakie uderzenie!
Dobrze funkcjonujący organizm Legii całkowicie się w tym momencie rozsypał. Po objęciu prowadzenia gospodarze założyli wysoki pressing, a sfrustrowani przebiegiem meczu goście nie umieli sobie z nim poradzić. Owszem, mieli jeszcze szanse na wyrównanie, ale jednak się nie udało. Rozgoryczenie rozlało się zbyt szeroko w mózgach legijnych piłkarzy.
Tylko... co z tego?
Słoweńcy? To ogromna sztuka: rozczarowywać i wygrać! Zwycięska bramka dla gospodarzy była cudowna i nie można wydać z siebie nawet kwiku protestu. Celje większość meczu wyglądało jednak na zespół słabszy od warszawiaków. Tylko... co z tego?
Bohaterem Celje ostatnich miesięcy jest chorwacki napastnik Franko Kovacević, który imponuje fantastyczną formą strzelecką. W 22 meczach tej rundy we wszystkich rozgrywkach zdobył 25 goli. Tymczasem w grze z Legią był właściwie niewidoczny. Działo, w którym zamókł proch - tak można byłoby opisać Chorwata we wczorajszym starciu. Żeby tak było, mocno napracował się Steve Kapuadi. Tylko... co z tego?
Przez większość gry stołeczna ekipa była zespołem zdecydowanie lepszym i nie potrzebowała wcale do tej wygranej szczęścia! Tylko... co z tego?
Przyznam, że tym razem ciekaw jestem relacji dziennikarzy zakochanych w warszawskiej drużynie. Czy napiszą, że choć stołeczni starali się z całych sił, a ambicji im nie brakowało, to przegrali, bo zasłużyli? Docenią klasę Słoweńców? Skupią się na tym, że Legia zawiodła?
Jedno jest pewne: w piłce nożnej niczego nie można być pewnym. Drużyna, która jest lepsza przez większość meczu, może go przegrać. Nie ma chyba drugiego sportu zespołowego, w którym sprawiedliwość byłaby jedynie statystą. Niedosyt - to słowo z pewnością najczęściej będzie odmieniane przez wszystkie przypadki przez fanów Legii po tym meczu.
Paweł Czado
◼ NK Celje – Legia Warszawa 2:1 (0:1)0:1 – K. Urbański (17), 1:1 – Iosifow (72), 2:1 – Karnicnik (77)
CELJE: Leban - Nieto, Bejger (83. Vuklisević), Tutyskinas (57. Vodeb), Karnicnik - Iosifow, Jevsenak (46. Hrka), Avdyli (57. Lisakowicz), Kvesić (87. Kotnik), Sturm - Kovacević. Trener Albert RIERA.
LEGIA: Tobiasz - Wszołek, Kapuadi, Pankov, Vinagre - Krasniqi (86. Chodyna), Augustyniak, Kapustka (86. Żewłakow), K. Urbański (78. Elitim), Stojanović (69. W. Urbański) - Colak (69. Rajović). Trener Inaki ASTIZ.
Sędziował Javier Arbelola Rojas (Hiszpania). Widzów ok. 8000. Żółte kartki: Kvesić – Augustyniak, Kapustka, Żewłakow.
