O złoto będzie trudniej

Rozmowa ze Stanisławem Chomskim, trenerem reprezentacji Polski

Stanisław Chomski nie ma wątpliwości, że w finale Drużynowego Pucharu Świata interesuje nas tylko zwycięstwo. Fot. Marcin Karczewski/PressFocus

Bartosz Zmarzlik tracący pozycję lidera Grand Prix to coś do czego kibice w Polsce nie są przyzwyczajeni...

- Nie można wymagać, żeby wszystko wygrywał. Natrzaskał, mówiąc kolokwialnie, tyle tych tytułów, że niektórzy pomyśleli, że jest to na wieczność. Lubimy sukcesy, Polacy bardzo źle patrzą na porażki, choć biorąc pod uwagę choćby piłkę nożną, to one i tak nie mają wpływu na frekwencję. Kiedyś musiało to nastąpić, a cykl Grand Prix nabiera przez to kolorytu. Bartek będzie jeszcze bardziej zmobilizowany, żeby fotel lidera odbić. Niektórzy bardzo chcieli zaciętej rywalizacji o złoto, twierdzili że ciągłe wygrywanie Zmarzlika stało się nudne, no to w końcu znalazł się ktoś kto jest w stanie nawiązać wyrównaną rywalizację. Inni też zaczynają deptać po piętach, nie tylko Brady Kurtz, więc na pewno jest ciekawie. Bartek nadal realizuje plan minimum, awansuje za każdym razem do finału. Pamiętajmy, że w ostatnim finale w Manchesterze zajął trzecie miejsce mimo urazu ręki. Specjalnie nie było to rozgłaszane, bo nie szuka usprawiedliwień. Ból mu jednak doskwierał, a w finale stracił pierwszą pozycję.

W sobotę Kurtz może mieć przewagę toru i... trybun. Kibice we Wrocławiu nieraz pokazywali, że w zawodach międzynarodowych bardziej wspierają zawodników Sparty niż Polaków.

- Pamiętam te sceny, słyszałem to na własne uszy. Takie jest prawo kibica, każdy ma swoich ulubieńców, a nie wszyscy też pewnie dobrze życzą Bartkowi. Trzeba to zaakceptować, jednak Bartek w moim odczuciu ma więcej kibiców.

Jednym z największych zaskoczeń tego sezonu jest Kacper Woryna. Jest w stanie utrzymać się w pierwszej szóstce na koniec sezonu.

- Debiut miał marzenie, bo wygraną w Landshut zaskoczył wszystkich, nawet największych... optymistów. Nie oczekujemy jednak od niego, że cały czas będzie w ścisłym topie. Jest debiutantem w cyklu i przyznam, że jego waleczność na pograniczu ryzyka jest godna podziwu, a nawet... zastanawiająca. On potrafi na szali postawić swoje zdrowie, bo to jest charakter zadziornego Ślązaka. Jak ktoś dobrze przeanalizuje jego jazdę, zobaczy jednak, że te ataki nie są „na pałę”. W Manchesterze wjechał w Leona Madsena, ale jak mi mówił tam są takie szybkości, że nie był w stanie opanować motocykla. Trochę się obawiam jego szarż i mam nadzieję, że żadna nie skończy się pechowo. To jednak taki sport, że zawodnicy, którzy jeździli bardzo ostro, często zostawali mistrzami świata, przypomnijmy sobie choćby Jasona Doyle’a. Czas pokaże gdzie to zaprowadzi Kacpra. Na pewno nie jest już kopciuszkiem, rywale zwracają na niego uwagę. Wiedzą, że jak zostawią mu trochę miejsca, to wykorzysta to bezlitośnie. Skala trudności dla niego rośnie, ale patrząc na to, co pokazuje, wydaje mi się, że będzie w stanie się utrzymać w cyklu. Rywale jednak na pewno biernie nie będą na to patrzeć.

W niedawnym SEC Challenge w Lonigo doszło do dużej kompromitacji żużla. Co w ogóle można z tym zrobić kiedy biorą się za to kraje egzotyczne żużlowo…

- W cyklu Grand Prix mamy Phila Morrisa, któremu często się zarzuca, że przesadza choćby z polewaniem toru, ale on twardą ręką realizuje swoje założenia, dzięki czemu zostaje zachowana dyscyplina podczas zawodów. Nam się to czasami nie podoba, zdarzało się, że przesadzając z wodą popsuł emocje zawodów, ale w tym roku wyciągnął wnioski. Myślę, że w Lonigo zabrakło choćby kogoś takiego, kto byłby w stanie podejmować twarde decyzje i je egzekwować. Mamy szefa europejskiego żużla, pana Piotra Szymańskiego, i wydaje mi się, że powinien się tej sprawie bardziej przyjrzeć. Na takie tory, jak w Lonigo, które są wykorzystywane bardzo okazjonalnie, być może trzeba udać się wcześniej z osobami, które będą potrafiły go przygotować. To nie dotyczy zresztą przecież tylko Lonigo. W eliminacjach SEC w Stralsundzie też się działy niezbyt ładne rzeczy jeśli chodzi o tor. W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do torów równych, wygłaskanych. W Danii, Szwecji czy Wielkiej Brytanii na pewno pod tym względem nie jest tak dobrze, ale tor w Lonigo to makabra… Jeśli na tym poziomie zawody przerywa się po czterech seriach ze względu na bezpieczeństwo zawodników, to trzeba nazywać rzeczy po imieniu: to była ogromna kompromitacja! Nie dało się tego oglądać, sam patrzałem w monitor i czekałem kiedy ta parodia się skończy. Co ciekawe, w naszych mediach sportowych przeszło to bez większego echa, na zasadzie „no przerwali zawody, ale trzech naszych awansowało i tyle”. Gdyby coś takiego wydarzyło się w Polsce, winnego chcieliby ukrzyżować pięć minut po zawodach. Tam doszło do precedensu i należy zadać sobie pytanie: co dalej? We włoskim Terenzano czeka nas Grand Prix Challenge, gdzie stawka będzie dużo wyższa. Tam będzie jednak Morris i pozostaje mieć nadzieję, że będzie trzymał rękę na pulsie.

W tym sezonie mamy dużo wypadków i kontuzji...

- Jest ich faktycznie dużo, ale jakby sięgnąć do statystyk, to zawsze na przełomie maja i czerwca wypadków jest coraz więcej, głównie złamanych barków i obojczyków. Moim zdaniem związane jest to z tym, że przychodzi dla zawodników taki moment rozluźnienia i pewności w tym co robią, a do tego już pewne zmęczenie materiału, wydolność i koncentracja się zmniejszają. Każdy ma duże ambicje, podejmuje coraz większe ryzyko, jazda jest coraz bardziej kontaktowa i to wszystko moim zdaniem składa się na przyczynę tych kontuzji.

GKM Grudziądz jest zdecydowanym liderem ekstraligi po ośmiu kolejkach. To niespodzianka?

- Duża. Przed sezonem eksperci i wszyscy interesujący się żużlem zakładali, że trójka: Toruń, Wrocław, Lublin musi znaleźć się w czwórce i pomiędzy sobą rozdać medale. Dla mnie postawa Torunia jest jeszcze większym zaskoczeniem niż Grudziądza, tyle że in minus. Poza zawodnikiem U-24 mistrz Polski ma identyczny skład, ponadto bardziej okrzepniętych juniorów, a tu się okazuje, że jest dużo gorzej niż przed rokiem. Wracając do GKM-u, to różnicę robią Bastian Pedersen z Kevinem Małkiewiczem, a więc dwójka juniorów. Oni uzupełniają ewentualne braki seniorów, będąc wartością dodaną. Pozostałe drużyny mają mniej lub bardziej zachwianą formę. Falubaz nie jest tym Falubazem, o którym się mówiło. Motor po kontuzji Fredrika Lindgrena przekonuje się jak Szwed jest ważnym ogniwem. W Sparcie z kolei jest plaga kontuzji. GKM z kolei na razie unika problemów, zrobił krok do przodu, a przecież już w poprzednim sezonie był w czwórce. Grudziądzanie zaczęli od remisu u siebie ze Stalą Gorzów, a potem już poszło z górki. Wysyłają mocny sygnał, że chcą zdobyć medal. Pamiętajmy jednak, że czekają ich jednak jeszcze trudne mecze, pojadą do Wrocławia, Motor przyjedzie do nich, by się zrewanżować. Bardzo ciekawe jak to się dalej potoczy i na pewno jest to pozytywne dla ligi.

Poza odstającym Włókniarzem ekstraliga w tym sezonie jest niezwykle ciekawa.

- No właśnie i trzeba się zastanowić czy obecny regulamin przystaje do najlepszej ligi świata. Mam wątpliwości, bo już zimą było wiadomo, że Częstochowa nie będzie mogła zbyt wiele zrobić. Podobne problemy mają zespoły, które awansują z niższej ligi i nie mogą pozyskać silnych zawodników. Żaden zespół nie powinien odstawać tak bardzo jak Włókniarz, ale to nie jest do końca jego wina. Przy odejściu trójki liderów nie ma możliwości takich dziur zasypać.

Próbą generalną kadry przed Drużynowym Pucharem Świata ma być zaplanowany na 26 lipca mecz Polska – Australia w Rybniku. Są planowane jeszcze inne spotkania?

- Raczej poprzestaniemy na jednym, bo nie ma kiedy nawet takich meczów organizować. Kalendarz jest niesamowicie napięty. Sam mecz może udałoby się nawet zorganizować, ale bez połączenia ze zgrupowaniem kadry to nie ma większego sensu. Moją ideą byłoby, żeby w jednym miejscu i czasie zebrać chłopaków, spokojnie popracować i na niektóre sprawy spojrzeć inaczej.

Gdyby DPŚ był za tydzień, a nie 29 sierpnia, to ma trener już piątkę, która wyjedzie na PGE Narodowy?

- Nie mogę teraz zdradzić, bo to tak jakbym już rozdał nominacje. Wydaje mi się jednak, że wytypowanie tego składu nie byłoby trudne. Nie mamy aż tak wielkiego bogactwa, a każdy zorientowany wie, kto może dać radę nawet patrząc tylko na średnie żużlowców. Nowych zawodników brakuje, bo jak sięgnę pamięcią na mecz z Australią 10 lat temu na Narodowym, to praktycznie jest ta sama kadra: Bartosz Zmarzlik, Patryk Dudek, Maciej Janowski, bracia Pawliccy. Kacper Woryna też już wtedy jeździł.

To może być jeden z najciekawszych finałów w historii? Australia jest bardzo mocna, Duńczycy też są w stanie z nami wygrywać, co pokazali w Rzeszowie na DME.

- I w tym upatruję naszej siły! W wyrównanej stawce pozostałych, bo dzięki temu to będzie się fajnie mieszać. Trzeba będzie liczyć punkty, patrzeć jak to wszystko się układa. Na Narodowym każdy będzie oczekiwał sukcesu, czyli złota, to jest oczywiste. Już teraz kształtujemy taką świadomość wśród zawodników.

Ultimatum w postaci złota ktoś przed trenerem postawił?

- Nie, ale to się czuje. Nie ma co mówić: „powalczymy, zobaczymy jak będzie”. Jesteśmy mocni i trzeba wierzyć w to, że wygramy. Australijczycy, Duńczycy czy w przeszłości Amerykanie zawsze głowy nosili wysoko i wierzyli, że są najlepsi. Nie zawsze pokrywało się to z rzeczywistością, ale z takim nastawieniem wychodzili, nie tylko w żużlu zresztą.

Ostatnio znów zaczęto spekulować o nowych lokalizacjach cyklu GP. Obecny promotor zadba o nowe kierunki czy skończy się na pomysłach?

- Na razie widzę przede wszystkim, że rachunek ekonomiczny jest na pierwszym miejscu. Z jednej strony to normalne, bo to w końcu jest biznes, a koszty są bardzo duże. Jest trochę mniej ludzi do obsługi turniejów, ale może i dobrze, bo paradoksalnie powoduje to większy porządek. Przydałyby się na pewno nowe miejsca, ale takie które coś wniosą, bo robienie żużla w bardzo małych miejscowościach, na obiektach bardzo kameralnych, w dzisiejszych czasach nie jest dobrym kierunkiem. Trwa mundial w Ameryce i widzimy jakie wrażenie robią przepotężne stadiony. Infrastruktura jest bardo ważna i powinny wrócić takie stadiony jak Warszawa, Cardiff, Sztokholm, Kopenhaga. Może na sztucznych torach widowiska nie są aż tak atrakcyjne, bo wiadomo że muszą być one krótsze, węższe, ale jeżeli chcemy zaistnieć jako dyscyplina, a nie kręcić się wokół własnego ogona, to powinniśmy iść w tym kierunku. Nawet runda w USA czy w Australii nie będzie miała większego sensu, jeśli nie odbędzie się to na godnych obiektach. Finału w 1982 roku w Los Angeles nie rozgrywano na zaściankowym obiekcie. Wiadomo że nikt nie chce dokładać, ale trzeba też rozwijać dyscyplinę. Czas pokaże, jaki pomysł na to będzie miał nowy promotor. Trzymam kciuki za powrót do dużych miast.

Rozmawiał Mariusz Rajek

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się