O człowieku, co kochał Moskwę i Izrael

Wielki fajer szykuje się 15 lutego w Konstancinie – Roman Kosecki świętować będzie 60. urodziny. To jedna z najbarwniejszych postaci polskiej piłki końcówki minionego wieku – i długo, długo potem. Nie wierzycie? To poczytajcie...

Nie garnitur świadczy o człowieku. Ale całusek w rękę – już trochę tak... Roman Kosecki i Hanna Gronkiewicz-Waltz. Fot. Rafał Oleksiewicz / Press Focus

To będzie opowieść o... image'u. I o garderobie, i o jej niektórych elementach. Bo tak się jakoś złożyło, że parę ubiorów Szanownego Jubilata – nie mówiąc już o jego wizerunku – przeszło do historii rodzimego futbolu. A „Kosa” akurat w tym temacie rozwinąć się potrafi pięknie; i jeszcze bywa – zgodnie z ksywką – absolutnie ostry, cięty i bezkompromisowy.

Klapy z ćwiekami dodają szyku

„Charakteryzuje się kilkoma stałymi cechami: zawsze ma podwójne klapy z ćwiekami, przesunięty w bok zamek błyskawiczny i przyszyty pas do ściągania pół. Niektóre posiadają też zwiększoną liczbę kieszeni oraz naramienniki” - młodzi pewnie nie mają pojęcia, o co chodzi. Ich rodzice za to – jak najbardziej. Niejeden przedstawiciel „starego wapna” westchnie głęboko na dźwięk słowa „ramoneska” - prawda?

– Skórzana katana dodawała szyku. Ramoneska albo... jej podróba – śmieje się Roman Kosecki, wspominając własne lata 80. i szyk, jakiego zadawał legendarną kurtką. – Można ją było dostać na bazarze na Skrze. Albo na bazarze Różyckiego na Pradze – wraca pamięcią cztery dekady wstecz. Ramoneska była mu zaś nieodwołalnie niezbędna. No bo jak tu wyjść na scenę z gitarą bez tego atrybutu rockmana!?

Zaraz, zaraz – jaki rockman? Ano taki. – Wychowywałem się w tym moim Konstancinie i najwięcej czasu z kolegami spędzałem na podwórku i na małym boisku, kopiąc piłkę. To było normalne, bo przecież telefonów komórkowych, play station i innych bajerów wtedy nie było. Ale w przerwach od tego kopania – fakt, że niewiele ich było... – uczyłem się gry na gitarze. No i szybko przyszło mi do głowy, że fajnie byłoby stworzyć kapelę – wspomina „Kosa”.

Brzmiało jak brzmiało, ale frajdę dawało

Ciekawe? No jasne. A konia z rzędem temu, kto odgadłby nazwę owej muzycznej grupy. Spróbujecie? No to najpierw mała podpowiedź. Kosecki: - Graliśmy punka, reggae, trochę rock'n'rolla.

Pomogło? Niektórym pewnie tak. Bo przez krótki czas była to – o jakże banalnie! - „Cywilizacja”, ale potem przechrzczono ją na dużo łatwiejszą do zapamiętania... „Dyskotekę”! - Ale disco polo nigdy nie zagraliśmy, bo narodziło się dużo później. A my najpierw uczyliśmy się grania rocka i reggae na bazie coverów. Potem zaczęliśmy tworzyć swoje numery. Brzmiało to jak… brzmiało, ale frajdę dawało – zaśmiewa się były reprezentant Polski. I przyznaje, że brał się również za pisanie tekstów do tych własnych „Dyskotekowych” kawałków. O czym? - Ano jak to w tamtych czasach bywało: o ucisku, o komunie, o wolności, o marzeniach o fajniejszym życiu…

Jeszcze w pierwszej połowie lat 80. w klubie Hybrydy ruszył festiwal Róbrege – największe (obok Jarocina) wydarzenie polskiej muzyki rockowej i alternatywnej w tamtych czasach. Zaraz potem przeniósł się on do namiotu cyrku „Intersalto” na rogu ulic Towarowej i Chłodnej w Warszawie. Kosecki: - Jeździliśmy na Wolę, gdzie stał namiot. Można w nim było usłyszeć Izrael, Kulturę, ale też Moskwę, Armię czy Dezertera. To w tych czasach i w tym miejscu poznałem Darka Malejonka, Tomka Lipińskiego, Roberta Brylewskiego...

Ramoneska tym razem została w domu. Ale na telewizyjnym nagraniu gitara jest jak najbardziej autentyczna. I śpiew też. I tylko wina brak... Fot. YouTube/zrzut ekranowy

Urodziłem się 20 lat po wojnie

Łezka się w oku kręci tym, co byli wówczas w wieku podobnym do naszego bohatera, albo ciut młodsi, i wychowywali się na nutach „Idą ludzie Babilonu”, „Centrali”, „Urodziłem się 20 lat po wojnie” (ten tytuł akurat idealnie pasuje do naszego bohatera) i „Niewidzialnej armii”. Mnie na pewno. A „Kosie” pewnie też ciary chodzą po plecach... - Zwłaszcza reggae zostało ze mną do dziś. Kiedy grałem w USA, polecieliśmy do Miami. Po meczu wychodzę ze stadionu i słyszę znajome dźwięki, które od razu mnie poruszyły. Patrzę, a na scenę wskakuje syn Boba Marleya, Ziggy. „No to lećcie, chłopaki. A ja zostaję” – rzuciłem do kolegów z Chicago Fire. Dziś czasem ćwiczę sobie w domu szarpanie strun gitary. Ale już tylko akustycznej, a nie elektrycznej, żeby nie kaleczyć muzyki – opowiada ze śmiechem.

Po co dżinsom cegłówka?

Po ramoneskę – i po inne elementy scenicznego wizerunku – chodziło się na wspomniane „wolne handle”, jak zamiennie nazywano bazary, rzeczywiście będące elementem „gospodarki wolnorynkowej” w samym centrum socrealistycznego systemu nakazowo-rozdzielczego. Przy Różyckiego można było dostać wszystko. Kupić dżinsy na stoisku, a zaraz potem obok niego znaleźć też cegłówkę. Po co? – Bo się nią je wycierało. A potem też skracało i cięło. I już miałeś świetny „strój estradowy”, w którym przyjemnie było zagrać jakiś koncercik w szkole albo choćby tylko dla kilku znajomych.

Kosa pod żebra za kolczyk w uchu i długie włosy

Ale te bazarowe wizyty nie zawsze były bezpieczne! Można było – jako się rzekło – wszystko na nich dostać. Łącznie z dostaniem „po mordzie”, albo kosą pod żebro! Za naprawdę drobną rzecz. Ot, choćby... kolczyk w uchu. Uwierał on już szkolnych nauczycieli naszego bohatera, ale i niektórych trenerów. No bo przecież jakże to: zawodnik klubu milicyjnego (Gwardia), a potem wojskowego (Legia) pozuje na „mientkiego faceta na wzór tych ze zgniłej kultury zachodniej” (jesteśmy wciąż w głębokim PRL-u)? - Kolczyk i długie włosy do pożądanego wizerunku w tych zespołach nie pasowały. Nieraz więc słyszałem, bym ściął włosy i kolczyk wyjął, choć w tamtych czasach nie tylko z kolczykiem w uchu, ale nawet łańcuszkiem na szyi można było grać. A ja grałem dobrze, więc w końcu dawali mi spokój – zaznacza Roman Kosecki. - Za to… niekoniecznie dobrze było się z nim pokazywać na wspomnianym Bazarze Różyckiego.

Oczywiście nie omieszkamy pociągnąć go za język. - Łażę sobie po tym bazarze, szukając – jak to w tamtych czasach bywało – fajnych filmów na kasetach VHS. W pewnym momencie otacza mnie czterech kolesi. „Po co ci ten kolczyk? Zdejmuj go” – słyszę wyraźne żądanie. Nie wiem, jakby się to skończyło, ale facet od kaset się odezwał: „Co wy, chłopaki? Przecież to „Kosa” z Legii”. Odpuścili – opowiada po latach. Cóż; to, co ostatecznie tolerowano w PRL-owskich resortach siłowych, nie było mile widziane „na Pragie”...

Długie pióra „Kosy” znała cała Polska! Ale w niektórych dzielnicach Warszawy się nie podobały... Fot. archiwum PAP

„Milicjant plutonu liniowego”, ale bez munduru

Skoro już nawiązaliśmy do resortowej przynależności pana Romana, nie sposób nie poruszyć tematu munduru: milicyjnego bądź wojskowego. No bo przecież w tamtej epoce z wzięcia w kamasze mogła wyreklamować jedynie przynależność piłkarza do klubu górniczego. A jak już się bilet do wojska dostało, nie było siły: przynajmniej do czasu przysięgi nawet piłkarz ligowy biegać musiał po poligonie. W mundurze, a jakże. Niejaki Jerzy Wijas – nawet dwa lata, w okręgówce, gdy się armia na niego uwzięła. A Kosecki? - Ani na chwilę nie założyłem munduru! Byłem oddelegowany do „grup sportowych” i tylko grałem w piłkę – zapewnia. Ale „życzliwi” po latach bardzo mu chcieli łatkę „resortowego dziecka” przypiąć. Bo przecież oficjalnie – jako gwardzista – miał służbowy przydział jako „milicjant plutonu liniowego ZOMO”! - Też się tego dowiedziałem z jakiegoś biuletynu IPN! Czasem przeciwnicy polityczni próbowali tę moją przeszłość wykorzystywać przeciwko mnie. W jednym z programów telewizyjnych nawet pytanie od pani redaktor otrzymałem: „Czy pan strzelał?”. No więc tak: strzelałem. Tyle że bramki, a nie z pistoletu! „I to się pani redaktor pomyliło” – odpowiedziałem.

Nie garnitur zdobi człowieka, ale to, co ma w głowie

Zaraz zaraz. Telewizja? Ano tak, bo przecież – po pierwsze – Roman Kosecki po karierze piłkarskiej „poszedł w trenery” (do dziś prowadzi treningi dzieciaków w Kosie Konstancin), w działaczy (był wiceprezesem PZPN-u, startował w wyborach na prezesa) i w politykę właśnie, o której wspomniał wcześniej (zasiadał w ławach sejmowych). A jeżeli polityka, jeżeli zarząd związku, i jeżeli kamery, no to już musi być garnitur – kolejny etap naszej z „Kosą” podróży przez lata i garderoby. - Trudno mi było dzień w dzień do Sejmu w tym garniturze przychodzić. On nie pasuje do mojego obrazu i charakteru: wolę wygodny dres. Zawsze zazdrościłem Jackowi Kuroniowi jego swobody: dżinsowej koszuli, dżinsowych spodni… Czasem zdarzyło mi się też założyć dżinsy i sweterek. Ale zasada to zasada: trzeba marynarkę mieć, to ją wkładałem – wzdycha bohater tej opowieści. A potem dzieli się refleksją. - Wiem, że są ludzie, dla których ważne są buty za 5 tysięcy i spodnie za 3 tysiące. Dla mnie to wyrzucanie pieniędzy. Mnie wystarczy czuć się dobrze w tym, co noszę. Jakieś dżinsiki, sweterek, adidaski… Uważam, że ważniejsze od tego, jak się wygląda, jest to, co się ma w głowie, i o co się walczy. Ten, co wygląda elegancko, zazwyczaj gada głupoty.

W butach graj i noś spray!

Nawet w czasie zasiadania (i usypiania?) w poselskich ławach, Roman Kosecki piłki nie odstawił (nie odkopnął?). Miał w okrągłym budynku przy Wiejskiej kilku innych kolegów po fachu. Jan Tomaszewski bronił swych zasad po obu stronach dwóch zwaśnionych plemion politycznych, Cezary Kucharski podzielał z kolei jednoznacznie poglądy legionisty (bo przecież sam też nim bywał). No więc nic dziwnego, że szybko się zawiązała poselska reprezentacja i jeździła (nie tylko po Polsce) pokopać od czasu do czasu. Eleganckie lakierki zamieniono wówczas na sportowe obuwie. Dziś już bywa ono w dowolnym wybranym przez grajka kolorze. Ileś lat wstecz – w razie potrzeby – stosowało się metody z programu „Zrób to sam”. Jednym z uczestników haratania w gałę był ówczesny (i obecny) premier. - Kiedy jasnym stało się, że Tusk wyjeżdża do Brukseli, zorganizowaliśmy dla niego pożegnalny trening na boisku Kosy Konstancin. No i Irek Raś z Andrzejem Biernatem wymyślili, żeby „zesprayować” but na złoto i wręczyć go „Donaldinho” - śmieje się Kosecki. Przekornie można by powiedzieć, że wystarczy odrobina pomysłowości i już można mieć „Złotego Buta” na półce w gabinecie. Więc o co tyle hałasu, „Lewy”?

Na marginesie dodajmy jeszcze, że butem piłkarz Kosecki rzucał kiedyś w świętej pamięci prezesa Mariana Dziurowicza, gdy brakowało sprzętu dla reprezentacji i pieniążków za przyloty na kadrę. A raczej nie „w”, a „pod nogi” Dziurowicza. I to w obecności całej reszty kadrowiczów, w reprezentacyjnej szatni. Szok był spory, ale – jak mawia „Kosa” - podziałało. Na następnym zgrupowaniu znalazły się i nowe stroje, i pieniążki...

Kosa: naga prawda

Od czubka głowy (czyli długich włosów) przenicowaliśmy kolejne warstwy odzieży pana Romana. Została nam tylko ta, którą kibice znają najlepiej: reprezentacyjna koszulka. Zagrał w niej dla pierwszej reprezentacji 69 spotkań. W ostatnim zaś jej zdjęcie – co widać na naszym zdjęciu... - kosztowało go jedyną w reprezentacyjnym życiu czerwoną kartkę! Październik 1995, Bratysława: wieńczący przegrane eliminacje EURO'96 mecz – też przegrany (1:4) ze Słowacją. Kosecki: - Cóż, przy okazji meczu człowiek się rozbiera, przebiera; tylko… po co na boisku, w obecności widzów? To była chwila, adrenalina zadziałała; wiadomo, jakie były okoliczności tego spotkania... Ale i tak to była moja głupota.

Czerwona (kartka) za zdjęcie białej (koszulki) w meczu Biało-czerwonych.   Fot. YouTube/zrzut ekranowy

65 minuta, jeszcze jest 1:1 na Tehelnym Polu. Henryk Apostel ściąga napastnika do bazy, przy linii czeka już gotowy do wejścia Sylwester Czereszewski. „Kosa” wolnym krokiem zmierza w jego kierunku. Jorge Coroado z Portugalii wyciąga z kieszeni żółtą kartkę. Polak ostentacyjnie – jeszcze na murawie – zdejmuje trykot, nagi do pasa już prawie jest w strefie zmian. Tak nie wolno. Sędzia po raz drugi podbiega do niego, po raz drugi pokazuje żółty kartonik. A potem czerwony... W pamięci wielu kibiców scena zapisała się inaczej: że niby miał koszulkę ze złością rzucić na murawę, i za te emocje zostać ukaranym. - Bzdura. Wcale tej koszulki nie rzuciłem ani nie kopnąłem, tylko ucałowałem „orzełka” i położyłem pieczołowicie na murawie! - mówi. I tak było, zapis wideo potwierdza jego słowa. Ciekawe, co się stało z tą koszulką. Dziś miałaby niebagatelną wartość...

Skoro akapit wyżej pada słowo „nagi”, może wypadałoby ten tekst oznaczyć pieczątką „+18” albo „Tylko dla dorosłych”? No dobra, nie żartujmy. Ale na koniec połóżmy w kwestii odzienia wisienkę – ba, całą wiśnię! - na torcie. - A jak chce pan „z przytupem” tę rozmowę i tekst zakończyć, to niech pan napiszę, że gdy idę spać, to… nie mam na sobie żadnej garderoby! - wybucha śmiechem „Kosa”.

Miało być story o... image'u. I o garderobie. I o jej niektórych elementach. Wyszło zaś, jak wyszło – po prostu o jej kompletnym braku! Ale chyba was nie rozczarowaliśmy, co nie?

Dariusz Leśnikowski