Nowa „miotła”, stare grzechy
Zmiana na ławce sosnowieckiego drugoligowca na razie nie przyniosła punktowych efektów.
Pozycja drużyny z Sosnowca (w zielonym stroju Bartosz Zawojski) nadal jest mocno chwiejna... Fot. Zagłębie Sosnowiec
ZAGŁĘBIE SOSNOWIEC
Patrząc na „suchy” wynik zaległego meczu z Unią Skierniewice (2:3), która prowadzi na trzecim froncie, można było pomyśleć, że nie było źle i jest nadzieja dla Zagłębia. Problem w tym, że tej nadziei jest coraz mniej, nawet wśród niepoprawnych optymistów kibicujących klubowi z Sosnowca. Jego zawodnicy prowadzili z liderem 2:0, ale pierwszy gol to jednak „swojak” i nawet radość Szymona Sobczaka, naciskającego obrońcę, tego nie zmieni. Drugie trafienie zapisano Jewgienijowi Szykawce, który nie kopnął piłki zbyt czysto, ale golkiper Unii interweniował jeszcze gorzej.
Momenty były
Od dawna utarło się – a Czesław Michniewicz, niby twórca tego powiedzenia, gdy jeszcze był trenerem, jedynie je powielał – że 2:0 to niebezpieczny wynik i znalazło to potwierdzenie w środowy wieczór. Im bardziej mecz się rozkręcał, tym lepiej spisywali się jego faworyci; w pełni zrehabilitowali się za błędy, do ich popełnienia zmusili rywali, skarcili ich trzykrotnie i wygrali w pełni zasłużenie.
Z przyczyn formalnych (brak licencji) na konferencji prasowej w imieniu trenera Grzegorza Bąka wypowiedział się jego asystent. – Wykorzystaliśmy swoje momenty i zasłużenie prowadziliśmy do przerwy. W drugiej połowie zabrakło intensywności. Daliśmy się zepchnąć, przegrywaliśmy pojedynki i rywale kreowali kolejne sytuacje. Zostawiliśmy dużo zdrowia i uważamy, że jest na czym budować. Mamy nadzieję, że te dobre momenty w kolejnym spotkaniu będą dłuższe i zaczniemy regularnie punktować – powiedział Karol Pikoń.
Czas na zmiany!
Tak naprawdę nowy (tymczasowy?) sztab nie dokonał zbyt wielu zmian po klęsce w Grudziądzu. Dwie korekty personalne, to samo ustawienie z wahadłowymi, których w zespole... nie ma, a żeby grać takim systemem, trzeba mieć do niego wykonawców. Śmiało więc można powiedzieć, że to nieważne, czy na ławce był Wojciech Łobodziński, czy Grzegorz Bąk; zawodnicy niemal ci sami, taktyka bez zmian, błędy podobne, wyników brak. Uważam, że piłkarze dopięli swego – zwolnili trenera Łobodzińskiego, robiąc to w najgorszy z możliwych sposobów. W Grudziądzu wystawili się na pośmiewisko, przegrywając 1:7, w Skierniewicach też przegrali. Trener Pikoń przekonuje, że jest na czym budować. Problem w tym, że to nie czas na budowanie. Do końca sezonu zostało dziewięć meczów. W pięciu tegorocznych Zagłębie zdobyło trzy punkty. Z taką średnią trudno być optymistą, a od środy zespół znów jest w strefie spadkowej. Potrzebne są więc radykalne działania. Przede wszystkim zmiana taktyki, a także personale przetasowania. Trener Bąk graczy drugiej drużyny zna doskonale. Może więc warto sięgnąć po kilku młodych gniewnych z lidera V ligi, czyli szóstego poziomu rozgrywkowego, skoro starsi nie „dojeżdżają”...
Kibice wierzą?
Brak reakcji będzie tylko potwierdzeniem tezy, że to nie trener Łobodziński był problemem, ale piłkarze i ich brak formy. Owszem, były szkoleniowiec odpowiada za przygotowanie zespołu, ale czy dziecinne błędy to efekt złego przygotowania? Nie, to potwierdzenie, że ten zespół jest słaby. Czy za słaby na II ligę? Może nie, może się w niej utrzyma, ale i tak pewne jest, że aby ruszyć z miejsca, potrzebna będzie kolejna rewolucja. Czy gminny budżet to wytrzyma?
W niedzielę o 17.00 Zagłębie podejmie Wartę Poznań, kolejnego rywala z górnej części tabeli. O punkty znów będzie trudno, ale podobno nadzieja umiera ostatnia i nieważne, czyją jest matką. Kibic przecież wierzy do końca, nawet jeśli wiara – w tym przypadku ta, która przetrwała – nie zawsze czyni cuda...
Krzysztof Polaczkiewicz
