Normalny i wielki

WYMIANA KOSZULEK, cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka

A to ci heca. Akurat kiedy polskie skoki zdawały się nieuchronnie pogrążać w „syndromie fińskim”, czyli sportowym niebycie po latach hegemonii złotego pokolenia. Kiedy już tak dalece straciłem wiarę w to, że któryś z naszych jest w stanie jak Filip z Konopi wyskoczyć za punkt K i ustać to choćby i na dwóch nogach. Kiedy już przestałem w rozpiskach weekendowych transmisji zaznaczać godziny pucharowych konkursów, bo nie chce mi się patrzeć na srylionowe wygrane kolejnego z rodu Prevców. Kiedy wreszcie zrozumiałem, że to nie piękno tej dyscypliny mnie uwodziło, tylko piękno polskiej potęgi.

Jako naród odwiecznych przegrywów celebrujących szlachetne klęski i moralne zwycięstwa, mieliśmy za sprawą skoczków przez blisko ćwierć wieku okazję niebywałą – byliśmy w jakiejś dyscyplinie wybitni, przytrafiła nam się pokoleniowa sztafeta geniuszy, po małyszomanii przyszła stochomania, do tego okazało się, że potrafimy pracować systemowo i stworzyć silną drużynę – to było takie zachwycająco niepolskie.

Szczęśliwie też trafiliśmy na dyscyplinę niekoniecznie marginalną, nawet najzajadlejsi wrogowie skoków narciarskich muszą przyznać, że człowiek frunący na nartach wygląda ciekawiej niż ekipa froterująca lód przed kamieniem curlingowym; wszak już jeden z tytanów kina, Werner Herzog, zrealizował przed z górą półwieczem poemat filmowy „Wielka ekstaza snycerza Steinera” poświęcony podniebnym sukcesom szwajcarskiego mistrza Waltera Steinera.

A zatem to nie skoki okazały się piękne, tylko nasze wygrywanie. Naród zachłysnął się tym, do czego nie przywykł: niezwyciężonością swojego bohatera. Ułańska fantazja i genialne zrywy przestały imponować – nagle się nam zachciało regularności, precyzji, niezmienności zwycięstw. Lata leciały bezboleśnie, kiedy nasi latali daleko. Nasze uszy były nienasycone komplementowaniem polskiej szkoły skoków, rychłośmy bowiem zapomnieli, że Małysz spadł nam przed laty z nieba po trzydziestu latach totalnej suszy medalowej na zimowych igrzyskach - kiedy zaczął wygrywać, czynił to seryjnie i nikt za bardzo nie potrafił wytłumaczyć, czemu – ani on sam, ani jego trener Apoloniusz Tajner. Potem się po prostu przyzwyczaił do wygrywania, bo taka to dyscyplina.

Problem skoczka tkwi wyłącznie w psychice, w nadmiarze woli, która krępuje ruchy, usztywnia, prowokuje do pomyłek w momencie wybicia i przy kontroli lotu. A im dłużej trwa zwycięska passa, tym mniejszy balast ciąży na triumfatorze, permanentny zwycięzca już nie musi „uwierzyć we własne siły” – on je po prostu zna. Skoczek, kiedy jest w mistrzowskiej formie, nie pamięta jak się skacze, jemu się skacze samo; on wszystkie czynności wykonuje automatycznie, przez co bezbłędnie; wygląda to tak, jakby zjeżdżając do progu myślał o tym, co zje na kolację, lecąc w powietrzu o tym, z kim ją zje, a lądując rozważał dobór stosownego wina.

I tak właśnie wygląda nastoletni bielszczanin Kacper Tomasiak, który nam przysporzył niespodziewanych radości w Predazzo. Chłopak ma głowę na karku, najbardziej w nim imponuje odporność psychiczna, fakt, że się nie spala przed decydującymi próbami, ba, stres zdaje się go pozytywnie doładowywać, dlatego wyniki sesji treningowych nie zapowiadały tak rewelacyjnego wyniku, zwłaszcza na skoczni dużej.

Jeszcze do soboty mogliśmy się obawiać, czy srebrny medal Tomasiaka nie jest aby pojedynczym wybrykiem na skoczni bałamutnie zwanej „normalną”, choć przecież chodzi o obiekt w rozmiarze nietypowym, zawodów pucharowych się na takich skoczniach nie rozgrywa prawie wcale. Obiekty o punkcie konstrukcyjnym ulokowanym poniżej setnego metra w dzisiejszych skokach służą głównie treningom.

Ta dyscyplina ma i tak rosnące problemy z oglądalnością, ludzie nie chcą już oglądać narciarzy skaczących, wolą patrzeć na latających, dlatego inwestuje się raczej w obiekty jak największe, z myślą o przekroczeniu mitycznej granicy 300 metrów odległości. Na razie najdłuższy skok w historii oddał Ryoyu Kobayashi na specjalnie w tym celu przygotowanym obiekcie w Islandii, ale to odbyło się w ramach ekstremalnego projektu Red Bulla – Japończyk wylądował na 291. metrze.

Zawody na skoczni „normalnej” są mało widowiskowe, bo różnice między odległościami bywają nikłe, zawodnicy najwięcej zyskują lub tracą nie tylko na przelicznikach wiatru, ale i notach za styl, które od lat są przyznawane całkowicie subiektywnie, arbitralnie i nierzadko „od czapy”. Sędzia swojemu rodakowi przyzna osiemnastkę za lądowanie bez telemarku, za to rywalowi za podobny występek przyzna „upadkową” piętnastkę i nikt mu nic nie zrobi, noty skrajne i tak się kasuje.

Skocznia K-98, na której Kacper Tomasiak wywalczył olimpijskie srebro, premiuje zawodników z potężnym i precyzyjnym wybiciem, to taki narciarski skok wzwyż, bo zeskok jest za krótki, żeby móc w locie korygować sylwetkę, łapać wiatr i nadrabiać odległością. I choć Tomasiak jest talentem wybitnym, zdecydowanym liderem naszej kadry, jeśli myśleliśmy o jego przyszłych sukcesach, to w kontekście długofalowym – nikomu nie przyszło raczej do głowy, że tu nie trzeba już czekać, że mamy wielkiego skoczka już dzisiaj, tu i teraz.

Dziewiętnastolatek powtórzył wyczyn Małysza z Salt Lake City, jeszcze na dobre nie rozpoczął kariery, a już jest na stałe w panteonie polskich sportowców. A kiedy patrzę na jego twarz po życiowych triumfach, widzę gościa, który wie, o co chodzi i w przeciwieństwie do panów Maciusiaka i Małysza wcale nie wydaje się ekstremalnie zdziwiony tym, co wywalczył. Normalna i duża z medalami; Tomasiak jest normalnie skoczkiem dużego formatu. Kamil Stoch będzie mógł odejść na emeryturę ze spokojem równym temu, z jakim się żegnał z karierą Adam Małysz. Ciągłość została zachowana - przybył godny następca.

Dziewiętnastolatek powtórzył wyczyn Adama Małysza z Salt Lake City, jeszcze na dobre nie rozpoczął kariery, a już jest na stałe w panteonie polskich sportowców. Fot. PAP/Grzegorz Momot

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się