Nigdy bym go nie podejrzewał...
Rozmowa z Michałem Listkiewiczem, byłym arbitrem piłkarskim, w latach 1999-2008 prezesem PZPN-u
Ma o czym myśleć Adrian Siemieniec... Fot. Michał Kość / Press Focus
- I znowu za sprawą pana Wójcika, który chciał być szefem sędziów. A gdy nim nie został, ciągle puszcza jakieś dymy.
Personalia – personaliami; być może to jeden z elementów „wojenki” między PZPN-em a sędzią Wójcikiem. Ale ważniejsza jest merytoryka: próba niedozwolonego wpływania przez trenera na arbitra meczu. Co pan na to?
- Jeżeli cała ta sytuacja miała miejsce, to oczywiście jest to skandal. Natomiast PZPN od takich spraw ma tzw. prokuratora związkowego, czyli Adama Gilarskiego – niesłychanie doświadczonego i kompetentnego człowieka, który ma ogromne zasługi w zwalczaniu korupcji i jest w tej materii bezwzględny. Jeśli fakty się potwierdzą, z pewnością nie będzie mieć litości dla winnych.
Czyli dla kogo?
- Na pewno cała sprawa uderza mocno w trenera Adriana Siemieńca: że się w ogóle odważył na coś, co jest niedopuszczalne. Po drugie – uderza w stosowne procedury PZPN, skoro wszystko zdarzyło się w maju, zajęto się tym w czerwcu czy w lipcu, a wyszło teraz. Stosowny komunikat powinien być dużo wcześniej, a procedury powinny sobie trwać.
Nie powinny objąć jakiegoś środka zapobiegawczego? Na przykład zakazu sędziowania dla Pawła Raczkowskiego?
- Ale sędzia Raczkowski niczego nie zataił. Zgłosił sprawę do związku i na tym się jego rola w sprawie zakończyła.
Proszę wybaczyć: gdyby pan wiedział o planie napadu na bank, ale zgłosił się z tą wiedzą na policję już po jego przeprowadzeniu, byłby pan w porządku? Sędzia Raczkowski poinformował władze sędziowskie po fakcie, a nie przed.
- Nie mam pojęcia, dlaczego. Może faktycznie powinien to zrobić od razu... Natomiast na pewno trener Siemieniec nie powinien próbować kontaktować się w takiej sprawie, o jakiej mówimy. Przy czym pamiętajmy, że jest pewna normalna praktyka meczowa, sam to robiłem niejeden raz jako sędzia: chodzi o przestrzeganie – najczęściej kapitana drużyny – w trakcie gry, że jakiś zawodnik w jego zespole jest „na pograniczu” drugiej żółtej kartki. „Powiedz trenerowi, że ten zawodnik za pięć minut wyleci, jeśli dalej tak będzie grał”. I wtedy trener albo go zmienia, albo wpływa na niego, żeby zmienił sposób zachowania. To jest normalne działanie profilaktyczne, prewencyjne.
Ale to zupełnie co innego, niż w tym przypadku.
- Tak, oczywiście. Tutaj niestosowny był już pierwszy kontakt: trenera z sędzią, zresztą nieprowadzącym tego meczu. Myślę, że i sędziego Wójcika w nienajlepszym świetle stawia fakt, że zamiast zgłosić sprawę do PZPN, zdecydował się niejako pośredniczyć w temacie. Generalnie natomiast rzuca to cień na całe towarzystwo w to zamieszane. A w tym towarzystwie najbardziej dziwi mnie obecność Adriana Siemieńca, zdecydowanie jednego z najlepszych trenerów młodego pokolenia. Nigdy bym go nie podejrzewał o takie jakieś zakulisowe działania.
A obecność Pawła Raczkowskiego w tej aferze?
- Ma pan rację, jego błędem było to, że nie zgłosił tego natychmiast – jeszcze przed meczem - do swoich przełożonych. I miałby wtedy święty spokój.
Na dodatek przerzucając na owych przełożonych decyzję, czy w tych okolicznościach powinien poprowadzić spotkanie. A pan w takiej sytuacji zmieniłby obsadę?
- Nie, zostawiłbym go w obsadzie. Natomiast – wracając do generaliów – to kolejna sprawa, która mogła, a raczej powinna, być załatwiona szybko i z duchem sportu. W dzisiejszym świecie prędzej czy później wszyscy o wszystkim i tak się dowiedzą. Próba chowania czegoś pod dywan to absolutnie głupia polityka. Inna rzecz, że „rozstrzelenie” tej sprawy między Komisję Dyscypliny PZPN i Komisję Ligi w spółce Ekstraklasa to błąd. Wszystkie tematy ocierające się o szeroko rozumianą korupcję czy niewłaściwe zachowania na linii klub – sędzia powinny od razu trafiać na biurko Adama Gilarskiego.
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
