Nierozstawieni, ustawieni
WYMIANA KOSZULEK - cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
Czego to trenerzy nie wymyślą, żeby błysnąć na konferencji po meczu, w którym ich drużyna nie zabłysła. Marek Papszun co prawda zdołał zauważyć, że Legia przegrała z Motorem wysoko i zasłużenie, a nawet przyznał, że jego podopieczni nie ustrzegli się błędów, ale niestety chwilę później sam ustrzegł się rozumu i zwalił winę za porażkę na niesprawiedliwy regulamin losowań Pucharu Polski. Otóż, w przekonaniu Papszuna Legia powinna być rozstawiona. I przyjąłbym jako zabawny, choć bezczelny argument, gdyby chodziło o sam fakt bycia Legią, 21-krotną zdobywczynią PP – ale Papszun jął wywodzić, że to warszawski klub jest numerem jeden, skoro w zeszłym sezonie był numerem sześć.
Czyli pech albo spisek antywarszawski popsuł piękną serię meczów bez porażki, zanotowaną przez Legionistów na otwarcie sezonu – skądinąd właśnie dzięki łaskawemu terminarzowi. Strach pomyśleć, co by wygadywał Papszun, gdyby Legia w sierpniu musiała się zmierzyć choć raz z ekipą, która ubiegły sezon skończyła w górnej połówce tabeli. Legia lideruje nad stan, bo w przeciwieństwie do naszych ekip eksportowych rozegrała komplet meczów ze słabszymi rywalami – weryfikacja tak czy owak musiała nastąpić, a że stało się to na boisku słabującego ostatnio Motoru, zabolało szczególnie.
Papszun wie, że Legia zaraz zacznie zbierać baty na miarę swojej rzeczywistej wartości, a ta sytuuje stołeczny klub co najwyżej gdzieś w środku tabeli ekstraklasy. Rzadko chodzę na pomeczowe konferencje prasowe, bo większość trenerów to straszni nudziarze – w większości nie potrafią sklecić kilku inspirujących zdań, po przegranej przychodzą na konferencje z obrażoną miną, wypowiadają kilka wyuczonych sloganów, nawet nie podnosząc wzroku na gawiedź dziennikarską, z nadzieją, że nikt nie będzie drążył. A jeśli już wejdą w kontakt wzrokowy, to sprowokowani wściekle się bronią, kiedy tylko zadać im w najłagodniejszej choćby formie pytanie o kiepską grę.
Piłkarze nie są tu lepsi, znacznie częściej idą w ślady Michała „fatalny to ty jesteś” Kucharczyka, niż Grzegorz Tomasiewicza, który miał ostatnio odwagę przed kamerą przyznać, że chciał zrobić Barcelonę, ale „zajebał”. Trudno mi też znieść ten niewerbalnie okazywany kompleks wyższości - jakim prawem te pismaki-chudopachołki męczą mnie, dlaczego w ogóle muszę z nimi gadać, skoro w miesiąc zarabiam więcej, niż oni uciułają przez cały rok?
Trenerzy, o ile nie mają okazji zasugerować, że porażka wyniknęła z błędów sędziowskich, mamroczą najczęściej truizm, że jeden błąd i stracona bramka ustawiła mecz. Jakby nie zdawali sobie sprawy, że w ten sposób wystawiają sobie mierną cenzurkę - bo to raczej oznacza, że jesteś kiepskim trenerem, jeśli twoja ekipa się poddaje po stracie pierwszego gola. Nie nauczyłeś swojej ferajny, że mecze trwają 90 minut? Gierki treningowe też gracie do pierwszej straconej? A jakiś plan B czasem udaje się przygotować na wszelki wypadek?
Słynny anegdociarz Wojciech Łazarek przynajmniej potrafił rozładować atmosferę po porażkach i przyznać na przykład, że plan był „na udo. Albo się udo, albo nie udo”. Albo półserio zauważyć, że „Owszem, przegraliśmy cały mecz, ale wygraliśmy przecież drugą połowę” – po 1:3 z Irlandią, gdzie do przerwy było już pozamiatane. Miał też niezapomniane porównania zoologiczne - o niewdzięcznej pracy trenera mawiał, że „jest jak całowanie tygrysa w dupę – przyjemność żadna, a ryzyko duże”. Albo że wymaga cierpliwości bo „jest jak robienie słonia: dużo kurzu, szumu, a efekt za dwa lata”.
O cierpliwość potrafił też wnioskować Michał Probierz swoim słynnym performensem z doniczką, do której nalał wody i zademonstrował, że nic od razu nie rośnie. Gdyby drużyny Probierza wykazywały się na boiskach taką inwencją, jak on na konferencjach, dzisiaj niechybnie prowadziłby jakąś drużynę z europejskiego top 5. Najczęściej jednak trenerzy w salach konferencyjnych tonują emocje, a żeby poznać ich temperament, trzeba nieco szczęścia lub podstępu.
Po meczu Lechii Gdańsk z Ruchem w maju 2013 roku, kiedy Niebiescy w doliczonym czasie stracili dwie bramki i zwycięstwo, podejrzewałem, że to była ustawka, bo Lechia potrzebowała punktu do utrzymania. Zmieniłem zdanie w toalecie dla dziennikarzy, która znajdowała się dokładnie nad szatnią gości - ówczesny coach Ruchu, Jacek Zieliński, tak się darł na piłkarzy, że po rurach niosło piętro wyżej. Do dzisiaj pamiętam każde z wywrzaskiwanych przekleństw, o których znajomość użytkową pana Jacka bym nie podejrzewał.
Strach pomyśleć, co by wygadywał Papszun, gdyby Legia w sierpniu musiała się zmierzyć choć raz z ekipą, która ubiegły sezon skończyła w górnej połówce tabeli... Fot. Weronika Morciszek/PressFocus
