Niepoczytalność kontrolowana
WYMIANA KOSZULEK - cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
Trudno się z tobą gra – dlatego, że nie umiesz grać – mówiła mi pewna emerytowana tenisistka, kiedy wywalała piłkę w aut po moich nieintencjonalnych topspinach. Powziąłem bowiem niegdyś postanowienie, by swojej trzeciej żonie, swego czasu pierwszej juniorskiej rakiecie Mazowsza, urwać na korcie choć seta. Jak się za coś zabieram, to zajadle, więc i nauki tenisowe pobierałem zawzięcie i niecierpliwie, a jako odwieczny debeciak (to od debetu, nie mylić z debeściakiem) pobierałem je darmowo, młócąc rakietą o murek albo grając z kim popadnie i licząc na to, że sam się nauczę czegoś na własnych błędach. Efekt był pokraczny – zdarzało mi się wygrywać pojedyncze gemy z ogranymi amatorami lub dawnymi zawodowcami właśnie z powodu swojej nieumiejętności gry. Odbijałem bowiem bez planu, przypadkowo i źle technicznie, wskutek czego piłka czasem dostawała przedziwnej rotacji i zaskakiwała przeciwnika. Nie sposób było przeczytać moich zamiarów, bo ich nie miałem – nie sposób też było uderzyć returnu, pomnażając energię mojego uderzenia, bo przebijałem piłkę bez energii, często ładując irytujące świece na koniec kortu – większość lądowała na aucie, ale kiedy trafiały w linię, przeciwnik był w niekomfortowej sytuacji. – Tak się nie gra w tenisa – karcono mnie podówczas, prędko też chętni do zabawy mi się skończyli, bo zamiast długich rekreacyjnych wymian byli ze mną zmuszeni reagować na niepoczytalne kiksy. Żonę w końcu ograłem sposobem – w przeddzień podsunąłem jej bardzo treściwą whisky z Islay i nazajutrz w sparingu ze mną zaliczyła rekordową liczbę podwójnych błędów serwisowych. Co prawda bardziej ona przegrała z kacem, niż ja wygrałem z nią, ale com sobie postanowił, to się ziściło.
Tym cieplej mi się robi na duszy, gdy przyglądam się popisom genialnej Mai Chwalińskiej we French Open i słyszę od komentatorów – „rywalki nie wiedzą, co się, dzieje, bo tak się dzisiaj nie gra tenisa”. Topspiny, skróty, loby, slice’y, świece na koniec kortu, arytmia gry – to wszystko sprawia, że trudno przeczytać grę Polki, każdy jej kolejny ruch. Chwalińska podbija świat, grając tenis uwodzicielski, przeciwstawia subtelną technikę grze siłowej, coraz bardziej upodabniającej się do tego, co widzimy w zawodach panów. Paradoks jej wspaniałej gry określiłbym jako niepoczytalność kontrolowaną na podobieństwo metody kompozytorskiej Witolda Lutosławskiego, którą zwano kontrolowanym aleatoryzmem. Chodzi o wprowadzenie elementu swobody i przypadkowości (luz wykonawczy), zachowując jednocześnie ścisłą kontrolę nad przebiegiem i harmonią. Przy takiej postawie trudno się dziwić, że to do Polki częściej uśmiecha się szczęście, a po jej zagraniach piłka tańczy na siatce i spada na drugą stronę.
Chwalińska startowała od kwalifikacji, zatem wygrała znacznie więcej meczów od rywalek i, co najdziwniejsze, przez długi czas nie było widać po niej zmęczenia. To ona wygrywała najdłuższe wymiany, kiedy przeciwniczka już po prostu nie miała sił, żeby odpowiednio reagować na piłki zagrywane przez Polkę. Niesamowite zagrania prowokujące konkurentki do błędów, fantastyczna gibkość i szybkość poruszania się po korcie – z moją wyuczoną piłkarską terminologią pisałbym o „sztuczkach technicznych” albo o tenisowym dryblingu, kiedy Maja tak podkręca piłki, że rywalki nie są w stanie ich odbić lub czynią to nieskutecznie. Wszystkie niby już wiedzą, na co się mają przygotować, ale przy Mai tracą rezon, rozum i moc, ona je przegania po korcie i obezwładnia.
Jestem zachwycony tą dziewczyną, a jednocześnie przypominam sobie, że w Australian Open 2023 przeżywaliśmy bardzo podobną historię – Iga Świątek odpadła w czwartej rundzie, za to do półfinału sensacyjnie dotarła Magda Linette, gdzie nie dała już rady Sabalence. Wczoraj Maja pokonała Sznajder, która Sabalenkę rozbiła! Skądinąd dla mnie Chwalińska nie tyle jest już w finale, co go wygrała, bo Rosjanek i Białorusinek nie powinno być w turnieju, podobnie jak wszystkich innych zawodników pochodzących z krajów koalicji Putler-Łukaszenko. Chwalińska powinna grać finał z Kostjuk, a nie z Andriejewą. Pani Maju, ja nie panimaju, paciemu was zastawliajut igrać z ruskimi. Tym bardziej trzymajmy kciuki, żeby się rywalka w finale przytkała.
