Niedługo przyjdą wyniki
Rozmowa z Jarosławem Brysiem, przewodniczącym Komisji Rewizyjnej PZPN
RATUJMY POLSKĄ PIŁKĘ
Poza tym, że jest pan działaczem w Polskim Związki Piłki Nożnej, przez lata był pan trenerem, a jeszcze wcześniej piłkarzem…
– Miałem to szczęście, że jako dziecko mogłem przeżywać niezapomniane emocje i wielką radość ze zdobycia przez reprezentację Polski trenera Antoniego Piechniczka trzeciego miejsca na świecie. W 1982 roku miałem 13 lat i tak jak większość moich rówieśników czy to w mieście, czy na wsi biegałem za piłką gdzie i kiedy tylko się dało. Pochodzę z małej miejscowości, bo wychowałem się w podczęstochowskiej wiosce Zbrojewsko, w gminie Lipie, gdzie chodziłem do szkoły. Tam swoją pasją do sportu zaraził mnie i moich kolegów nauczyciel Stanisław Jędrek. Startowaliśmy w czwórbojach lekkoatletycznych, graliśmy w tenisa stołowego, siatkówkę, a szczególnie w piłkę nożną, która dla mnie była najciekawsza. Dlatego po ukończeniu podstawówki postanowiłem iść do technikum górniczego w Zabrzu, gdzie naukę mogłem łączyć z piłkarskimi treningami prowadzonymi przez Jana Żurka i Jana Kowalskiego. Dopiero w Gwarku, mając 15 lat, zacząłem więc treningi typowo piłkarskie, a ponieważ w mojej klasie byli także m.in. Krzysiek Sadzawicki, Tomek Jaworek, Tomek Nowok, Grzesiek Bartoń, Mariusz Wójcik i Remik Golda to stworzyliśmy dobry zespół. Jako pierwsza drużyna w historii szkoły wywalczyliśmy dla Gwarka mistrzostwo Międzywojewódzkiej Ligi Juniorów – tak się wtedy nazywała liga dla drużyn z województw bielskiego, częstochowskiego, katowickiego i opolskiego. W pobitym polu zostawiliśmy między innymi Ruch Chorzów. Zdobyliśmy w ten sposób prawo gry o mistrzostwo Polski. Ostatecznie – delikatnie mówiąc – nie mając szczęścia do sędziów, zajęliśmy czwarte miejsce. Przegraliśmy walkę o brąz z Wisłą Kraków. Na wyjeździe spisałem się dobrze, ale po rewanżu byłem podwójnie niezadowolony, bo nie dość, że medal uciekł nam sprzed nosa, to jeszcze zagrałem słabo i działacze Piasta Gliwice, którzy mnie obserwowali, nie zdecydowali się na transfer. Zostały mi wtedy do wyboru trzecioligowe propozycje – jedna z Górnika Czerwionka z trenerem Marianem Wasilewskim i druga ze Sparty Zabrze, gdzie trenerem był Andrzej Płatek. Wybrałem drugą opcję, żeby spokojnie dokończyć szkołę, a po dwóch latach gry w Mikulczycach, nastąpił transfer do Szombierek. Byłem w nich sześć lat, z półroczną przerwą na występy w Concordii Knurów, gdzie grałem z Jurkiem Dudkiem, Marcinem Broszem i Darkiem Dudkiem. W Szombierkach praktycznie zakończyłem swoją piłkarską przygodę, którą – gdy miałem 28 lat – przerwała kontuzja ścięgna Achillesa.
Czym młodzież z lat 80. i 90. XX wieku różniła się od dzisiejszej?
– Dużą aktywnością na świeżym powietrzu. Zwinność i sprawność kształtowało się przez różnego rodzaju zabawy ruchowe. Chodziło się po drzewach, trzepakach, dachach, a oprócz tego w piłkę grało się na okrągło. Gdy była przerwa na lekcji, kopało się piłkę. Gdy kończyło się zajęcia szkolne, zostawało się na szkolnym boisku, żeby rozgrywać mecze klasa na klasę. A trzeba też dodać, że nie mieliśmy takich piłek, jakie są teraz do dyspozycji każdego dziecka, bo nie mieliśmy pieniędzy na zakup prawdziwej futbolówki. Graliśmy więc palantówką, gumową piłką albo po prostu czymś, co dało się kopać. To była nasza codzienność. Każdy doskonalił w ten sposób swoje umiejętności i nie było mowy o jakiejś taktyce. Kto umiał, ten kiwnął, podał, strzelił i się cieszył. Nikt nie patrzył też na różnice wzrostu czy wagi, bo grał każdy i trzeba się było wykazać sprytem, gdy się było dwie głowy niższym albo kilkanaście kilogramów lżejszym od rywala. Tak wyglądało wtedy „szkolenie”. Najbardziej wytrwali przebijali się do ligowych drużyn i polska piłka miała się całkiem dobrze. Miałem też to szczęście, że w szkole podstawowej trafiłem na pasjonata sportu. Rola nauczyciela była wtedy strategiczna, bo dzięki temu poszedłem do Gwarka, gdzie – jak na tamte czasy – szkolenie było wszechstronne i słynne na całą Polskę. Były treningi motoryczne, były testy, które pozwalały kształtować wytrzymałość i szybkość. Tam też pojawiła się taktyka i ta piłka nożna, która przyciąga widzów na trybuny.
Co było najważniejsze na początku pana piłkarskiej drogi?
– Nauczyciel wychowania fizycznego. Rola pedagoga i wtedy, i teraz jest kluczowa. Jeżeli on jest w stanie – kolokwialnie mówiąc – pociągnąć dzieci do sportu, to bez względu na wielkość miejscowości, w której dziecko się wychowuje, może coś osiągnąć. Trzeba tylko, gdy widzi się talent, odpowiednio pokierować dzieckiem, wskazując klub, a później już wszystko zależy od jego wytrwałości. W Gwarku trenowaliśmy i graliśmy na jednym boisku, na którym pomieszana trawa z ziemią była naszą „murawą”. Trenowaliśmy praktycznie dwa razy dziennie, a i tak jeszcze w wolnych chwilach szliśmy pograć na boisku asfaltowym. Gra non stop i rywalizacja kształtowała charaktery. Technika i taktyka są ważne, ale nic się nie osiągnie, jeżeli zabraknie wytrwałości. Ona jest niezbędna, żeby przejść w reżimie treningowym pięć dni z podwójnymi treningami i na koniec zagrać mecz w weekend. Dla nas to było podjęcie wyzwania, które najlepszym dawało przepustkę do grania w lidze, a z niej piłkarze trafiali do reprezentacji.
Czego więc teraz brakuje polskiej młodzieży, żebyśmy mogli cieszyć się z medali mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich, jak przed laty?
– W badaniach przeprowadzonych przez Szwajcarów okazało się, że w ich reprezentacji gra najwięcej tzw. piłkarzy późno dojrzewających. Wniosek jest taki – oni muszą pokonać więcej przeszkód niż ci, których oni muszą „gonić”. Są młodsi, mniejsi, mają mniejszą wagę i muszą to nadrobić właśnie wytrwałością i sprytem, a więc to jest naturalny czynnik dochodzenia do sukcesu. My, jako dzieci, oczywiście tego nie wiedzieliśmy, ale to było naturalne i musieliśmy pokonywać mnóstwo problemów, które nas kształtowały – od życiowych, infrastrukturalnych po sportowe. Dziś są sztuczne murawy, orliki, boiska z wypielęgnowanymi nawierzchniami trawiastymi, ciepłe szatnie z prysznicami, więc warunki są zupełnie inne. Nie znaczy to jednak, że mamy się cofnąć w rozwoju. Wręcz przeciwnie. Musimy się dostosować i to jest nasz kierunek. Uważam, że zrobiliśmy bardzo dużo w edukacji trenerów, którzy są szkoleni na bardzo wysokim, europejskim poziomie i teraz musimy poczekać dwa-cztery lata na tych piłkarzy, którzy wyszli z tego nowego systemu pracy. To się zaczęło w PZPN-ie w pierwszej kadencji prezesowskiej Zbigniewa Bońka i jest kontynuowane za czasów prezesa Cezarego Kuleszy. Praca trenerów szkolących dzieci i młodzież uległa bowiem bardzo dużej poprawie, co widać w wynikach reprezentacji młodzieżowych i chłopców i dziewcząt. Brakuje jednak tego fundamentu, jakim był ruch na świeżym powietrzu, więc na tym – nie tylko dla polskiej piłki, ale także dla różnego rodzaju dyscyplin sportowych oraz dla zdrowia społeczeństwa – trzeba się skupić. Musimy poprawić jakość wychowania fizycznego. Bazowanie na zwolnieniach lekarskich do niczego dobrego nie prowadzi. Ogólnopolska systematyczność zajęć ruchowych musi być podstawą piramidy, na której czubku będą sukcesy polskiego sportu.
Czego brakuje w polskich klubach, żeby nasza rozwijająca się młodzież szeroką ławą wchodziła do rozgrywek ligowych? Niestety, w ekstraklasie nie ma zbyt wielu naszych młodych piłkarzy.
– W klubach brakuje takiej osoby, która – bez względu na nazwę jej funkcji – będzie nad trenerami. Takiej, która pójdzie na trening, żeby zobaczyć zajęcia, porozmawia o nich ze szkoleniowcem, dla którego będzie mentorem. Podzieli się swoją wiedzą, doświadczeniem i podpowie, co poprawić, a co jest dobre. Musi więc być jeszcze lepiej wyszkolonym od trenera, który pracuje bezpośrednio z zawodnikami oraz być na czasie, czyli znać najnowsze trendy. Trener, który ma za sobą kursy w Polskim Związku Piłki Nożnej i wymaganą licencję, powinien jeszcze mieć dodatkowy impuls do mobilizacji w codziennej pracy. Jeżeli dobrze wykonuje swoją pracę, to można go wspierać, ale jeżeli nie potrafi swojej wiedzy przekuć na efekty szkoleniowe, to trzeba szukać kogoś, kto potrafi. Uważam, że tu są rezerwy i mamy spory deficyt. Tym bardziej że konkurencja na trenerskim rynku jest spora i wybór dla dziecka oraz rodziców, decydujących o rozwoju swojej pociechy, jest bardzo duży. Duża rola klubów i wojewódzkich związków, w których 12-latkowie wchodzą na reprezentacyjną ścieżkę, jest też w tym, żeby edukować rodziców, którzy czasem wywierają zbyt dużą presję. Byłem nawet niedawno świadkiem turnieju 11-latków, w którym rodzice zaczęli ubliżać trenerowi swojej drużyny w pogoni za wynikiem. Fajna rywalizacja, świetna impreza, sportowy doping dzieci uczestniczących w zawodach, emocje i nagle taki zgrzyt… Jako PZPN nauczyliśmy trenerów, teraz niech oni szkolą piłkarzy, a rodzice niech wspierają swoje pociechy. Z takiej drabinki niedługo „zejdą” wyniki, z których będziemy mogli być dumni, pod warunkiem, że poprawimy intensywność zajęć. Kluczem do sukcesu jest bowiem większa intensywność treningów i tego wymagajmy na co dzień.
Co ma pan na myśli, mówiąc intensywność?
– Posłużę się wnioskami Marcina Brosza, który był na stażu u Petera Bosza, kiedy holenderski trener pracował w Borussii Dortmund. Marcin powiedział mi, że oni praktycznie pracują tak samo jak my, jeżeli chodzi o treści treningowe. Nawet mają takie same wyniki w liczbie przebiegniętych kilometrów, ale gdy popatrzył na ilość sprintów i intensywność, to pojawiła się bardzo duża różnica, żeby nie powiedzieć przepaść. Wniosek jest więc prosty – tu są więc największe mankamenty i one powodują tak trudne przejście w wieku juniora do gry w seniorach. Gdy w najmłodszym wieku zapomina się o pracy motorycznej, oczywiście dostosowanej do każdej kategorii wiekowej, to można przegapić ten najważniejszy moment rozwoju. Gdy się o tym zapomni, to same umiejętności piłkarskie, techniczne czy taktyczne już nie wystarczą do osiągnięcia sukcesu w seniorach.
A jak wyłowić perełkę, która swoją szczególną cechą i indywidualnością może poprowadzić zespół do sukcesu?
– Podejmujemy próby turniejów jeden na jeden, czy dwa na dwa, ale widzimy też, jak zmieniają piłkę młodzieżową Niemcy czy Anglicy. Oni przechodzą na grę pięciu na pięciu, żeby w takim systemie właśnie rozwijać te wybitne indywidualności. Bo gdy gra się w takiej „małej grze”, to w tych kilkuosobowych zespołach zwykle znajduje się dwóch z jednej i dwóch z drugiej strony chłopców, którzy się wyróżniają. To oni w codziennej rywalizacji musieli więc brać odpowiedzialność za wynik. To oni musieli kiwać, wypracowywać sytuacje bramkowe i strzelać gole, żeby zostać na boisku i cieszyć się z wygranej. Nikt nie grał przecież o punkty, o miejsce w tabeli, ani o zadowolenie rodziców, ale każdy po prostu chciał wygrać. Nikt też nie dostawał za to medali. A my teraz na każdym turnieju, nawet dla najmłodszych, rozdajemy medale, wieszamy je na szyjach dzieci za cokolwiek. Ba, półmetrowe puchary dajemy dziecięcej drużynie, która została mistrzem miasta czy podokręgu. Wrócę więc do motywacji. Jako dziecko chciałem wygrać dla samego smaku zwycięstwa, pozostania na boisku, bo przegrywający schodził z placu gry, a zwycięzca grał z następnym przeciwnikiem. Wygrywanie było najważniejsze i to dawało radość, więc żeby się cieszyć, musiałem podejmować grę jeden na jeden, ale nie dla siebie tylko dla drużyny i tak się kształtowały indywidualności. A teraz trzeba szukać takich perełek, zmniejszając liczbę zawodników w rywalizujących drużynach i ograniczając teren, na którym grają oni swoje mecze. Dzięki temu ilość tych pojedynków jeden na jeden będzie większa i ci, którzy potrafią je wygrywać, będą z jednej strony doskonalić swoje indywidualne umiejętności, a z drugiej prowadzić swoje zespoły do sukcesów najpierw na podwórku, a później coraz wyżej, aż do szczebla międzynarodowego. Wierzę, że doczekamy się medalu na wielkiej imprezie. Skoro Chorwacja mogła być wicemistrzem świata, to myślę, że Polska też może wrócić na piłkarskie szczyty.
Rozmawiał Jerzy Dusik
Jarosław Bryś wierzy, że doczekamy się piłkarskiego medalu na wielkim turnieju. Fot. Dorota Dusik
