Niech żyje bal!

W minionych latach Wisła potrafiła bardzo zepsuć weekend jej sympatykom. Zapewniając sobie awans, odkupiła te winy.

Prezes Jarosław Królewski ze złożonymi rękami czekał na ostatni gwizdek sędziego. Fot. Krzysztof Porębski/PressFocus

WISŁA KRAKÓW

Kibice Białej Gwiazdy jeszcze przez kilka dni mogą chodzić cali w skowronkach, ale piłkarze dziś rozpoczynają przygotowania do meczu z Polonią Warszawa.

Zerwany szalik

Kiedy za kilka (-naście, -dziesiąt) lat będę wspominał ten powrót do ekstraklasy - czwarty w historii, drugi za mojego życia i pierwszy, który mogę pamiętać - będzie w mojej głowie wiele pozytywnych obrazków. Trudno będzie zapomnieć ten niesamowity, trwający ponad 90 minut doping 33 tysięcy kibiców. Radość mieszającą się z uczuciem ulgi, wzruszenie Jarosława Królewskiego i Mariusza Jopa. Taniec Frederica Duarte na stole w sali konferencyjnej, uśmiech Kacpra Dudy, który na co dzień wygląda na największego smutasa (jak mi kiedyś powiedział: uśmiecha się wewnętrznie). Nie zapomnę też jednak sceny, która po 1.00 w nocy rozegrała się na krakowskim Kazimierzu. Po kilku godzinach intensywnej pracy razem z dwójką kolegów postanowiliśmy zjeść kultowe zapiekanki na Placu Nowym. Kiedy wybieraliśmy między kurczakiem a szynką, nasz wzrok od menu oderwał energiczny marsz kilku mężczyzn. - Tu jest Kraków, tu tak nie wolno - usłyszeliśmy. Podeszli do kibica oczekującego na swoje zamówienie, zerwali z jego szyi szalik Wisły i za chwilę zniknęli z nim w ciemnej uliczce.

Daleko do normalności

Żyję w tym mieście prawie 18 lat. Wiele widziałem, jeszcze więcej słyszałem. Dalsza znajoma opowiadała mi, jak jej syn stracił szalik, wracając tramwajem z meczu. Ktoś przeszedł, zabrał i wysiadł na kolejnym przystanku. Młody zdębiał, tak jak my i właściciel szalika w nocy z piątku na sobotę. Kiedy napisałem o tej sytuacji na platformie X, pojawiły się odpowiedzi, że ryzykował, że trzeba myśleć, co się robi. Kazimierz to teren kibiców Cracovii, ale lepiej uważać w całym mieście, bo barwy - najczęściej od dzieci, rodzin - kradną także kibole Wisły. A potem palą, np. w czasie derbów. Takie sceny rozgrywają się nie tylko w Krakowie i pokazują, że jeszcze wciąż daleko nam do normalności. Noszenie barw ulubionego klubu w najlepszym wypadku kończy się ich kradzieżą. 

Stempel jakości

Piątkowy wieczór przejdzie do historii nie tylko Wisły, ale i całej polskiej piłki. Bo Wisła jest historią polskiej piłki. Upadek Białej Gwiazdy był wielki i wcale nie zaczął się 15 maja 2022 roku, kiedy Radomiak wepchnął ją w pierwszoligową przepaść. Wszystko zaczęło się dużo wcześniej: przekazaniem klubu oszustowi, faktycznym rządom gangsterów, wyprowadzaniu pieniędzy z klubu. Akcja ratunkowa z 2019 roku się powiodła, ale brakowało pokory, mądrych decyzji. Po relegacji Wisła nie zdominowała ligi, przez trzy sezony toczyła ciężki kamień jak Syzyf, choć nie skończyła jak postać z mitologii. Wróciła dopiero po czterech latach, boleśnie ucząc się na własnych błędach. 

- Nikt nam nie dał tego za darmo, wszystko co osiągnęliśmy jest wynikiem poświęceń i pracy w fantastycznej atmosferze. Ogromna liczba wyrzeczeń ludzi, którzy pracują w biurach, ogromna liczba wyrzeczeń piłkarzy, trenerów, sztabu - mówił przemoczony trener Mariusz Jop, na którego konferencję z wyskokowymi trunkami wpadli piłkarze. Trwał tam bal, który przeniósł się ze stadionu, szatni, lóż. Jop podkreślił, że poziomem nawiązywało do efektownych gier z początku sezonu. - Widzieliśmy mocny stempel jakości Wisły Kraków. Przyjechał nieprzypadkowy zespół, dobrze zorganizowany, ale tylko jeden zespół mógł to wygrać - nie miał wątpliwości.

Wszyscy silniejsi

Decydujące spotkanie bardzo przeżywał większościowy właściciel i prezes Jarosław Królewski. Człowiek specyficzny, często kontrowersyjny. Na pewno uparty, realizujący swoją wizję. Wziął na siebie odpowiedzialność za klub, gdy kilka miesięcy po awansie wszyscy umyli ręce (początkowo też chciał się wycofać). Końcówkę spotkania oglądał nie z loży prezydenckiej, a na kanapie jednego ze sponsorów, blisko najzagorzalszych kibiców. Po ostatnim gwizdku wzruszył się, na chwilę uklęknął. - Na pewno jest wzruszenie, bo tyle razy trzeba było wstawać po przegranych barażach, czy sezonie i mieć siłę zmotywować siebie, a co dopiero zespół, partnerów, sponsorów, całą drużynę. Cieszę się z tego, w którym miejscu dzisiaj jesteśmy. Myślę, że jesteśmy silniejszym zespołem, zarówno w biurach, jak i na boisku. Ja również jestem silniejszy - podkreślał. - Chcielibyśmy być pełnoprawnym członkiem ekstraklasy. Poczuć się w niej pewnie, grać nie o utrzymanie, tylko na początek być w środkowej strefie tabeli.

Coś pięknego

Obrońca Mariusz Kutwa w ostatnich tygodniach wrócił do wyjściowego składu. Otworzyła się przed nim furtka, bo kontuzje mają inni zawodnicy. Trzeba jednak pamiętać, że latem wygrał walkę o wyjściową jedenastkę. Stracił miejsce po porażce w Legnicy, a zimą go nie odzyskał. Trener Jop mówił, że miały też na to wpływ sprawy osobiste. - Awans i cała otoczka to coś pięknego. Nie wiadomo, czy będzie mi dane przeżyć to kolejny raz. Cel na ekstraklasę? Z taką pracą i podejściem możemy zaskoczyć.

Michał Knura

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się