Niech będą dumni z orła na piersi
Rozmowa z Janem de Zeeuwem, byłym dyrektorem reprezentacji Polski za kadencji Leo Beenhakkera, do dziś kibicem Biało-czerwonych mieszkającym w naszym kraju
Robert Lewandowski ocierający łzy - ten czwartkowy obrazek wielu polskim kibicom umknął. A poza Polską o jego znaczeniu dyskutowano długo i gorąco... Fot. Paweł Andrachiewicz/ Press Focus
Wiem, że w czwartkowy wieczór z napięciem oglądał pan nasze orły w boju z Albanią. Jest krztyna optymizmu przed wtorkowym meczem ze Szwecją?
- Gdybym miał ten optymizm oprzeć na meczu czwartkowym, to... trudno byłoby go znaleźć. Zwłaszcza pierwsza połowa była bardzo słaba, by nie powiedzieć – fatalna. Spodziewałem się – ba; liczyłem na to – że będziemy dyktować warunki gry. A tu klops... W pewnym momencie kamera pokazała Jana (Urbana – dop. aut.), a ja – znając go dobrze - widziałem, że był bardzo zdenerwowany. Nie rozumiał – jak ja przed ekranem – co właściwie grali nasi pomocnicy. Powiem więcej: oni nie grali wcale! Ja sobie wyobrażałem, że jak na stadion przyjdzie 55 tysięcy ludzi, gdy gramy o mundial, to będziemy mieć w składzie ludzi, którzy tą naszą grą będą dyrygować, którzy będą wyprowadzać piłkę od tyłu. A dobrze robili to Albańczycy. Polacy wyglądali jak... jakaś republika bananowa, co się w jedenastu zebrała sześć dni wcześniej!
Rany boskie, ależ się pan mocno przejechał po kadrowiczach! Przecież wygrali!?
- A jakie bramki strzelili? No przecież nie w wyniku pięknego grania. Pierwsza – wiadomo; Lewandowski dobrze się znalazł tam, gdzie być powinien. Ale przecież to dośrodkowanie z rzutu rożnego, które bramkarz albański przepuścił do „Lewego”, jeszcze dziś nawet Jan Tomaszewski by wybił! Gol Zielińskiego? Nie wynik jakiejś składnej akcji, tylko strzału z dystansu. Polska miała zagrać systemem 1-3-4-3, ale to nie funkcjonowało! A pan mnie teraz pyta, czy ja mam optymizm przed wtorkowym wieczorem?
No pytam, bo kibice – a pan przecież jest kibicem Biało-czerwonych – zawsze są pełni nadziei, nawet irracjonalnych...
- Za selekcjonerskiego czasu Jona Dahla Tomassona – który nie jest łatwym człowiekiem, trochę sztywnym – reprezentacja Szwecji miała trudny czas. Teraz, w meczu z Ukrainą, widziałem inną drużynę szwedzką. Coś się w niej zdarzyło, coś się odmieniło. Zaprezentowała nowe ustawienie: 1-4-4-2, ale ważniejsze jest to, że miała wielką frajdę z gry. Więc powiem wprost: ja się boję tego meczu. Tak jak boją się go... kibice holenderscy, ale z innego powodu. Oni by woleli w mundialowej grupie mieć Polaków, a nie Szwedów. Bo Szwedzi są mocniejsi i mają – zdaniem holenderskich komentatorów – większy potencjał.
Przykro to słyszeć... Zapytam więc – wiedząc, że jest pan wielkim entuzjastą trenerskich umiejętności Jana Urbana – czy to selekcjoner popełnił błąd w wyborze taktyki albo zawodników, czy może to ci ostatni „nie dojechali” mentalnie?
- Odpowiem przykładami: gdyby Matty Cash w Aston Villi zagrał tak, jak mu się to trzy razy zdarzyło w Warszawie, pewnie by na długo siadł na ławie... A gdy widziałem, w jakim tempie Kuba Kiwior biegł za kontrą Albańczyków, która mogła im przynieść gola na 2:0, to się wściekłem: „Czy to sobie, chłopie, nie zdajesz sprawy, o co ty grasz?”. I tak mógłbym prawie o każdym powiedzieć jakieś słowo.
Słucham, słucham...
- Mnie piłki – i spojrzenia na nią – uczył świętej pamięci Johann Cruyff, zmarły 10 lat temu. On mówił: „Gramy jedenastu na jedenastu, każdy rywal ma mieć w każdym momencie kogoś, kto przy nim jest”. Czyli nawet jeśli masz jakąś konkretną pozycję, nie możesz odpuścić przeciwnika, bo akurat jesteś w innej strefie boiska. Chwalony był w czwartek Sebastian Szymański. A ja widziałem, że biegał gdzie chciał. Piotrek Zieliński... Tak, strzelił piękną bramkę. Ale też był nieobecny; bo to jest chłopak, któremu najlepiej wychodzi mecz towarzyski w piękny letni wieczór... Nie było bocznych pomocników... Przytoczę panu opinię z holenderskiej telewizji, gdzie – widząc po meczu „Lewego”, który ocierał łzy – zastanawiano się, czy... to nie był ostatni mecz Roberta Lewandowskiego w kadrze na polskiej ziemi. I żałowano, że facet z takim potencjałem piłkarskim nie może go pokazywać w reprezentacji, bo nie ma takich partnerów, jak w Bayernie czy Barcelonie. Ktoś zaprotestował: „A Zieliński?”. „To nie ta jakość” - padła natychmiast odpowiedź.
Chce pan powiedzieć, że Jan Urban nie ma łatwego życia w roli selekcjonera?
- Nie tylko piłkarsko. Ja się nie tak dawno – przy okazji jego wizyty w Rotterdamie na meczu Feyenoord – Ajax – spotkałem z Jankiem. I ja widziałem w jego twarzy jakieś dziwne uczucie. Nie potrafię go określić. Niepokój? Smutek?
Niby dlaczego? Że nie damy rady?
- Ja myślę, że tu chodzi o co innego. Po pierwsze – przecież kadra za czasów Janka rozegrała siedem meczów i żadnego z nich nie przegrała. Dlaczego w zimie, w tych trzech miesiącach przerwy, prezes PZPN nie siadł z nim i nie podpisał z nim nowej umowy, na kolejne dwa lata? Dałby mu w ten sposób trochę spokoju, trochę pewności – również w oczach zawodników. A po drugie – Jan ma pewne standardy pracy. A ja słyszę – mniejsza o to, od kogo, w każdym razie ze środka kadry, „staffu” - że wciąż można spotkać działaczy, którzy chcieliby – jak to bywało wcześniej - wsiadać do autobusu reprezentacji. Mówię symbolicznie, ale rozumie pan, o co chodzi? A piłkarz czuje momentalnie, że nie wszystko jest tak, jak należy. Przykład z czwartku: jak to jest, że orkiestra grająca hymn stoi na murawie, a widownia tego nie słyszy? Za naszych czasów w reprezentacji ja nawet ustalałem muzykę, jaka ma towarzyszyć chłopakom przy wyjściu na rozgrzewkę: „Simply the best” itd. Żeby była atmosfera – od pierwszej sekundy do ostatniej. I żeby drużyna miała poczucie, że wszystko i wszyscy wokół niej są profi. Ja się w tym kontekście boję, że jeżeli we wtorek Polska nie wygra, nasza piłka na wiele, wiele, naprawdę wiele lat wpadnie w czarny dół.
Brzmi to wręcz strasznie...
- Dlatego muszą sobie to piłkarze poukładać w głowie, że nie mogą popełnić takiego „drewnianego” błędu, jaki przydarzył się Bednarkowi. I że nie mogą pozwolić rywalom znaleźć się w takich sytuacjach, na jakie pozwolili Albańczykom. Bo ten Szwed z Arsenalu o pięknym nazwisku (Viktor Gyokeres – dop. aut.) zapewne je wykorzysta.
A myśli pan, że rzeczywiście będą w stanie to sobie poukładać w głowach? Uświadomić, że to może być jedyna dla nich – na długie lata – szansa zagrania w mundialu?
- Jak się reprezentuje kraj: własnych rodziców, dziadków, prezydenta – nawet jeśli niekoniecznie jest „twój” - to grasz na maksa. Jesteś dumny z orła na piersi. Niech piłkarze będą dumni!
Ale tego w czwartek nie było widać!
- Nie było, to prawda! Niesamowicie mnie to irytowało. I ja nie wiem, o co chodziło! Wiem natomiast, że jeżeli zawodnicy mentalnie „nie dojadą”, to nie ma czego szukać w Szwecji. My dziś nie mamy Szczęsnego w bramce, bo Grabara to jednak parę klas niżej; nie mamy Glika na środku obrony ani Piszczka na jej boku. Nie mamy Krychowiaka w środku pola ani Błaszczykowskiego na skrzydle. Jedynym, który z tej ekipy wojowników został, jest Lewandowski. I on zrobił swoje: obudził resztę. Miałem jednak wrażenie, że na boisku był wręcz izolowany.
Włączy się pan w ogólnonarodową dyskusję 36 mln kibiców-trenerów w Polsce, dotyczącą Oskara Pietuszewskiego?
- Kiedy blisko 20 lat temu Leo Beenhakker prowadził reprezentację, w pewnym momencie mieliśmy kłopot z napastnikami: ten nie grał w klubie, tamten był kontuzjowany. No i padła kandydatura Lewandowskiego. A Leo powiedział ważną rzecz: „Wszystko fajnie; ale to są mecze o wszystko. Jeżeli temu chłopakowi coś nie wyjdzie, to on się może spalić na całe piłkarskie życie”. Rozumiem więc, dlaczego trener Urban nie puścił Pietuszewskiego od pierwszej minuty. To nie chodziło o ryzyko boiskowe; chodziło o odpowiedzialność za przyszłość Oskara. Ja nie wiem, czy on teraz zagra w jedenastce. Nie wiem, czy powinien zagrać, skoro wraca do składu Nicola Zalewski, który też w zasadzie biega, gdzie chce – bo to jest jego atut, i miewa kłopoty z dyscypliną w grze defensywnej. Zobaczymy...
Odrobinka nadziei na koniec tej mocno smutnej rozmowy?
- Szwecja ma jeszcze rachunek z nami do rozliczenia za baraż o mundial sprzed czterech lat, gdzie parę razy wynik ratował nam Wojtek Szczęsny, którego teraz nie będzie. Ale może jeszcze Szwedzi poczekają z rozliczeniem tego rachunku?
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
Jan de Zeeuw. Fot. Piotr Matusewicz / Press Focus
