Niebieski sztorm, siedlecki falochron
WYMIANA KOSZULEK - cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
Cóż za miły poranek, człowiek się budzi dzień po meczu Ruchu i czyta nagłówki o „niebieskim tsunami”, i choć po chwili uświadamia sobie, że tym razem nie chodzi o piłkarzy Niebieskich, a o bezprzykładne zwycięstwo demokratów w amerykańskich midterms, radości wcale to nie umniejsza. Jest szansa na impeachment Trumpa, a to ważne, bo demencja pomarańczowego błazna postępuje szybciej niż upływa jego kadencja.
Skądinąd na boisku w Siedlcach też hulał niebieski sztorm, tyle że falochron gospodarzy okazał się nader solidny. Ruch naciskał, prowadził grę, rozwijał kombinacyjne, wielopodaniowe akcje, miał miażdżącą przewagę w posiadaniu piłki i liczbie strzałów, a mimo to udało się trafić tyko raz, w dodatku w samej końcówce i to na wyrównanie. Drużyna zagrała na Maksa (Pawłowskiego), a ten młody chłopak okazał się specjalistą od ratowania wyników – to jego drugi gol w niebiesko-białych barwach i znowu zmieniający wynik na korzyść w ostatniej chwili. Co prawda podopieczni Fornalika nie skorzystali z uprzejmości reszty ligowej stawki i nie zasiedli w fotelu lidera, ale co się odwlecze, to nie uciecze – z taką grą i taką postawą zmienników droga do awansu wydaje się otwarta.
Wychładzać emocje może nieco rzut oka na tabelę, która jest płaska jak dowcipasy Trumpa i dziewiątą w tabeli drużynę dzielą od lidera ledwie trzy punkty. Z drugiej strony Ruch ma najkorzystniejszy bilans bezpośrednich gier ze ścisłą czołówką, co może mieć fundamentalne znaczenie na finiszu rozgrywek. Z chorzowskiej perspektywy ten remis należy cenić na równi z ostatnimi zwycięstwami – drużyna wciąż gra swoje, dominuje przeciwników i potrafi cierpliwie walczyć o punkty, nawet na wybitnie niegościnnym terenie. Powiedzieć, że siedlecka Pogoń Ruchowi nie leży, to nic nie powiedzieć – nie dość, że Chorzowianie wygrali z nią tylko raz w całej historii jedenastu rozegranych meczów, to jeszcze najbardziej haniebna i kompromitująca domowa porażka w dziejach klubu przytrafiła się przy Cichej właśnie z ekipą Siedlczan (0:6 przed ośmiu laty).
Kibice gospodarzy żałują, że grają z Ruchem tylko dwa razy do roku, bo ich pozycja w tabeli oczekiwań nie spełnia, na piłkę przychodzi mało ludzi, kibice sukcesu wybierają rugby, zwłaszcza że Pogoń w tej dyscyplinie przed rokiem wywalczyła historyczne mistrzostwo Polski. Jest coś irracjonalnego w takiej blokadzie na konkretnego przeciwnika, tu i ówdzie określanej mianem klątwy - w ciągu ośmiu lat mierzyły się przecież z Siedlcami w różnych ligach zupełnie inne drużyny prowadzone przez różnych trenerów w meczach o zupełnie inną stawkę: świątek, piątek, jesień to czy zima, a z Pogonią zwycięstw ni ma.
Rozumiem takie serie niemocy w przypadku sportowej różnicy klas, jaka odwiecznie dzieli na przykład naszą reprezentację od kadry Anglii – Brytole mszczą się na nas za Wembley już ponad pół wieku, łoją nas ile wlezie i gdzie popadnie, kolejne pokolenia polskich piłkarzy miały prawo odziedziczyć po poprzednikach angielski kompleks, ale Ruch z Pogonią co najmniej połowę spotkań grał w roli faworyta, a mimo tego nawet w największym gazie był w stanie w ciągu ośmiu lat urwać co najwyżej punkcik. Nie wierzę, że piłkarze mają z tyłu głowy jakiś lęk, nie sądzę, by się lubowali w analizowaniu statystyk, być może to po prostu zbieg okoliczności i karta kiedyś się odwróci. Rachunek prawdopodobieństwa się zgadza, bo choć dwie serie zostały przerwane (cztery wygrane z rzędu i pięć meczów z rzędu na zero z tyłu), dwie zostały podtrzymane (wspomniana niemoc z starciach z Pogonią i seria gier bez porażki Ruchu, która wzrosła do dziewięciu).
Co ciekawe, byłem na meczu z Pawłem Czado, który w wydanej przed rokiem antologii opowiadań futbolowych „Kafka na Maracanie” opisał moją wizytę na meczu Pogoni z Ruchem w grudniu 2021, kiedy byłem bodaj jedynym fanem Niebieskich marznącym na trybunie gości. Tamten mecz drużyny Jarosława Skrobacza miał bliźniaczy przebieg – faworyzowany Ruch zdołał wyrównać dopiero w końcówce. Oto siła literatury i jej presji na rzeczywistość: autor ogląda z bohaterem swojej fact-fiction wydarzenie, które opisał w książce.
