Nie zostawiajmy losu w rękach Maltańczyków!

Rozmowa z Janem de Zeeuwem Jr., wykładowcą marketingu sportowego i zarządzania na uniwersytecie w Rotterdamie, kibicem reprezentacji Holandii i... Polski.

Holendrzy bardzo nie chcą w Warszawie takich obrazków – czyli w ich siatce po polskim strzale Fot. IMAGO / Press Focus

Przed nami rewanż polsko-holenderski. A pan - Holender przecież - jeszcze boleje nad wynikiem meczu w Rotterdamie?

- Pewnie myślę o nim w kategorii rozczarowania. Chcąc być drużyną z europejskiego TOP 5, u siebie trzeba wygrywać z drużyną spoza czołówki. Głupio padł ten remis, choć biorąc pod uwagę, że Polacy walczyli ambitnie, a Holandia – zwłaszcza w 2. połowie – była baaaardzo średnia, nie nazwałbym go „niesprawiedliwym”. Mam zresztą wrażenie, że Holendrzy nie odrobili „zadania domowego” przed meczem.

Co to znaczy?

- Siedziałem bezpośrednio za holenderskim boksem rezerwowych. Widziałem lekkie zdziwienie u Ronalda Koemana, gdy najpierw zaczęli się przebierać w meczowe stroje, a potem weszli na murawę chłopaki z polskiej ekstraklasy: Wszołek, Kapustka, „Grosik”. Powiedziałem wtedy do kolegi: „Patrz, on chyba nie bardzo wie, kto wchodzi!”. Na pewno nie spodziewał się takich zmian. Jan Urban zrobił zaś świetną robotę. Pierwsze 3-4 minuty w wykonaniu tej trójki były słabe, ale potem się odnaleźli, zrobili swoją robotę i przyczynili się do „wyrwania” tego punktu. Choć pamiętajmy, że gdyby Holendrzy byli skuteczni przed przerwą, wygraliby to spotkanie wyraźnie.

Wróciliście jednak po tym remisie na właściwą ścieżkę i dziś musiałby się wydarzyć kataklizm, żebyście nie awansowali z pierwszego miejsca.

- Czy jesteśmy już na właściwej ścieżce? No nie wiem... Myśleliśmy, że jesteśmy na niej po marcowym dwumeczu Ligi Narodów z Hiszpanią. To było to, czego oczekujemy – mimo braku awansu. Koeman był zadowolony, cały naród był zadowolony. Ja też, bo Hiszpania to najmocniejszy przeciwnik, jakiego można sobie wyobrazić. Ale później już nie było tak różowo. Na papierze wszystko wygląda fajnie, lecz jeden problem wciąż mamy.

Jaki?

- Brak nam typowego prawego skrzydłowego. A Koeman chce grać systemem z mocnym wykorzystaniem skrzydeł. Tam jest więc zmuszony do grania Jeremy Frimpong bądź Xavi Simons, dla których nie jest to naturalna pozycja.

Frimponga, ze względu na uraz, w ogóle zabraknie w Warszawie.

- Tak jest. Więc trzeba szukać. Koeman bardzo ceni Donyella Malena, ale on też w Aston Villi nie gra na tej pozycji. I dawno już nie zagrał dobrych 90 minut w reprezentacji.

Obyśmy my, Polacy, tylko takie zmartwienia mieli...

- Ale to nie wszystko! Brakuje nam też napastnika, choć ostatnie bramki i asysty Memphisa Depaya bronią wyborów selekcjonera. Mamy natomiast wątpliwości co do Depaya w kontekście mundialu.

Dziś mamy globalną wioskę. Ale Depay grający na co dzień w Brazylii nie jest zapewne tak wnikliwie „zanalizowany”, jak by to miało miejsce, gdyby grał w Europie...

- Powiem tak: Koemanowi wystarczy trzyminutowy skrót na YouTube i już jest w stanie wyciągnąć wniosek na temat gry Depaya.

Trochę pan ironizuje?

- Koeman go uwielbia, zawsze na niego stawia, a później tłumaczy swoje decyzje tym, że przecież „liczby są”.

Mam wrażenie, że na siłę pan szuka problemu, czyż nie?

- Odpowiadam na tezę, że jesteśmy na właściwej ścieżce. Nie jesteśmy, bo nawet wymarzone przez każdego selekcjonera trio Gravenberch – Reijnders – de Jong w środku pola gra nie całkiem tak, jak byśmy chcieli.

Jak to?

- Moim zdaniem to... zbyt defensywne ustawienie.

Słucham pana wniosków i się zastanawiam, co by Jan Urban – przy tych kłopotach, z którymi on się obecnie zmaga - pomyślał na ten temat...

- Rozumiem. Ale to nie Polska, a Holandia jedzie na każdy turniej z takim celem, by go wygrać. Powtórzę: po dwumeczu z Hiszpanią poczuliśmy, że jesteśmy w stanie „coś” zrobić. Ale widać – po meczach z Polską, czy z Litwą na wyjeździe – że tej drużynie brak stabilizacji tej formy. Ekipa wygląda fajnie na papierze, ale to nie jest jeszcze rozegrana drużyna.

I tak wam zazdrościmy! Nam tyły się posypały przed piątkowym meczem...

- Wiem, wiem. Przemek Wiśniewski, który mnie pozytywnie w Rotterdamie zaskoczył, pauzuje za kartki. Dobrze zagrał też Bednarek. Tej dwójki nie będzie, co holenderskie media skrzętnie odnotowały, bo jednak ten duet – wespół z Kiwiorem – wyglądała bardzo dobrze w pierwszym meczu z nami.

Rozumiem, że w Holandii, zwłaszcza w kontekście tych wiadomości, nastawienie jest proste: wygrać w Warszawie i zapewnić sobie awans!

- Wygrać, zagrać dobry mecz, rozwiązać 3-4 zagadki personalne odnośnie pierwszego składu. A czekać nie ma co, bo w Holendrach do dziś tkwi trauma z eliminacji EURO 1984. Pamiętacie ją w Polsce?

Pamiętam.

- A ja i tak opowiem. Holandia już skończyła gry eliminacyjne. Miała dwa punkty przewagi nad Hiszpanią i dużo lepszy bilans bramkowy. Hiszpanie musieli wygrać jedenastoma golami z Maltą, by nas przeskoczyć. I wygrali 12:1, choć do przerwy było tylko 3:1! Holenderscy dziennikarze wielokrotnie robili w tej sprawie medialne śledztwo. Nigdy nikomu niczego nie udowodniono, ale pisano o jakichś zepsutych czy zatrutych cytrynach albo mandarynkach, które dostawać mieli Maltańczycy. Albo o tym, że maltański bramkarz nie tylko zaczął jeździć seatem po tym spotkaniu, ale i został reklamową twarzą jakiejś firmy hiszpańskiej... A wie pan, jak się nazywał?

Tego nie pamiętam.

- John Bonello. I jest ojcem Henry'ego Bonello, który pewnie zagra przeciwko Polsce w ostatnim meczu, bo jest bramkarzem numer 1 na Malcie. Więc – reasumując – ze względu na tę historię, i na układ meczów w ostatniej kolejce, Holendrzy boją się porażki z Polską w piątkowym meczu. Żeby znowu nie zostawiać swych losów w rękach... Maltańczyków.

Tym bardziej, że w minioną niedzielę Robert Lewandowski pokazał formę snajperską!

- Może i dobrze, że sobie postrzelał w Barcelonie. Może w piątek mu amunicji zabraknie?

Będzie pan na meczu w Warszawie?

- Przylatuję w czwartek. Nie mogę nie być, bo dla mnie to piłkarskie święto... moich dwóch narodowości. A wie pan, że mój najmłodszy syn, Antoni, swój pierwszy mecz – mając pół roku – zaliczył na EURO 2024? I był to oczywiście mecz Polska – Holandia w Hamburgu. Przespał go prawie w całości na moich rękach. Ale zdjęcie nam zostało!

A ojciec też będzie?

- Nie, chociaż w ostatnich dniach był – powiedziałbym - „tajnym szpiegiem”, będąc w kontakcie z polskim sztabem. On bardzo szanuje Jana Urbana, znają się dobrze.

Rozmawiał Dariusz Leśnikowski


Jan de Zeeuw Jr. – syn Jana de Zeeuwa seniora, byłego dyrektora polskiej reprezentacji za kadencji Leo Beenhakkera. Urodzony w Holandii, studiował w Polsce i w naszej piłce przez lata pracował jako marketingowiec (m.in. w Lechii). Byłem też przedstawicielem na Polskę holenderskiej agencji Sports Entertainment Group. Obecnie wykłada marketing sportowy i zarządzanie na uniwersytecie w Rotterdamie. Współpracuje też z holenderskimi klubami.

Jan de Zeeuw Jr. na stadionie w Hamburgu podczas meczu Holandia – Polska w ramach EURO 2024. A na rękach – mały Antoni, dla którego to pierwszy mecz w życiu. Fot. archiwum rodzinny de Zeeuw

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się