Nie zawiódł trenera
Srebrny medal w konkursie duetów może być kolejnym przełomem w karierze Pawła Wąska.
Radość Pawła Wąska (z prawej) i Kacpra Tomasiaka była ogromna. Fot. PAP/EPA
SKOKI NARCIARSKIE
Po słabych wynikach w grudniowych konkursach Pucharu Świata oraz kiepskich występach w Turnieju Czterech Skoczni, w którym był dopiero 35., dla wielu było przesądzone, że Paweł Wąsek przegrał rywalizację w reprezentacji na igrzyska Mediolan-Cortina d'Ampezzo. Wydawało się, że o trzecie miejsce w olimpijskiej drużynie obok Kamila Stocha i Kacpra Tomasiaka walczą Maciej Kot i Dawid Kubacki, którzy polecieli do japońskiego Sapporo, a Wąsek został w Polsce. Ogromnym zaskoczeniem była więc decyzja, że to jednak on uda się do Włoch. Potem okazało się, że trener Maciej Maciusiak taką decyzję podjął już w zasadzie po zawodach Pucharu Świata w Zakopanem (10-11 stycznia), mając plan na przygotowanie Wąska i Tomasiaka do olimpijskiej rywalizacji. Dlatego obaj byli nieobecni na mistrzostwach świata w lotach w Oberstdorfie i w konkursach w Willingen.
Wyśmiewane deklaracje
Jak się okazało, był to plan na... medal! Ba, trzy medale, o których - bądźmy szczerzy - nawet nie marzyliśmy. 19-letni debiutant Kacper Tomasiak przeszedł do historii jako pierwszy polski skoczek, który zdobył trzy krążki na jednych igrzyskach – indywidualnie srebro na małej i brąz na dużej skoczni oraz srebro w duecie. Dla 26-letniego Pawła Wąska ten srebrny medal ma szczególne znaczenie, nie tyle że pierwszy w karierze, ile dlatego, że może pozwolić mu - po raz kolejny - uwierzyć w siebie.
Te medale to też wielka satysfakcja dla Macieja Maciusiaka. Przeżywał bowiem trudne chwile, gdy jego zawodnikom nie szło. Gdy wytykano mu, że najlepsi są ci, którzy byli w kadrze B (Kot i Tomasiak), a nie jego podopieczni. W zasadzie przeważała opinia, że po tym sezonie straci pracę. A gdy twierdził, że na igrzyska jego wybrańcy jadą walczyć o medale, to był wręcz wyśmiewany. Teraz jest chwalony za plan przygotowań, a także za to, że w konkursie superteamów postawił na Wąska.
Kreowany na następcę Stocha
A Wąsek go nie zawiódł, choć w konkursach indywidualnych było różnie. Źle na normalnej skoczni, bo nie wszedł do drugiej serii, na dużej było lepiej, bo był 14. Trener jednak wierzył w niego i ten odpłacił się w najlepszy możliwy sposób. Pokazał też wszystkim, że jest w nim potencjał na przyszłe sukcesy, które zresztą wróżono mu już wcześniej.
Pochodzący z Cieszyna zawodnik klubu WSS Wisła, miał być przecież następcą Kamila Stocha. Od debiutu w niższym rangą cyklu FIS Cup we wrześniu 2014 roku potrzebował jednak 10 lat, by wyjść z cienia doświadczonych i utytułowanych kolegów w kadrze A. Latem 2024 wygrał cykl Grand Prix na igelicie, co okazało się zwiastunem jego dobrej formy w zimowym sezonie 2024/25. Gdy Biało-czerwonym się nie wiodło, on zaczął wyrastać na lidera. W Pucharze Świata jako jedyny z Polaków stanął na podium - był trzeci 22 marca 2025 roku w Lahti. 20 dni wcześniej osiągnął swój najlepszy indywidualny rezultat w mistrzostwach świata, w Trondheim na skoczni normalnej uplasował się na 10. pozycji. - Ten wynik na pewno dał mi mocnego kopa - przyznał po najlepszym sezonie w karierze.
Pupil Thurnbichlera
Wąsek jako jedyny z polskiej kadry mocno rozwinął się pod skrzydłami trenera Thomasa Thurnbichlera, który jednak rok przed igrzyskami we Włoszech został zwolniony. Pojawił się pomysł, by on jako jedyny nie zmieniał szkoleniowca i nadal indywidualnie pracował z Austriakiem, ale Wąsek przyznał, że po zastanowieniu się nie przyjął tej propozycji władz Polskiego Związku Narciarskiego (PZN).
- Lubię pracować w tej grupie razem z chłopakami, to mnie napędza, gdy widzę, jak oni trenują. To mi daje dodatkowego kopa, żeby trenować jeszcze mocniej, żeby być lepszym od nich. Nakręcamy się, gdy jesteśmy razem, na trening samodzielny jestem chyba jeszcze za młody - tłumaczył i zaczął ćwiczyć pod okiem Macieja Maciusiaka, który objął reprezentację.
Wąsek nie ukrywał jednak, że jego współpraca z Thurnbichlerem układała się super - znaleźli wspólny język i na skoczni wszystko dobrze funkcjonowało. - Na pewno będzie mi go brakowało, ale było już widać, że atmosfera w zespole nie jest taka, jaka być powinna. Ta zmiana była potrzebna, żeby drużyna jako całość odżyła. Trener Maciusiak był z nami przez cały sezon, dlatego jestem optymistą. On wie, co jest mi potrzebne, liczę na to, że to będzie kontynuacja tego, co było - wskazał.
W cieniu Kacpra
Zmiana szkoleniowca nie posłużyła jednak zawodnikowi z Cieszyna, ponownie stał się tłem kadry A i znalazł się w cieniu choćby debiutującego w PŚ młodszego kolegi, 19-letniego Kacpra Tomasiaka. Na 16 zawodów, w których startował w tym sezonie PŚ, tylko siedmiokrotnie awansował do drugiej serii. Najwyżej uplasował się w Engelbergu w drugiej połowie grudnia - był 13. Jednak swoją postawą przekonał sztab szkoleniowy i otrzymał powołanie na najważniejszą imprezę czterolecia - igrzyska olimpijskie w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo. To drugie igrzyska w dla Wąska, który debiutował cztery lata temu w Pekinie. Wówczas na dużej skoczni zajął 21. miejsce, a wraz z kolegami zajął szóstą lokatę w drużynie.
W Predazzo na skoczni normalnej był 35., ale już treningi na większym obiekcie pokazały, że jego forma rośnie - w indywidualnych zmaganiach zajął 14. miejsce, co zaowocowało nominacją na konkurs duetów, nazywany oficjalnie superteam.
W nim, w dramatycznych okolicznościach, wspólnie z Tomasiakiem, z przytupem wdarł się do panteonu polskiego sportu, razem sięgnęli po srebro. Wąsek w ostatniej, trzeciej serii spisał się nieco słabiej, ale potem nad skocznią w Predazzo rozszalała się śnieżyca i po nieudanej próbie drugiego Polaka w arcytrudnych warunkach jury zdecydowało się anulować całą finałową rundę.
Zaczynał od slalomów
Wąsek pochodzi z usportowionej rodziny. Mama biegała na nartach, a tata i - zwłaszcza - starsza siostra uprawiali narciarstwo alpejskie. On też zaczynał od tej specjalności, odnosił nawet sukcesy jako dziecko. Później jednak postawił na skoki, a jego trenerem był m.in. Jan Szturc, wujek i wychowawca Adama Małysza.
W 2015 roku wziął udział w Zimowym Olimpijskim Festiwalu Młodzieży Europy, a w sezonie 2016/17 triumfował w cyklu FIS Cup. Zanim pojawiły się jednak pierwsze sukcesy, przeżył przykre doświadczenie - w 2014 roku jako przedskoczek miał groźny wypadek w Wiśle Malince. Choć na chwilę stracił przytomność, obyło się bez poważnych obrażeń. Największe ślady pozostawiło to zdarzenie w jego psychice, a strach przed skakaniem pokonywał później powoli, choć systematycznie. Najdłużej towarzyszył mu na największych obiektach, tzw. mamutach i długo skakał na nich poniżej możliwości. W styczniu 2025 w Oberstdorfie poszybował na odległość 233 metrów, do dziś jest to jego rekordowe osiągnięcie.
W Pucharze Świata zadebiutował w styczniu 2018 na Wielkiej Krokwi w Zakopanem, rok później zdobył tam pierwsze punkty, zajmując 27. pozycję. Jedyny raz stanął na podium 22 marca 2025 w Lahti i w tym jest lepszy od partnera z olimpijskiego konkursu duetów.
Wielką pasją Wąska jest motoryzacja. Już jako pięciolatek jeździł na motorze crossowym. Teraz w wolnych chwilach lubi pościgać się na torze kartingowym, ale ze względów bezpieczeństwa najczęściej tej pasji oddaje się na... symulatorze, który ma w domu. Nic dziwnego, że uwielbia oglądać Formułę 1, a jego idolem jest holenderski kierowca Max Verstappen.
Paweł Wąsek
Wysoko w niebie...
Konkurs duetów, który miał składać się z trzech serii, zakończono po dwóch ze względu na opady śniegu i podmuchy wiatru. Paweł Wąsek zdążył przed decyzją sędziów oddać wszystkie próby i długo czekał na dole na dalszy ciąg, w tym na ostatni skok Kacpra Tomasiaka.
- Bardzo ciężko było mi zasnąć przed konkursem, od rana było wiele emocji we mnie, ale udało się. Skoki zafunkcjonowały. Pod względem technicznym to były chyba moje najlepsze skoki na tych igrzyskach. Wiedziałem, że z takim zawodnikiem jak Kacper muszę oddać najlepsze możliwe skoki i wtedy możemy powalczyć o ten medal, ale wiedziałem też, że będzie ciężko. Mój ostatni skok nie był idealny, spadliśmy z wirtualnego podium. Wiedziałem, że Kacper i tak to może wyciągnąć, bo już wielokrotnie pokazał na tych igrzyskach, że dla niego to nie problem. Ale emocje były ogromne, przeżywało się to wszystko.
Sport już niejednokrotnie udowodnił, że wszystko można zrobić, z każdego dołka można wyjść. Początek zimy był dla mnie bardzo ciężki, na turnieju Czterech Skoczni byłem mentalnie rozwalony, a teraz jestem wysoko, wysoko w niebie, ze szczęściem.
Szczęśliwe Predazzo
Predazzo jest wyjątkowo szczęśliwym miejscem dla polskich skoczków . W 2003 roku Adam Małysz wygrał tu dwa konkursy mistrzostw świata. 10 lat później w imprezie tej rangi triumfował Kamil Stoch. Teraz w igrzyskach olimpijskich we Włoszech Biało-czerwoni trzy razy stanęli na podium.
(PAP-awa)
