Nie załamujemy się
Rozmowa z Bartoszem Nowakiem, zawodnikiem GKS-u Katowice
Bartosz Nowak zdobył wszystkie trzy gole dla GKS-u w tym sezonie. Fot. Pawel Bejnarowicz/PressFocus
Co pan czuje po meczu z Legią, w którym wydawało się, że GKS Katowice dowiezie remis, a po golach w doliczonym czasie przegrał 1:3?
- Szkoda, po prostu szkoda. Dogoniliśmy już Legię, grając przez cały mecz na dobrym poziomie. Dobry wynik był bliski. Ostatecznie nie upilnowaliśmy zawodnika w polu karnym po tym, jak rywale zagrali po prostu dośrodkowanie na chaos. Taka bramka, strzelona w ostatniej chwili, zawsze boli. Nie mówię już nawet o trzecim golu strzelonym przez Legię. To ta druga bramka była kluczowa, bo ona podcięła nam skrzydła. Ten mecz był lepszy niż poprzednie. Byliśmy sobą, wyglądaliśmy „jak my”, lepiej niż w starciu z Widzewem. Wracamy więc na właściwe tory. Gramy dalej! Nikt nie ma zamiaru się załamywać. Nikt z nas nie zastanawia się nad tym, co teraz z nami będzie po czterech kolejkach. Nic się nie dzieje. Liga trwa, co tydzień mamy kolejne wyzwania. Dzisiaj jesteśmy smutni, wkurzeni i rozgoryczeni, ale nie ma sensu wyciągać z tego meczu samych negatywnych wniosków.
Czy właśnie niezła gra z Legią jest powodem do optymizmu?
- Przyjechaliśmy na Legię, która grała przed dziesiątkami tysięcy swoich kibiców, która jest drużyną walczącą w europejskich pucharach i będzie walczyć o mistrzostwo Polski. Przeciwko takiemu rywalowi momentami dominowaliśmy, mieliśmy sytuacje na strzelenie gola, mieliśmy długo wszystko pod kontrolą. Przecież w pierwszej połowie mogliśmy wyjść na prowadzenie, gdy Kacper Łukasiak dobijał piłkę do interwencji bramkarza. Takie sytuacje można zamienić na gola. Jeśli się nie udało, trudno, trzeba grać dalej. I my graliśmy dalej. Później straciliśmy gola, ale dogoniliśmy rywali. To coś znaczy. Jasne, trzeba było dowieźć remis, ale piłka nożna jest taka, że czasem traci się bramkę w ostatniej chwili. Cóż, w poprzednim sezonie też strzeliliśmy gola w doliczonym czasie z Górnikiem Zabrze u siebie, dzięki czemu wygraliśmy. Tak bywa.
Czy wiecie, co zawiodło w poprzednich meczach, że macie tylko punkt?
- Fakty są takie, że przegraliśmy trzy mecze i jeden zremisowaliśmy. Przed nami piąta kolejka, w której trzeba wygrać. Ekstraklasa to maraton. Gra się 34 kolejki i nie zawsze wszystko idzie jak z płatka. Mieliśmy mocnych przeciwników i choć to żadne wytłumaczenie, to po prostu trzeba zaakceptować to, że gdy gramy z Rakowem czy przyjeżdżamy do Łodzi na mecz z Widzewem, czy do Warszawy na mecz z Legią, to będą wymagające spotkania. Zdajemy sobie sprawę z tego, ile mamy punktów, ale to na razie nic nie znaczy.
Zdobył pan trzy bramki w tym sezonie i są to jedyne trafienia GKS-u Katowice. Czuje pan na sobie presję, żeby trafiać do siatki, gdy inni nie potrafią się wstrzelić?
- Czuję odpowiedzialność za grę ofensywną drużyny. Jestem zawodnikiem, który gra w linii ataku. Zaczynam w pierwszej jedenastce w większości spotkań. Zdaję więc sobie sprawę, że ode mnie zależy to, jak będzie wyglądać gra ofensywna drużyny. Mimo wszystko moje trzy bramki nie mają dla mnie żadnego znaczenia, w obliczu tego, że mamy tylko punkt. Nie mam zamiaru się z tego powodu cieszyć. Wolałbym, żeby strzelał ktoś inny, a żebyśmy wygrali mecz.
W tym sezonie grał pan już w środku pola obok Mateusza Kowalczyka, a także „standardowo”, w roli ofensywnego pomocnika. Czy pozycja, na jakiej pan gra, ma dla pana znaczenie?
- Jest różnica pomiędzy tymi dwiema pozycjami. Gdy grałem obok Mateusza, miałem więcej zadań defensywnych, poruszałem się w innych miejscach po boisku i miałem inne zadania. Próbujemy różnych opcji, mamy różne plany na mecz, różni są przeciwnicy, a my chcemy wykorzystać ich słabości. Jestem gotowy do gry na każdej pozycji. Chcę pomóc drużynie i mam nadzieję, że kolejne moje bramki nie będą tylko na osłodę i przyniosą punkty.
Rozmawiał Kacper Janoszka
