Nie wszystko stracone
Po meczu we Florencji w Rakowie uczucie wściekłości miesza się z dużymi nadziejami przed rewanżem. Wcześniej trzeba jeszcze jednak zagrać z Górnikiem.
Współpraca Patryka Makucha (z lewej) z Jonatanem Brunesem układa się w ostatnim czasie wzorowo. Fot. Grzegorz Misiak/PressFocus.pl
Częstochowianie przegrali z Fiorentiną 1:2, tracąc decydującą bramkę z rzutu karnego w doliczonym czasie gry. W takich okolicznościach ciężko szuka się pozytywów, ale postawa wicemistrzów Polski długimi fragmentami daje realne nadzieje na odrobienie strat w Sosnowcu.
Podtrzymać to wkurzenie
- Różne emocje towarzyszą po takim meczu. Nie wygraliśmy, a jestem w klubie, który chce wygrywać zawsze, wszędzie i wszystko. Wiemy jednak z kim graliśmy i jak to wyglądało. Daliśmy radę, bo sprawa awansu jest otwarta, a Włosi raczej woleliby mieć to już rozstrzygnięte. Mimo porażki oceniam ten mecz pozytywnie. Jak się zbierzemy taką mocną energią, to u siebie jesteśmy w stanie powalczyć – mówił po spotkaniu trener Łukasz Tomczyk. – Na pewno jest niedosyt, bo prowadziliśmy. Przy wyniku remisowym dalej czuliśmy, że możemy wywieźć stąd nawet zwycięstwo, czuliśmy się dobrze na boisku. Zawsze szkoda karnego w doliczonym czasie gry, ale wyjeżdżamy z Florencji z podniesioną głową i patrzymy optymistycznie na rewanż. W Sosnowcu z pomocą naszych kibiców na pewno powalczymy jeszcze o ten awans. Jest w nas takie wkurzenie, ale to dobrze, bo tylko pokazuje, że zagraliśmy naprawdę dobry mecz. Musimy to uczucie podtrzymać w sobie i przekuć na rewanż – dodawał w drodze do autokaru jako jeden z ostatnich Patryk Makuch.
„Maki” zagrał kolejne w ostatnim czasie niezwykle udane spotkanie dla Rakowa, zaliczając asystę przy bramce Jonatana Brunesa w 60 minucie. Była to nie jedyna udana akcja z Norwegiem. -Z Johnym już złapaliśmy pewne automatyzmy. Im więcej gramy ze sobą, tym jest o nie łatwiej. Razem z tego korzystamy, dziś udało się strzelić bramkę – mówił były gracz Cracovii.
Ukraść przepis
Czymś co jako pierwsze rzucało się w oczy po wejściu na trybuny stadionu Fiorentiny, to doskonale przygotowana murawa, która sprzyjała szybkiej i widowiskowej grze. - Płyta naprawdę imponująca, już na treningu zrobiła na nas wrażenie, kilku zawodników wręcz nie chciało z niej schodzić. Musimy się dowiedzieć jak oni to zrobili, że o tej porze roku mają takie boisko i ukraść im ten przepis. Czuć, że tu była i jest duża piłka, grali świetni piłkarze, zresztą nadal grają – zdradził nam szkoleniowiec.
Włoscy dziennikarze kierowali duże słowa uznania w kierunku Rakowa, tym bardziej, że to już drugi w ostatnim czasie klub z ekstraklasy, który na Artemio Franchi stworzył im duże problemy. Rozbrajająco szczerze przyznawali, że nie mieli pojęcia, że polskie kluby potrafią tak grać w piłkę. - Ta polska piłka się rozwija, nie mamy prawa mieć już żadnych kompleksów – krótko skomentował tą sytuację Tomczyk. A czy ekstraklasę da się w jakiś sposób porównać do choćby dolnych rejonów tabeli Serie A? – Jakoś na pewno się da. Widać było, że gracze Fiorentiny są bardzo silni fizycznie, ale nie odstawaliśmy, graliśmy jak równy z równym. Byliśmy dobrze przygotowani i potrafiliśmy to pokazać na boisku – z dumą dodawał Makuch.
Nie odpuszczą
W niedzielę Raków zagra w Zabrzu z Górnikiem. Częstochowianie przed rewanżem w Lidze Konferencji będą mieli dzień odpoczynku więcej od rywali. Fiorentina zagra bowiem dopiero w poniedziałek (godz.20.45), w dodatku niezwykle istotne spotkanie w kontekście utrzymania z Cremonese. Trener Rakowa nie uważa jednak, aby miało to jakikolwiek wpływ na ich postawę w Sosnowcu. - To nie jest tak, że odpuszczą. Byli bardzo dobrze nastawieni do meczu, nie było mowy o jakimkolwiek odpuszczeniu, oni chcą awansować do ćwierćfinału. W rewanżu musimy być bardzo mocno skupieni i odrobić lekcję z tego spotkania. Wierzę, że takie mecze jak ten będą nas rozwijać i pokażemy to już w niedzielę na Górniku – zakończył Łukasz Tomczyk.
Mariusz Rajek, korespondencja z Florencji
