Nie te czasy...
Pomeczowa konferencja Łukasza Piszczka w Mielcu przejdzie do historii tyskiej piłki.
Pozory mogą mylić... To Ireneusz Mamrot (z lewej) w piątek cieszył się z wygranej Stali. Drużyna Łukasza Piszczka walnęła zaś o ligowe dno. Fot. Marta Badowska / Press Focus
GKS TYCHY
Jestem człowiekiem „starej daty”. Pamiętam czasy, w których trenerzy po niepowodzeniach prowadzonej przez siebie drużyny szli do prezesa klubu i mówili: „Podaję się do dymisji”. Często dodawali też w takich przypadkach, że robią to dla dobra zespołu, bo wierzą, że ktoś inny może pobudzić piłkarzy do lepszej gry. Tak, tak. Były takie czasy...
Tercet na garnuszku
Obecnie trenerzy po podpisaniu kontraktu jedyne, na co patrzą, to... końcowa data umowy. W przypadku GKS-u na etacie trenerskim aktualnie są trzy sztaby szkoleniowe. Dariusz Banasik od 4 maja 2023 roku w 11 meczach z rzędu tylko raz mógł się cieszyć ze zwycięstwa i 27 sierpnia 2024 roku został zwolniony z pełnienia obowiązków, ale umowa jest ważna do 30 czerwca obecnego roku. Pieniądze za niewykonywaną pracę wpływają więc na jego konto.
To samo dotyczy Artura Skowronka. Od 25 sierpnia ubiegłego roku w 10 meczach z rzędu tylko raz GKS Tychy nie przegrał meczu pod jego wodzą, ale z ust szkoleniowca nie padło słowo „rezygnuję”. Były za to zapewnienia, że jest doświadczonym trenerem i z takich trudnych sytuacji już wychodził. Został zwolniony 3 listopada, ale kontrakt obowiązuje do końca tego sezonu i kasa płynie.
Teoretycznie po takich dwóch bolesnych lekcjach włodarze GKS-u Tychy powinni pójść po rozum do głowy i 12 listopada minionego roku, podpisując kolejny kontrakt trenerski, tym bardziej z trenerem-nowicjuszem, powinni wynegocjować krótki termin. Gdyby to była umowa do końca tego sezonu z opcją przedłużenia po wywalczeniu utrzymania, wtedy można byłoby powiedzieć, że Max Kothny pełniący obowiązki prezesa czegoś się nauczył. Kontrakt został jednak podpisany do 30 czerwca 2027 roku, a wyniki są... coraz gorsze.
Katastrofalny bilans
Łukasz Piszczek rzucił się „głęboką wodę”, ale dodajmy od razu, że polska I liga to nie jest futbolowy ocean. Okazało się jednak, że 66-krotny reprezentant naszego kraju jeszcze nie jest gotowy na samodzielne rejsy. W ośmiu meczach zapisał na swoje konto tylko dwa punkty, a bilans bramkowy, pogłębiony piątkową porażką 0:4, wynosi 6:20 i jest zwyczajnie katastrofalny.
30 sekund wyjaśnień
Nic więc dziwnego, że po piątkowym laniu w Mielcu trenerowi Tyszan zabrakło słów. Powiedział jedynie: „Gratulacje dla Stali. Dla nas to duży wstyd i rozczarowanie.” A na pytanie, czy zrezygnuje z pracy w Tychach, dodał: „Na razie nie chcę się odnosić do tego, na gorąco”. I po 30 sekundach było już po meczowej konferencji prasowej z udziałem szkoleniowca GKS-u, którego kibice czekają zwycięstwo od 21 sierpnia i z zażenowaniem patrzą na tabelę, w której Trójkolorowi zajmują ostatnie miejsce, a w 18 meczach ligowych z rzędu zdobyli zaledwie 3 punkty za remisy.
Godziny policzone?
Wielu uważa, że godziny prowadzenia GKS-u Tychy przez Łukasza Piszczka po klęsce w Mielcu zostały policzone. Miał wszystko, czego chciał: komfortowe warunki zimowych przygotowań ze zgrupowaniem w Turcji włącznie, dziewięciu nowych zawodników oraz zbudowany przez siebie sztab szkoleniowy. Niczego nie ma więc na swoje usprawiedliwienie...
Jerzy Dusik
