Nie tak było

POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza

„To nie to, to nie o to nam chodziło, nie o to szło” - śpiewała popularna piosenkarka Halina Kunicka-Kydryńska na jednym z dawnych festiwali opolskich. Te słowa jak ulał pasują do głośno reklamowanego spektaklu Teatru Telewizji „Ezi”. Nie chcę zabierać chleba krytykom teatralnym mimo spędzonego z Telimeną dzieciństwa i młodości. Moja mama była reżyserem teatralnym, a tata aktorem i pedagogiem w PWST, jednak nie czuję się kompetentny, by oceniać sztukę sceniczną. Do zagrania ról Ernesta Wilimowskiego i Kazimierza Górskiego zaangażowano aktorów wybitnych, Andrzeja Chyrę i Zbigniewa Zamachowskiego, scenariusz napisał sam dyrektor świetnego katowickiego Teatru im. Wyspiańskiego Robert Talarczyk, a reżyserował wielki Mistrz Janusz Zaorski („Piłkarski poker”, „Matka Królów”, „Baryton”, „Szczęśliwego Nowego Jorku”, „Syberiada polska” i inne arcydzieła).

Teoretycznie sukces był gwarantowany, tym bardziej że aktorzy stworzyli wybitne kreacje, realizacja była bez zarzutu, „Zaorek” poprowadził ekipę sprawną jak zawsze ręką. A jednak czuję się po obejrzeniu spektaklu źle. Wiem, że nie powinno się oceniać będącego fikcją literacką dzieła tak jakby było reportażem z życia. Tu jednak występują konkretne postacie ważne dla polskiego sportu. To nie „Piłkarski poker”, w którym sędzia Laguna, jego żona Łapówka, piłkarze Grundol, Bolo Łącznik i Olek Grom byli postaciami wymyślonymi w 100%. Dialog bohaterów „Eziego” ma miejsce w klimacie knajackiej popijawy. W myśl zapożyczonego od Rosjan hasła „bez wódki nie zrozumiesz”. Świetnie, że odkurzono i pokazano w dobrym świetle Ernesta Wilimowskiego, piłkarza może i lepszego od pomnikowych reprezentantów Polski doby współczesnej z Robertem Lewandowskim na czele. Zasłużył na to, by go „odgumkować”, przypomnieć. Podobnie było z wybitnym szermierzem Jerzym Pawłowskim, pięciokrotnym medalistą olimpijskim. Wilimowskiego wykreślono na długi czas ze sportowych kronik za przyjęcie niemieckiego obywatelstwa, Pawłowskiego za współpracę z amerykańskim wywiadem. Odsiedział za to 10 lat w więzieniu z zasądzonych 25. Na szczęście dzisiaj znów są w panteonie sportowych sław.

Dla mnie problemem w spektaklu Zaorskiego jest bardzo mi bliski Kazimierz Górski. Był mi jak ojciec, idol, autorytet. Tu ukazano go jako pijaka. Tak nie było, nikt nie widział pana Kazimierza „pod wpływem”, a najmocniejszymi używanymi przez niego wyrażeniami były „cholera jasna” i „gówno mnie to obchodzi”. Może to potwierdzić choćby Włodzimierz Lubański, arbiter elegancji i taktu w tym środowisku. Owszem, Górski lubił wychylić dwie lampki ulubionego greckiego koniaczku, ale nie pamiętam, by plątał mu się język i nogi. A przemierzyłem z Trenerem Stulecia świata polskich dróg niczym z Kolbergiem po kraju. Był chodzącą dobrocią, kulturą osobistą, empatią. Górski z „Eziego” to anty-Górski.

Najbliżsi Kazimierza Górskiego, syn Dariusz i wnuczka Berenika w dniu odsłonięcia w Warszawie muralu z sylwetką Trenera Tysiąclecia. Fot. Adam Starszyński/Pressfocus

Nie dziwię się rozgoryczeniu jego dzieci, Uli i Darka, wnuczki Bereniki, piłkarzy „Orłów Górskiego”. Ciekaw jestem opinii kolejnego z nielicznych wielkich polskich trenerów Antoniego Piechniczka na temat spektaklu. Antoś jest inny niż był Górski, ale pod względem zachowań wobec otoczenia bardzo podobny, bez zarzutu. Mam wielką ochotę na spotkanie z dyrektorem Teatru Śląskiego i szczerą z nim rozmowę o Kazimierzu Górskim. A „Górskologiem” czy „Górskofilem” jestem niezłym. Może rozmowa na łamach „Sportu” a po niej wizyta w katowickim teatrze na dobrym spektaklu? Byłbym zaszczycony.

Zdarzyła się rzecz najlepsza z możliwych dla la futbolu: peryferyjny norweski klub pokonał włoskiego potentata, Dawid wygrał z Goliatem. Jakże to piękne, optymistyczne i świeże. U nas też zdarza się, że Termalica Nieciecza wygra w Warszawie czy Białymstoku, Zawisza Bydgoszcz zawalczy z Chojniczanką o półfinał Pucharu Polski, a dawno temu Czarni Żagań zagrali w jego finale. Ale to epizody. Tymczasem za sensacyjnym sukcesem Bodo Glimt stoi filozofia mozolnej drogi na szczyt. Najpierw budowa struktur, praca z młodzieżą, wypracowanie etosu ciężkiej pracy, podnoszenie się po porażkach, konsekwencja zamiast tak częstej u nas sinusoidy. Takie kluby jak Bodo Glimt, Molde, Tromso, Rosenborg z regionów, gdzie można grać w piłkę tylko przez 7 miesięcy w roku, u nas już przez 11, powinny być przykładem dla polskich. Nie sztuka wydać grube miliony na zakup zblazowanych gwiazd jak w Widzewie czy Legii; bogactwo to rzecz ulotna. Sztuką jest stawiać na własną młodzież, uczyć ją nie tylko gry w piłkę, także - a może przede wszystkim - patriotyzmu lokalnego i klubowego, szacunku do trenerów i kibiców, przewagi pracy nad talentem. Ilu rodowitych Norwegów jest w kadrze Bodo, a ilu Polaków w Widzewie? Tam 85%, tu bodajże 25. Obieżyświatami o pięknie brzmiących latynoskich czy iberyjskich nazwiskach daleko nie zajedziemy. W każdym razie nie tak daleko jak dzielne Bodo Glimt.

Moje relacje ze Zbigniewem Bońkiem przypominają stare dobre małżeństwo. Od miłości do nienawiści i z powrotem. „Zibi” to zwierzę medialne, uwielbia komentować wszystko bez względu na porę dnia i nocy. Raz się z nim zgadzam, kiedy indziej nie na zasadzie starego Żyda, którego zapytano o radę w ważnej sprawie. „Jeden rabin powie tak a drugi inaczej” - padła odpowiedź. Teraz mam odmienne od wielkiego piłkarza zdanie w sprawie budowy toru saneczkowego w Karpaczu. Minister sportu Jakub Rutnicki zadeklarował 20 milionów na budowę nowoczesnego wreszcie obiektu, a Boniek wspomina o mizernej liczbie klubów saneczkarskich i niszowości dyscypliny. Jest już w takim wieku, że powinien pamiętać o niebotycznych sukcesach Barbary Piechy, mistrzyni świata z GKS-u Katowice. Infrastruktura napędza popularność dyscypliny, a tylko ona gwarantuje wyniki. Tak było z polskim łyżwiarstwem szybkim. Jeszcze niedawno nasi łyżwiarze musieli jeździć na treningi do Niemiec i Holandii. Dziś to na tor w Tomaszowie Mazowieckim przyjeżdżają zagraniczne gwiazdy. Podobnie jest z ukochanym przez Bońka golfem. Kiedyś był sportem dla bogaczy, dziś na coraz liczniejszych między Wisłą i Odrą zielonych polach białą piłeczkę odbijają już nie tylko elity, także zwykli zjadacze chleba. Wiem, że sztuczny tor to droga inwestycja, minęły czasy obiektów naturalnych, na których brylowała wspomniana katowiczanka Barbara Piecha. Już tylko dzieci śmigają na sankach z górki na pazurki, gdy pogoda pozwoli - jak w tym roku.

Politycy zaprotestowali przeciwko dopuszczeniu Rosjan i Białorusinów do Igrzysk Paraolimpjskich, nie pojawią na ceremonii otwarcia 6 marca. Cztery lata temu w Pekinie też się nie pojawili, tylko kto to jeszcze pamięta? Puste gesty dawno już się zdezaktualizowały.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się