Nie szata zdobi człowieka

POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza

Spór o to, kto powinien ubierać polską reprezentację olimpijską, wzbudził nie mniejsze zainteresowanie niż występy Biało-czerwonych w Turynie i Cortinie d 'Ampezzo. Polską firmę zastąpił niemiecki Adidas i zaczęła się medialna jazda bez trzymanki. Przy okazji zachęcam do oglądania amerykańskiego serialu pod tym tytułem z brawurową rolą Harrisona Forda, któremu dzielnie sekunduje Jason Segel, świetny aktor o wzroście koszykarza. Dialogi skrzą się od ciętego humoru jak ostatnio śnieg za naszymi oknami.

Kierowanie Polskim Komitetem Olimpijskim przez Radosława Piesiewicza budzi moje zastrzeżenia, czemu nieraz dawałem wyraz na tych łamach. Brakuje mi w nim poszanowania olimpijskiej tradycji, razi odcinanie się od Coubertinowskich korzeni. Zresztą podobny grzech można zarzucić całemu międzynarodowemu towarzystwu spod flagi z pięcioma kołami. Nowa szefowa światowego olimpizmu Kirsty Coventry wzniośle przemawiała na uroczystości otwarcia igrzysk (dla mnie jednej z bardziej udanych od wielu lat), ale czy to się przełoży na olimpijską rzeczywistość? Kirsty świetnie pływała, trudno zliczyć jej medale wywalczone w wodzie. Teraz musi nauczyć się pływania w basenie pełnym żarłocznych rekinów i innych mało sympatycznych drapieżników. Są nimi politycy, bankierzy, biznesmeni, którzy chcą się tylko ogrzać olimpijskimi ideami niewiele dając w zamian.
Ubiory polskiej reprezentacji we Włoszech są ładne, acz banalne. Kraj pochodzenia producenta nie ma dla mnie znaczenia, narzekanie na niemieckiego producenta przypomina bajdurzenie o dziadku Donalda Tuska, rzekomo z Wehrmachtu. Mój nieżyjący kolega ze „Sportu" Henryk Hermasz służył w Wehrmachcie, bo był Ślązakiem i w okrutnych wojennych czasach nie miał wyboru. Przeżył potworne mrozy w okopach pod Stalingradem, uniknął zemsty obu reżimów, a potem okazał się żarliwym Polakiem, świetnym dziennikarzem. Dożył 102 lat; zmarł w ubiegłym roku.

Takich pogmatwanych historii znajdziemy w dziejach śląskich i kaszubskich rodzin wiele. „Nie szata zdobi człowieka, ale serce, które się ofiaruje drugiemu człowiekowi” - głosi Pismo Święte. Z drugiej strony pada argument, że nadzy ludzie mają niewielki wpływ na społeczeństwo, a ludzie oceniają innych po tym, jak są ubrani. I bądź tu człowieku mądry i pisz wiersze, pardon - felietony.

Prezes PKOL podpisał umowę korzystniejszą z biznesowego punktu widzenia. Podobno polska firma kazała sobie płacić za sprzęt, a niemiecka daje go za darmo i jeszcze dopłaca w ramach sponsoringu. Podzielony Zarząd PKOL takie rozwiązanie zaakceptował, nie ma o co kruszyć kopii. Zresztą, czy kupując towar w sklepie odzieżowym produkt z logo polskiej firmy mamy pewność, że został on uszyty w Polsce z rodzimych materiałów? Niekoniecznie. Stroje olimpijskie Polaków i Albańczyków są niemal identyczne. Podobnie było kiedyś z ubraniem naszych piłkarzy. Inny niemiecki gigant ze zwierzakiem w tle przysłał do PZPN fajne białe koszulki, a do nich spodenki w kolorze... zielonym. Do Sofii powędrowała podobna przesyłka, tyle że ze spodenkami czerwonymi. Szybko dogadaliśmy się z braćmi Bułgarami, co w erze przedkurierskiej nie było łatwe. Związkowy kierowca Tadeusz, który pracuje w PZPN do dziś już pod siódmym prezesem, pognał busem tysiące kilometrów, by armada Engela miała w czym grać. Zdarzyło się też, że juniorska kadra zagrała mecz z Czechami w koszulkach Blachowni Ruda Śląska, bodajże w Wodzisławiu. Czesi przyjechali w identycznych jak nasze strojach, ale przecież Polak potrafi. Była też nocna akcja szycia skarpet zwanych potocznie getrami. Delegat FIFA zakwestionował rozmiary logo na getrach, a firma znanego arbitra Wita Żelazko przez jedną noc uszyła podróbki spełniające normy. Trzy kobiety z Rawy Mazowieckiej dostały sowitą premię od PZPN, sam ją podpisywałem bez wahania.

Jedyny - na zawsze? - polski król strzelców mundialu Grzegorz Lato wspominał, że przed nastaniem ery Adidasa nasza reprezentacja grała w strojach rodzimej państwowej firmy Polsport. Orzełki do przyszycia kupowano w Składnicy Harcerskiej. Modelarze zaopatrywali się tam we wszystko, co potrzebne do sklejania plastikowych samolocików i czołgów, a ja kupowałem harcerską lilijkę do mundurka. „Gdy padał deszcz, obramowania orzełków puszczały farbę, koszulki płakały czerwonymi łzami” - wspominał Lato.
Niech każdy ubiera się jak lubi i w to, w czym dobrze się czuje - to moja dewiza, choć żona często mnie strofuje, gdy założę koszulę nie w jej guście.
Czy podchodzenie piłkarzy pod sektor ultrasów ma sens, szczególnie po przegranym meczu, w którym leciały bluzgi pod adresem własnej drużyny? Żadnego, to typowe szarpanie tygrysa za wąsy. Przyjemność żadna, a ryzyko duże. Dlaczego piłkarze nie dziękują dzieciom z rodzicami, „Januszom" z sektora VIP, zwykłym kibicom okazującym szacunek i przywiązanie do klubu? Trzeba być masochistą, by kłaniać się złym ludziom obrażającym w wulgarny sposób. Tak było ostatnio w Gdyni pod sektorem Legii. Byłem kiedyś świadkiem zawstydzającej sceny, gdy stary zasłużony trener płakał, bo pseudokibice wyzywali go od najgorszych. Obrażali rodzinę bo prowadzona przez trenera drużyna przegrała mecz. Nazywał się Wojciech Łazarek, był po tysiąckroć lepszym człowiekiem niż obrażający go stadionowi tchórze. Wspaniały trener Orest Lenczyk nigdy nie podchodził pod sektor kibiców, skłaniał głowę w stronę każdej trybuny jak wielki aktor na scenie. Godność to wielka wartość, a deptanie cudzej godności to jeszcze większa nikczemność. Zresztą, czy zbyt liczni w polskiej Ekstraklasie cudzoziemcy rozumieją obrzydliwe pogróżki z trybun? Szczerze wątpię. Oni mają na to wylane. co polecam każdemu sportowcowi ceniącemu swój dorobek i nazwisko. To nie Damianek ze Śląska czy Sebcio z Warszawy z hałaśliwego „młyna" jest prawdziwym kibicem. Jest nim sędziwy emeryt, który od dziesięcioleci kupuje karnet na mecze ukochanego klubu. Zawsze wierny, nigdy nieatakujący piłkarzy swojego klubu. Do takich jak oni, starszych ludzi w znoszonych jesionkach, na najtańszych trybunach, piłkarze po meczu nie podchodzą. A powinni w pierwszej kolejności. Krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje. Krzykacze z bocianiego gniazda za bramką są śmieszni. Będąc na miejscu poniżanych piłkarzy odkrzyknąłbym „nie strasz nie strasz, bo się zesrasz". Mnie też straszono i obrażano wiele razy. Jakoś przeżyłem i nawet ostatnio sędziowałem samemu Quebonafide, muzykowi, który jest idolem pokolenia mojej wnuczki. Nie pozwalajmy się poniżać, otaczajmy się dobrymi ludźmi - to najlepsza recepta na słodkie, miłe życie wyśpiewane pięknie przez zespół Kombi. Wciąż tyle gór do zdobycia przed nami.

Fot. Tomasz Jastrzębowski/Pressfocus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się