Nie spieprzcie tego!
Z DRUGIEJ STRONY - Dariusz Leśnikowski
Nie da się ukryć – uświadomiłem sobie to parę dekad później – że całe może życie (chyba nie tylko zawodowe) zdefiniował turniej España'82. Oglądany na czarno-białym ekranie, sprawiał dziesięciolatkowi tyle frajdy, że dopiero po latach zrozumiałem, dlaczego – mimo sukcesów Biało-czerwonych – twarze rodziców, dziadka czy wujków były zasępione i trudno je było w środku stanu wojennego rozchmurzyć marszem armady Antoniego Piechniczka po trzecie miejsce w świecie; a tym bardziej – widokiem Zbigniewa Bońka, zasiadającego w „studio unilateralnym” w koszulce z napisem CCCP.
Po owych dekadach uświadomiłem też sobie, że wiele szczegółów z tamtego turnieju tkwi gdzieś głęboko w głowie, zapisanych na tyle skutecznie na „dysku G” (G jak głowa), że w razie potrzeby odtwarzam je bez kłopotu. Mylą mi się wyniki mundiali z 2018, a czasem i 2022, ale te z Hiszpanii – nie tylko Polaków – pamiętam doskonale. Podobnie jak niektóre – kompletnie nieprzydatne, nawet zawodowo – szczegóły, wpływające czasami na dzisiejsze osądy. Bo jakoś mocniej kibicuję Luisowi Palmie w Lechu, mając w pamięci kapitalną grę jego rodaka, Julio Cesara Arzu, między słupkami honduraskiej bramki. Ktoś jeszcze kojarzy to nazwisko? Nie? No właśnie – abstrakcja. Ale dla mnie – podróż sentymentalna pełna emocji!
Albo „wizyta” szejka na murawie w trakcie spotkania Kuwejt – Francja. Dostojnie kroczył po schodach z samego szczytu i VIP-owskiej loży stadionu w Valladolid, a potem okazał się na tyle przekonujący, że Myrosław Stupar zmienił boiskową decyzję i anulował gola dla Francuzów. I tak wygrali 4:1, ale cała sytuacja była precedensowa, a arbitra (z CCCP...) kosztowała koniec kariery. Ile wspomnianego prezesa federacji kuwejckiej kosztowała zmiana sędziowskiego werdyktu – nigdy nie ujawniono...
Dlaczego o tym piszę? Bo kolejne lata i dekady fascynacji piłką z wolna otwierały mi oczy na to, że rodacy Młynarczyka, Janasa, Kupcewicza, Matysika, Bońka i Smolarka nie są, niestety, futbolowymi hegemonami. Najpierw przeżywałem wciąż jeszcze tylko kibicowskie rozczarowania, gdy bez jakiegokolwiek sukcesu przemknęło przez reprezentację pokolenie Czachowskich, Koseckich, Wdowczyków, Zioberów (ale też Furtoków, Urbanów czy Tarasiewiczów, choć panowie zdążyli jeszcze posmakować mundialu w Meksyku), potem – już zawodową gorycz podczas turniejów w USA'94 czy Francji'98, gdzie też naszych brakowało. A jak już w końcu zaczęli na nich bywać, wracali z podkulonymi ogonami...
Cóż, karmić się częstokroć musimy jedynie małymi okruchami szczęścia spadającymi nam z wielkiego futbolowego stołu. Bardzo jednak chciałbym, żeby mundial 2026 – rozdmuchany do 48-drużynowych granic absurdu – nie był (jak w latach 90.) dla polskiego kibica wyłącznie cukierkiem lizanym przez szybę, z wzdychaniem „czemu nas tam nie ma”. Mam nadzieję, że na tych kilkadziesiąt turniejowych dni oderwie wielu dziesięciolatków od ich komórek, social mediów, komputerów; a liczba sprzedanych w Polsce koszulek z nadrukiem „Lewandowski”, „Zalewski” czy „Pietuszewski” przewyższy te z napisami „Mbappe”, „Yamal”, „Haaland”. Jednak byśmy o tym w ogóle mogli myśleć – a obecni dziesięciolatkowie mieli co wspominać cztery dekady później, ważne jest, by Biało-czerwoni byli obecni na stadionach w USA, Kanadzie, Meksyku.
Droga na nie – teraz już krótka, bo ledwie dwumeczowa – zaczyna się zaś w czwartek wieczorem w Warszawie. Nie spieprzcie tego, panowie!
