Nie musi, chce, więc... może!

Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado

„To jeden z najlepszych transferów, jakie zrealizowaliśmy. Nie tylko ze względu na jego sposób gry, ale także wsparcie, którego udziela innym zawodnikom. Nie tylko wspaniale patrzy na niego, ale i na sposób, w jaki potrafi przekazać swoje doświadczenie młodszym piłkarzom” – cytowało „El Mundo Deportivo” słowa trenera Hansi Flicka o Wojciechu Szczęsnym.

Cóż, niektórzy mogliby – mając w pamięci dotychczasowy dorobek polskiego piłkarza w katalońskim klubie – uznać te słowa jedynie za wyraz kurtuazji wobec uznanego na arenie międzynarodowej piłkarza. Niektórzy mogliby – widząc, jak podczas meczu z Benficą robi błędy i przepuszcza kilka bramek – jedynie ironicznie się uśmiechnąć. Jednak choć w tym sezonie oglądamy Szczęsnego na murawie incydentalnie, muszę przyznać – właśnie w tym momencie – że niezmiennie mi on imponuje. Zarówno postawą poza boiskiem, jak i na nim. Tak! Wiedział, że do Barcelony przychodził jako zmiennik. Wiadomo, jaki to wielki klub, ale wiadomo też, że siedzenie na ławce miesiącami może frustrować, nawet powodować nerwowe reakcje. Szczęsny nigdy sobie na nie pozwolił, zarówno wobec trenera, jak i kolegi/rywala  z bramki. To dla mnie jest najlepszy wyraz profesjonalizmu w futbolu – to, jakim się jest poza boiskiem, gdy jest się skazanym na rolę rezerwowego. Sądzę, że w tej chwili u Szczęsnego podwaliną wszystkiego są spokój i cierpliwość. On już nic nie musi, jedynie chce, a więc… może. Tego się trzymam.

Teraz w końcu można przejść do sedna: wczorajszy mecz Barcelony z Benficą, choć z pewnością nie będzie uznany za świetny w wykonaniu Szczęsnego, i tak sprawił, że został pierwszym Polakiem, który zagrał w Lidze Mistrzów w aż… czterech klubach. Jedyny taki! Nikomu innemu z naszych dotąd się to nie udało. Na razie, od 2011 roku rozegrał w Lidze Mistrzów 77 meczów (z kwalifikacjami – nawet 84). Po kolei –  31 w Arsenalu (pierwszy zresztą przeciw… Barcelonie), 8 w Romie, 37 w Juventusie i teraz ten pierwszy w Barcelonie. Przeżył więc w tych rozgrywkach właściwie wszystko – fantastyczne parady, którymi ratował wynik, jak i czerwone kartki, po których musiał zejść do szatni przed końcem meczu. Nigdy nie wygrał jednak tej cholernej Ligi Mistrzów.

Może teraz? To ciągle możliwe.