Nie mogą tylko dziękować
Dwa mecze, zero punktów, sześć straconych goli - to bilans otwarcia wicelidera po jesieni. Drużyna Patryka Czubaka ma co poprawiać, jeżeli nie chce szybko roztrwonić miana rewelacji sezonu.
Na razie piłkarze Polonii zeszli do parteru. Jak szybko wstaną z kolan? Fot. BS Polonia Bytom.
POLONIA BYTOM
Śnieżne 1:3 w Rzeszowie ze Stalą plus 2:3 tydzień wcześniej z ŁKS-em w Bytomiu zasiały w ekipie beniaminka niepokój. W ciasnej czołówce tabeli Polonia spadła w niedzielę z fotela wicelidera na 6. miejsce, a Patryk Czubak - następca Łukasza Tomczyka na ławce Niebiesko-czerwonych - zapewne nie spodziewał się, że tak szybko stanie przed wyzwaniem odwrócenia niekorzystnego trendu.
- Drugi mecz z rzędu i znowu trzy gole w naszej bramce. Tracimy je za łatwo. W drugiej połowie pokazaliśmy charakter, dążyliśmy do tego, żeby mecz odwrócić, mieliśmy sytuacje, ale nie potrafiliśmy ich odpowiednio wykorzystać, to było chyba kluczowe - analizował na gorąco po meczu kapitan Polonii Tomasz Gajda.
Demony wróciły
Prawdą jest, że Polonia miała w obu meczach więcej z gry, kreowała więcej od rywali - w końcu strzeliła trzy gole - choć jakość wykończenia akcji szwankuje, daleko jej do tej choćby z końcówki jesieni.
Bezdyskusyjnie jednak kluczowa jest zastraszająca niefrasobliwość w defensywie. Przed wznowieniem rozgrywek wydawało się, że Bytomianie opanowali niedomagania z pierwszych trzech sparingów, w których dostali 11 bramek. W ostatnich dwóch potyczkach przedsezonowych zwarli tylne szeregi i ograniczyli straty do jednego gola. Ale wraz z powrotem ligi demony wróciły.
- Naszym problemem nie jest to, że przeciwnik tworzy nie wiadomo ile sytuacji. Naszym problemem jest to, jak zachowujemy się indywidualnie w kluczowych momentach - mówił na pomeczowej konferencji Patryk Czubak. - Gdzieś nie dobiegamy, gdzieś nas brakuje, tu jest największa przestrzeń do poprawy. Musimy wziąć większą odpowiedzialność za działania indywidualne. Nie możemy doprowadzać do sytuacji, że bardzo mocno pracujemy - tak jak w drugiej połowie - żeby zdobyć bramkę, a sami oddajemy łatwo pole przy pierwszym groźniejszym wyjściu rywala- wskazywał przyczyny porażek szkoleniowiec Polonii.
Jeden raz - tak, ale drugi?
- Jest w nas wielka sportowa złość, wściekłość nawet - stan ducha w Bytomiu oddają słowa dyrektora sportowego Tomasza Stefankiewicza. Scenariusz poniedziałku przy Piłkarskiej 8 wyglądał inaczej niż zwykle dzień po meczu. Nie było więc wolnego - oprócz odnowy biologicznej i treningu wyrównawczego były przede wszystkim analizy oraz rozmowy w sztabie i z dyrektorem.
Nie ma co ukrywać, że Czubak ma bardzo trudny start i co bardziej niecierpliwi w Bytomiu nie zostawiają na szkoleniowcu i działaczach suchej nitki, lamentując nad odejściem Tomczyka - tak jakby Polonia mogła siłą zatrzymać obecnego trenera Rakowa…
Dyrektor broni jednak jego następcę, kiepski start „wiosny” rozkładając na klaty kolektywu. - Wraz ze zmianą trenera nie zmieniliśmy przecież zasad funkcjonowania w defensywie, bo to są elementy wypracowane u nas i działające od lat. Gol na 0:2 w Rzeszowie był taki sam, jak ten na 2:3 z ŁKS-em - piłka przechodzi przez całe nasze pole karne, ale nikt nie zamyka strefy i rywal ma pustą bramkę. Jestem jeszcze w stanie jedno takie zachowanie zrozumieć, ale to samo w kolejnym meczu? To są błędy niewytłumaczalne. Nie jest winą sztabu szkoleniowego, że pracujemy nad tym cały tydzień, a potem przychodzi do meczu i zawodnicy nie realizują zadań. W dwóch pierwszych meczach rywale mieli osiem szans, a strzelili nam sześć goli, to jest druzgocące. Takie rzeczy nie mają prawa się powtarzać. Musimy wrócić do naszych „ustawień fabrycznych” w zakresie zasad bronienia, odpowiedzialność musi wziąć cały zespół, podobnie sztab i ja z pionem sportowym włącznie - podkreśla Stefankiewicz.
Oddać wynikiem
Poloniści nie zamierzają na pewno zwalać winy za swoje nieszczęścia na anormalne warunki, jakie panowały w Rzeszowie. - Powiedziałem delegatowi i działaczom Stali na przedmeczowej odprawie, że nie widzę sensu rozgrywania spotkania, że obiektywnie nie będzie to miało nic wspólnego z piłką nożną, ale obie drużyny oczywiście miały takie same warunki i nie szukamy w nich wytłumaczenia dla porażki. Naszą największą obawą było zdrowie piłkarzy i ryzyko kontuzji, na szczęście żadnemu z nich nic poważnego się nie stało - informuje Stefankiewicz.
Wszyscy Poloniści pozostają za to pod wielkim wrażeniem fanów Królowej Śląska, którzy zameldowali się w samo południe na Podkarpaciu w sile około 400 osób. - To, w jakiej liczbie kibice się stawili i w jaki sposób się zachowali, także po meczu, to jest coś wyjątkowego. Natomiast my nie możemy im tylko dziękować, musimy im oddać na placu i wynikiem. Nie zrobiliśmy tego ani tutaj, ani w pierwszym meczu i musimy to szybko odwrócić. Nasi kibice zasłużyli na zdecydowanie więcej - kończy szkoleniowiec. Niedzielny mecz z Pogonią Siedlce urasta więc w Bytomiu do chwili prawdy...
Tomasz Mucha
