Nie mam bezpieczników; gram, póki nie umrę!
Rozmowa z Katarzyną Kawą, reprezentantką Polski w tenisie i zawodniczką BKT Advantage Bielsko-Biała
Katarzyna Kawa: chcę łamać schematy, że po 30. roku życia to już lepiej przejść na sportową emeryturę. A ja wcale nie zamierzam! Fot. Paweł Jaskółka/PressFocus
Jak to się stało, że tenisistka rodem z Krynicy-Zdroju, która nie mieszka w Bielsku-Białej, jest ostoją BKT Advantage?
- Myślę, że to było z jakieś sześć lat temu, mieszkałam w Poznaniu. To były dla mnie trudne lata, bo nie miałam rankingu pozwalającego rywalizować o Wielkie Szlemy, błąkałam się to tu, to tam, nikt nie chciał mnie wesprzeć, więc również finansowo wiele rzeczy się nie spinało. I wtedy zgłosił się Piotr Szczypka, prezes BKT Advantage. Bardzo mi pomógł na tym etapie kariery. W Bielsku-Białej przyjęto mnie z otwartymi ramionami.
I dlatego przyjeżdża pani na przykład na drużynowe mistrzostwa Polski, by reprezentować klub?
- Jestem po prostu bardzo wdzięczna za to, co wtedy w BKT dostałam i gdy mogę pomóc klubowej drużynie, staram się to robić. No bo po prostu pamiętam. Wiadomo, że nie jestem w stanie być na każdym meczu, gdy jest sezon, a ja startuję w turniejach, ale jeżeli mam trochę wolnego czasu i mogę przyjechać choćby na weekend, to chętnie to robię. Szczególnie, że klub ma też bardzo fajne inicjatywy, jeśli chodzi o rozwój dzieciaków. Miałam nawet tu turnieje swojego imienia. To jest bardzo miłe i zawsze wspieram takie fajne rzeczy, a tutaj się takie dzieją.
W listopadzie skończyła pani 33 lata, ale drażnią panią pytania o koniec kariery…
– Bo chcę łamać schematy. Jak choćby taki, że trzeba wcześnie zacząć wygrywać, że w sumie po 30. roku życia to już właściwie lepiej byłoby przejść na sportową emeryturę. A ja wcale nie zamierzam! Chcę wygrywać, co się da. Osobiście nie czuję swojego wieku, może dlatego, że na dużych obciążeniach zaczęłam pracować później od innych. I nawet patrząc w PESEL, nie będę sobie wmawiać, że źle się czuję, skoro czuję się dobrze. Gram w turniejach więcej niż dwudziestolatki, nie mam kontuzji. Mam świetnych trenerów, którzy dbają o to, żebym miała odpowiednią ilość wypoczynku, regenerację, bo ja w sobie nie mam takich bezpieczników, po prostu gram, dopóki nie umrę (śmiech).
Od kilku miesięcy pracuje pani z Maciejem Domką, asystentem kapitana reprezentacji Polski w BJK Cup. Co nowego daje pani ta współpraca?
– Maciek ma świetne oko, jeżeli chodzi o technikę, o drobiazgi i potrafi wytłumaczyć, co mam zrobić lepiej. Pracowaliśmy głównie nad serwisem, bo on jest kluczowy dla mojej gry. I czuję, że naprawdę zrobiłam postępy. Maciej uczy mnie też świadomości gry, rozmawiamy godzinami i mamy o czym, bo chce do mnie mówić moim językiem, żebym zrozumiała. Te rozmowy nie są łatwe, bo często docierają do mnie rzeczy, których chciałabym nie widzieć, ale jestem już na takim etapie, że po prostu biorę to na klatę.
Miała pani udany początek minionego sezonu, w kwietniu zagrała nawet o tytuł w turnieju WTA 250 w Bogocie, co zaowocowało sporym awansem w rankingu, bo o ponad 70 pozycji, i powrotem do TOP 150.Druga połowa roku może nie była już taka, jakby pani oczekiwała. Jak generalnie ocenia pani 2025 w swoim wykonaniu?
- Dwanaście miesięcy temu byłam 258. na świecie, teraz kończę na 139. miejscu, postęp jest więc wymierny. Natomiast druga połowa roku była dla mnie bardzo intensywna. Zagrałam dużo turniejów poza Europą, na szybkich kortach, na których nigdy nie czułam się pewnie. W pewien sposób zainwestowałam w swoje doświadczenie, w swój rozwój. Bo mogłam wybrać łatwiejszą drogę, grać w Europie, na mączce. Bardzo zależało mi jednak na tym, żeby podnieść swój poziom tenisowy, bym w momencie, w którym mój ranking będzie wyższy, sama wiedziała, że mój poziom gry również tam należy. I tego się trzymam: że będę robić postępy, że praca, którą wykonuję, nie idzie na marne. Mam nadzieję, że efekty przyjdą wcześniej niż później, bo to nie są łatwe miesiące, kiedy się dużo pracuje. Wydaje się, że jest postęp, a jednak za dużo meczów się nie wygrywa…
Nie było zwycięstw w grudniu w Dubaju i w Limoges we Francji. Tym razem nie poleciała pani do Ameryki Południowej bronić zdobytych wówczas punktów, dlaczego?
-Taka końcówka roku w Ameryce bardzo mocno rozbija sezon. W zeszłym roku nie miałam odpowiednio wysokiego rankingu, żeby myśleć o szlemach, więc mogłam sobie na to pozwolić. Natomiast w tym roku patrzę bardziej długoterminowo. Chciałam zrobić kilka tygodni treningowych pod kątem nowego sezonu, złapać energię, więc poszłam innym torem i zacznę też rok z innego pułapu, o ponad 100 miejsc wyżej, ruszam też z zupełnie innym poziomem sportowym. I mam nadzieję, że przyszły rok będzie jeszcze lepszy.
Jaki jest pani plan w okresie świąteczno-noworocznym, przed startem w kwalifikacjach w Melbourne?
- Święta spędziłam w domu w Warszawie, a w Sylwestra będę w samolocie do Australii. Potem jestem w drużynie na United Cup w Sydney i to będzie takie moje przygotowanie pod eliminacje do Australian Open.
Miejsce w TOP 100 na świecie dałoby pani satysfakcję?
– Na pewno nie czerpię jej z rankingu, tylko z samej siebie. Sięgam po swoje marzenia każdego dnia. Czy boli, czy nie boli, zawsze wykonuję każdy trening, zderzam się ze swoimi różnymi słabościami i demonami. I to daje mi poczucie spełnienia. Ale nie ma takiej cyferki w rankingu, która by mi dała satysfakcję, bo ja już ją mam, a chcę być po prostu najlepsza.
No właśnie, lubi pani myśleć maksymalistycznie, więc pytanie o 2026 rok. Jakie są pani cele i marzenia?
- Od początku kariery mam spory problem z wyznaczaniem sobie rozsądnych celów. Powtarzam, że trenuję po to, żeby być najlepsza. Nie potrafię wstać z łóżka rano i pomyśleć sobie „o, ale fajnie by było, jakbym była na przykład 93.”… Mam duże marzenia, to mnie nakręca, robię wszystko najlepiej jak potrafię. Pracuję ciężko i jestem w stanie znosić wiele cierpienia tylko dlatego, że moje marzenia są maksymalne. Jakby były średnie, to by mi się średnio chciało. Moją wadą długo była niecierpliwość, chciałam wszystko „już, na teraz”. Myślę, że ostatnio nabrałam więcej dystansu i cierpliwości do niektórych spraw, to naprawdę cenne podejście w sporcie.
Rozmawiał Tomasz Mucha
„Wystarczy lubić siebie”
„Chcę wierzyć, że będzie kiedyś świat, w którym nie będę 31/2/3…-letnią Kasią Kawa tylko po prostu Kasią Kawa. W świat, w którym nikt nie będzie oceniany przez pryzmat wieku, w którym można spełniać swoje marzenia i rozwijać się kiedykolwiek, bez podcinania skrzydeł i przyklejonej etykiety. Kiedy nie będziemy za młodzi/za starzy, za chudzi/za grubi, za mądrzy/za głupi, zbyt wrażliwi/aroganccy. Nie mogę zmienić świata, ale mogę wybrać, to co widzę. I wybieram myśl, że jest dokładnie tak jak powinno być. Wystarczy lubić siebie i dobrze dobierać towarzystwo”
(ŹRÓDŁO: instagram.com/katarzynakawapl)
